W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Beatrycze, Małgorzaty, Piotra , 18 stycznia 2020

Każdy zasługuje na sprawiedliwe potraktowanie

2013-02-13

Z Jackiem Bachalskim, przewodniczącym stowarzyszenia Tylko Gorzów, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_2860.jpg

- Nadal chce pan zostać prezydentem Gorzowa?

- Tak, bo dalej uważam, że byłaby to naturalna droga rozwoju w mojej karierze zawodowej. I dalej też twierdzę, że byłoby to dobre dla miasta.

- Nic nie jest w stanie pana zniechęcić?

- Może i coś jest w stanie, ale na razie przynajmniej nic takiego się nie wydarzyło, co mogłoby mnie zniechęcić. Ciągle kręci mnie ta perspektywa, gdyż prezydent oprócz zarządzania miastem, ma ogromną możliwość kreowania jego rozwoju. Kręci także dlatego, że mógłby zostać prezydentem ktoś niewłaściwy i Gorzów mógłby na tym stracić. Niewłaściwy, bo partyjny, zbyt polityczny, mało wizjonerski i mało sprawny. Ale gdyby pojawił się ktoś pokroju Rafała Dutkiewicza z Wrocławia, to chętnie ustąpię mu pola.

- Dlaczego koniecznie chce pan, jako prezydent, odcisnąć swój ślad w Gorzowie?

- To nie jest kwestia mojej próżności. To raczej sprawa mojego charakteru, mojej natury, która chce uczestniczyć w czymś ważnym, wpływać na zmiany, bieg wydarzeń. Lubię mieć poczucie sensu pracy, widzieć jej efekty i cieszyć się z zadowolenia innych. Jestem człowiekiem ambitnym, który chce robić coś więcej niż tylko kręcić się wokół siebie i swoich spraw.

- I nawet kryzys gospodarczy, który mocno ograniczył możliwości budżetowe miasta i zapewne dotknął także pańskie firmy, nie jest tu przeszkodą?

- Twardy jestem i łatwo się nie poddaję. Kiedyś ten kryzys się skończy i otworzą się nowe możliwości oraz szanse. I dobrze byłoby te szanse wykorzystać.

- A jak rozwija się pańskie sztandarowe dzieło, czyli Medi-Raj?

- Cały czas do przodu, choć wolniej niż myślałem.

- Zbulwersował pan wielu gorzowian mówiąc swego czasu, że właściwie należałoby już postawić krzyżyk na publicznym szpitalu wojewódzkim w Gorzowie i powinniśmy wybudować sobie nowy, szpital powiatowy. Nadal tak pan uważa?

- Tak, zdecydowanie tak.  Z dwóch powodów. Z jednej strony wpływ miasta na ten szpital jest w tej chwili żaden, a powinien jednak być, bo leczą się w nim przede wszystkim gorzowianie. Po drugie chodzi o profesjonalizm zarządzania, którego tam nie ma. Wręcz zatrważające jest to, że kolejne ekipy polityczne kontynuują proces zadłużania i jedynym wyjściem staje się jego przekształcenie w spółkę.

- Powstanie spółki nic tu nie zmieni?

- Wprowadzi jedynie odpowiedzialność zarządu za wynik finansowy, ale już nie gwarantuje podniesienia standardu jego funkcjonowania.

- Ale słyszał pan zapewne komentarze, że ten pomysł budowy szpitala miejskiego miałby przede wszystkim służyć pana interesom? Ze względu na Medi- Raj.

- W żaden sposób nie służyłoby moim interesom. Byłaby to tylko konkurencja, ale w mojej propozycji wcale nie chodzi o moje prywatne interesy, lecz o interes mieszkańców miasta. Ja tylko proponuję stworzenie nowej placówki leczniczej, zbudowanie jej od podstaw pod każdym względem, przy udziale miasta i inwestora branżowego.

- Pan mógłby być takim inwestorem branżowym?

- Nie jestem i nie zamierzam być inwestorem branżowym w szpitalnictwie. Moja działalność w tym zakresie bardziej uzupełnia usługi szpitalne niż z nimi konkuruje. I to mi w zupełności wystarcza. Szpital to jednak zupełnie coś innego, niż taka przychodnia, jak Medi-Raj.

- Jako stowarzyszenie zorganizowaliście szereg debat publicznych. Co wynika z tych debat?

- Przede wszystkim szacunek dla mieszkańców miasta, których na co dzień traktuje się trochę przedmiotowo. Brakuje bowiem dialogu między władzą a obywatelem. My ten dialog właśnie proponujemy, próbujemy nawiązać i to jest największa wartość naszej inicjatywy. Jeżeli mamy mieć wpływ na rozwój miasta, w różnych jego wymiarach, to najpierw musimy o tym porozmawiać.

- I z tych waszych rozmów wychodzi coś konkretnego?

- Nasze debaty wywołują pewien ożywczy ferment. Sprawiają w widoczny sposób, że pojawiają się w głowach urzędników i partyjnych polityków różne fajne pomysły. Oczywiście z różnym skutkiem i w różnym zakresie, ale to nie jest tak, że nic się nie dzieje po tych naszych debatach i wystąpieniach. Tak było chociażby z zasadami finansowania sportu czy budżetem obywatelskim.

- Czyli uważa pan, że stowarzyszenie jest w mieście bardzo potrzebne?

- Jak najbardziej. Takich stowarzyszeń powinno być znacznie więcej, gdyż trzeba odpolitycznić i odpartyjnić zarządzanie miastem. Więcej do powiedzenia od liderów partyjnych powinni mieć liderzy społeczni, których u nas nie brakuje, choć nie zawsze chcą lub mogą się ujawnić. Z powodu partyjnych i urzędniczych poczynań oraz uprzedzeń. Z powodu przenoszenia konfliktów z sejmu do rady i urzędu miasta.

- Często jednak można usłyszeć zarzut, że wasze stowarzyszenie niczego tak naprawdę nie kreuje a jedynie recenzuje rzeczywistość i działania innych.

- Przepraszam, ale jeśli urzędnicy i partyjni politycy po naszych debatach coś proponują, to jednak nie jest to tylko recenzowanie, ale także udział w kreowaniu pewnych zjawisk czy wydarzeń. Poza tym, proszę pamiętać, że działamy dopiero od 10 miesięcy, że właściwie jesteśmy dopiero na początku naszej drogi. Nie wszystko też nam wychodzi, ale i tak zrobiliśmy już znacznie więcej niż jedna czy druga partia w mieście.

- I w ten sposób kreujecie przyszły komitet wyborczy na wybory do rady miasta, prezydenta?

- Nie tylko o to nam chodzi. Głównie jednak zależy nam aktywizacji różnych środowisk, mieszkańców Gorzowa, którzy muszą uwierzyć, że mimo wszystko mogą wpływać na to, co się w mieście dzieje. To jest nasz podstawowy cel. Dzięki temu następuje ożywienie wśród urzędników i polityków, którzy zmuszeni są bardziej się starać, bardziej się wykazywać. Przykładem tego jest budżet partycypacyjny, który zaproponowaliśmy jako pierwsi, a który zaczęto w Gorzowie wreszcie realizować.

- Jest pan rozczarowany tym, że proces apelacyjny w sprawie tzw. afery gorzowskiej tak się przeciąga?

- Jestem rozczarowany, jak wielu Polaków, funkcjonowaniem naszego wymiaru sprawiedliwości. W tej konkretnej sprawie liczę już przede wszystkim na sprawiedliwe zakończenie.

- Prezydentowi Tadeuszowi Jędrzejczakowi nadal więc życzy pan wyroku uniewinniającego?

- Jasne, że tak. Każdy człowiek zasługuje na sprawiedliwie potraktowanie. Skoro mówi, że jest niewinny, a ja jemu wierzę, to dlaczego miałby zostać skazany?

- Miasto pod rządami prezydenta Jędrzejczaka normalnie się rozwija, szczególnie w ostatnich latach?

- Mogłoby się lepiej rozwijać, to jest dla mnie oczywiste.

- Najbliższa debata stowarzyszenia ma być poświęcona szkolnictwu wyższemu w mieście. Ma pan własny pomysł na szybkie dojście do akademii, której potrzeby powołania nikt już chyba w Gorzowie nie kwestionuje?

- Nie chciałbym, aby akademia w Gorzowie była celem samym w sobie. Lecz jedynie etapem na drodze do uniwersytetu. Dlatego mówmy raczej o szkolnictwie wyższym, o jego rozwoju, ograniczeniach i szansach. I pamiętajmy przy tym o demograficznych tendencjach oraz możliwościach miasta. Należy mocniej stawiać na zmiany jakościowe, kosztem zmian ilościowych, które nie zawsze przechodzą w jakość. Nie chodzi przecież o jeszcze jedną uczelnię wyższą, ale uczelnię, która coś będzie znaczyć, wpłynie na oblicze miasta i jego postrzeganie na zewnątrz.

- PWSZ powstała w dużej mierze wysiłkiem fundacji powołanej dla jej utworzenia. Może więc należałoby powołać fundację na rzecz akademii czy nawet przyszłego uniwersytetu?

- To jest dobry pomysł. Trzeba się nad nim poważnie zastanowić i rozważyć w szerszym niż stowarzyszenie gronie. Na pewno nie zaszkodzi sprawie a może bardzo pomóc.

- Dziękuję za rozmowę.