W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Dominiki, Dominika, Protazego , 4 sierpnia 2020

Brakuje nam tych drożdży

2013-02-20

Z Jerzym Korolewiczem, prezesem Zachodniej Izby Przemysłowo-Handlowej, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_2919.jpg

- Przedsiębiorcy mocno narzekają, acz nie wszyscy, związkowcy straszą zwolnieniami i rosnącym bezrobociem, a ci, którzy pracują psioczą na marne zarobki. Mamy już prawdziwy kryzys w gospodarce?

- Ciągle to nie jest jeszcze kryzys i miejmy nadzieję, że do prawdziwego kryzysu u nas nie dojdzie. Natomiast jest wiele jego symptomów i zagrożeń z nim związanych. To rosnące bezrobocie, spadek produkcji przemysłowej oraz załamanie w branży budowlanej. Jesteśmy jakby u progu kryzysu, ale wcale tego progu nie musimy przekroczyć. To zależy od tego, co się będzie działo w gospodarce światowej i europejskiej w drugim półroczu. Czy odbije się od dna i recesji u nas nie będzie, a jedynie spowolnienie, czy też niestety nie.

 - A jak pan idzie ul. Sikorskiego czy Chrobrego i widzi te puste, pozamykane lokale handlowe, to co pan sobie myśli?

- Tłumaczę sobie to tym, że jest to właśnie jeden z efektów tego spowolnienia gospodarczego, które w ten sposób odbija się na drobnym handlu i usługach w wielu miastach, także u nas. Swoje też zrobiła konkurencja galerii handlowych. Z drugiej strony widzę w tym brak elastycznej polityki władz miasta, które powinny szybciej reagować na takie zjawisko. Miasto ma przecież w rękach różne narzędzia – podatki od nieruchomości, stawki czynszu itd. Lepiej ustalić niższy podatek, zastosować jakieś preferencje w opłatach za lokale i sprawić żeby one żyły, przynosiły dochód dzierżawcom i dla budżetu miasta, niż stały puste.

- Niezbyt dobre nastroje gorzowian wynikają także z faktu, że średnio zarabiają najmniej spośród mieszkańców miast wojewódzkich, bo ledwie 2600 zł, gdy w kraju jest to ponad 4000 zł. Skąd się bierze ta gorzowska bieda?

- Ona jest zbliżona do całej biedy lubuskiej, bo w Zielonej Górze mimo sporej liczby ludzi żyjących z tzw. budżetowych pensji średnia jest niewiele wyższa. Przede wszystkim wynika to z faktu, że nie ma u nas wysoko przetworzonej produkcji, nie ma firm, w których tworzy się i stosuje zaawansowane technologie, zatrudnia wysokiej klasy fachowców. U nas dominują duże organizacje handlowe oraz przedsiębiorstwa oparte na prostych czynnościach montażowych, w których raczej za wiele się nie zarabia. To m.in. konsekwencja wielu lat zaniedbań, wynikających z tego, że Gorzów jest miastem przemysłowym, ale o prostej produkcji, czyli bez badań i tworzenia oraz wdrażania nowych technologii. Nie ma tu ośrodków badawczo-rozwojowych. Ale i też nie ma z prawdziwego zdarzenia ośrodka akademickiego, który zawsze nakręca rozwój miasta.

- Z drugiej strony mamy ceny powyżej średnich krajowych, widać je w galeriach handlowych, ale i na stacjach benzynowych. Czym to można wytłumaczyć?

- To jest właśnie konsekwencja pewnego zapóźnienia gospodarczego w stosunku do reszty kraju, co sprawia, że nie ma tutaj prawdziwej konkurencji. Ona niby jest, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Dlatego duże organizacje i korporacje gospodarcze czują się trochę monopolistami na naszym rynku i dyktują tu swoje warunki i ceny. Nie czują oddechu konkurencji i mogą pozwolić sobie na więcej niż w Poznaniu czy Szczecinie.

- Lokalny biznes potrzebuje lokalnego wsparcia?

- Absolutnie tak. Przede wszystkim w zakresie polityki podatkowej, która powinna bardziej uwzględniać jego specyficzne możliwości i potrzeby rozwojowe. Ale również ogólną sytuację na rynku. Są przecież liczne możliwości stosowania ulg czy preferencji. Chodzi także o różne decyzje administracyjne, które mogą znacznie ułatwić działalność i życie przedsiębiorców, którzy przecież tworzą miejsca pracy i zasilają kasę miasta. Czasami są to bardzo banalne sprawy z punktu widzenia miasta, chodzi o proste ułatwienia, które jednak są bardzo ważne dla codziennej działalności. No i pozostaje jeszcze kwestia promocji lokalnego biznesu w kontaktach z inwestorami zewnętrznymi, kontrahentami miasta. Tu miasto może naprawdę sporo zdziałać, bo lokalni przedsiębiorcy potrzebują takiej kooperacji i współdziałania.

- Myśli pan, że w tych gorzowskich klimatach podejrzeń o patologiczne powiązania, korupcję i łamanie prawa, coś takiego jest możliwe?

- Myślę, że jednak tak, że mimo wszystko nie należy z tymi podejrzeniami przesadzać. Tego typu praktyki ze strony władz miasta są powszechnie stosowane na świecie i nie ma w nich nic złego, choć wszędzie zdarzają się jakieś patologie.

- To gdzie są nasze największe niewykorzystane szanse?

- Jest ich całkiem sporo, ale na pewno największą jest niezbudowanie przynajmniej średniej klasy ośrodka akademickiego. To zaniedbanie i zaniechanie, które trwa już kilkadziesiąt lat i odbija się na rozwoju miasta. Najnowszym zaś zaniechaniem jest brak dopracowanego konceptu na park naukowo-technologiczny, co było możliwe w Nowej Soli czy Zielonej Górze, ale nie u nas, bo władze miasta i uczelnia w swoim czasie o tym nie pomyślały. Całe szczęście, że obecnie dojrzewa projekt Gorzowskiego Ośrodka Technologicznego.

- Przyznaje pan, że jedną z naszych zmarnowanych szans jest brak szkoły wyższej na poziomie prawdziwie akademickim.  Czyli akademii, która siłą rzeczy byłaby motorem rozwoju miasta. Dlaczego więc jej tworzenie idzie jak po grudzie?

- Bo brakuje u nas tradycji akademickich. Przy całym szacunku dla AWF-u, ale tam rządzi Poznań, który pozwala swojej filii czy wydziałowi na tyle, ile leży w jego interesie i ani kroku dalej. Nie ma także silnego środowiska, które byłoby takimi swoistymi drożdżami, zaczynem różnych ciekawych inicjatyw. Niestety, brakuje również w tej dziedzinie wymiernych inicjatyw czy konkretnych deklaracji ze strony miasta, które ogranicza się jedynie do pojedynczych działań czy gestów, ale nie przyjęło w tym aspekcie wieloletniego planu finansowego. Pozostaje jeszcze niebagatelna kwestia braku jakiegokolwiek zainteresowania władz województwa, które w przypadku uniwersytetu w Zielonej Górze wykazują ogromną aktywność na tym polu. A bez realnego wsparcia samorządu województwa trudno będzie zbudować w Gorzowie akademię.

- W ogóle w Gorzowie trudno o jakieś wspólne inicjatywy, ponad partyjnymi i politycznymi podziałami. Z czego to się bierze?

- Niewiele osób tak naprawdę potrafi przedłożyć interes publiczny i wspólny cel nad interes własny czy grupowy. Do tego dochodzą wzajemne antypatie oraz polityczne i personalne uprzedzenia, co razem sprawia, że z wielkim trudem przychodzi nam wspólne działanie.

- Coś jest chyba na rzeczy w tym, co pan mówi, gdyż mój znajomy twierdzi, iż miasto nie zbudowało jeszcze swojej tożsamości, że za mało się jeszcze z nim utożsamiamy i dlatego nad wspólny interes bardziej przedkładamy partykularne, osobiste interesiki.

- Jest w tym sporo racji. Tylko gdzie leża przyczyny tego stanu rzeczy? Ja twierdzę, że właśnie z powodu braku środowiska akademickiego, braku liczniejszego grona ludzi intelektu, ludzi z misją i pasją w sobie. Jesteśmy, mimo wszystko, miastem na dorobku. Na dodatek z kompleksami, często z poczuciem niższości i niemożności, a każde śmielsze działanie wydaje się nam być ponad stan. Jak chociażby filharmonia, która dla wielu gorzowian wydawała się czymś na wyrost, niepotrzebna, bo jakoby do niej nie dorośliśmy. W wielu innych miastach środowiska wywołujące ciągły ferment rozwijają się od lat, od pokoleń, a my wciąż nie możemy się ich doczekać. Brakuje nam tych drożdży.

- Powołanie fundacji na rzecz Akademii Gorzowskiej, co od jakiegoś czasu proponujemy w naszym portalu, nie byłoby skuteczną próbą wyjścia z tego impasu?

- Przez 15 lat prowadziłem, aż do jej likwidacji, fundację na rzecz wyższej szkoły zawodowej w Gorzowie i mam trochę doświadczenia w tej materii. I powiem tak. Może i fundacja byłaby potrzebna, ale to nie jest tylko kwestia tej czy innej instytucji. Podstawowym warunkiem jest tutaj wola stron zainteresowanych tym przedsięwzięciem. Musi być szczera chęć rzeczowej i merytorycznej współpracy. W przypadku gorzowskiej akademii animatorami powinna być PWSZ, władze miasta oraz urząd marszałkowski. Przedsiębiorcy oczywiście też powinni pomóc. Nie dajmy się wciągnąć w sytuację, że gorzowska akademia ma być sprawą wyłącznie Gorzowa, bo powinna być także sprawą samorządu województwa. Tak jak Uniwersytet Zielonogórski. Żeby nie było jak z Filharmonią Gorzowską, która powstała jako inwestycja miejska i teraz tak też jest traktowana przez urząd marszałkowski w zakresie jej finansowania.

- W poniedziałek sejmik przegłosował uchwałę, której skutkiem będzie przekształcenie gorzowskiego szpitala z publicznego w spółkę prawa handlowego? Pan też uważa, że nie było innego wyjścia?

- W tej sytuacji prawnej i przy tym zadłużeniu rzeczywiście nie było już innego wyjścia. Ono było, ale kilka lat temu, kiedy można było założyć nową jednostkę szpitala publicznego, a starą zlikwidować obciążając długiem samorząd województwa, który musiałby z tym sobie jakoś poradzić.

- Jest pan spokojny o szpital, o pacjentów, o nasze wspólne zdrowie?

- Jestem bardzo niespokojny. Uważam, że podjęto działanie o dużym stopniu ryzyka, które niesie wiele realnych zagrożeń. Ale jak zawsze o wszystkim zdecydują ludzie. Ludzie, którzy będą zarządzać spółką, ludzie z urzędu marszałkowskiego oraz Narodowego Funduszu Zdrowia. I nie bez znaczenia będzie postawa pracowników szpitala, szczególnie lekarzy, którzy muszą zrozumieć, że jednak coś się zmieniło.

- Marszałek Elżbieta Polak proponuje miastu objecie udziałów w tej spółce. Miasto powinno skorzystać z tej możliwości?

- Nie jest to propozycja nie do przyjęcia co do zasady, ale na pewno nie na tym etapie, nie teraz i w tych warunkach. Może za rok, za dwa lata, kiedy sytuacja w szpitalu się ustabilizuje i będzie wiadomo jak to funkcjonuje. Teraz zarząd i samorząd województwa musi i powinien radzić sobie sam. Tego wymaga odpowiedzialność za podjęte kiedyś i obecnie decyzje oraz ich skutki.

- Dziękuję za rozmowę