W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Cypriana, Justyny, Łucji , 26 września 2020

Drugi raz tego nie zrobię

2013-04-21

Z Waldemarem Strychaninem, właścicielem grupy aptek STRYWALD, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_3448.jpg

- Zaangażował pan detektywa Krzysztofa Rutkowskiego do tego, żeby zajął się pańskimi problemami?

- Nie. Nie przyszło mi to nawet do głowy. Liczyłem, że sprawy w naturalny sposób się wyjaśnią, rozwiążą.

- Ale trudno uwierzyć, że Rutkowski zrobił to z własnej inicjatywy?

- Ja też nie wierzę, że to była jego inicjatywa. Ktoś musiał go do tego zachęcić i sam jestem ciekawy kto za tym stoi. Wręcz go o to zapytałem, ale nie chciał mi powiedzieć. Przynajmniej na razie.

- W takim razie proszę powiedzieć, co to za „środowiska medyczne” mogły go poinformować go o sprawie?

- Trudno mi powiedzieć. Wiem, że zjawił się w Gorzowie w przeddzień tej konferencji prasowej, bo miałem wtedy dużo telefonów, także od jego ludzi z informacja, że będzie chciał się ze mną spotkać. Być może ma to jakiś związek z nieprzychylną nam publikacją prasową jednej z gazet, która wraz z dorobionym logo STRYWALDu była przez kogoś rozsyłana do gorzowskich farmaceutów, lekarzy, przychodni lekarskich i innych ludzi z szeroko rozumianego środowiska medycznego.

- Skoro do tej pory nie zależało panu na rozgłosie, to dlaczego zgodził się pan wystąpić przed kamerami, u boku detektywa, którego metody działania budzą kontrowersje, a on sam jest często postrzegany jako celebryta?

- Dałem się namówić, bo przekonał mnie, że w moim interesie leży wystąpić razem z nim na tej konferencji Mówił, że nie ma co chować głowy w piasek udając, że nic się nie dzieje. Oświadczył mi przy tym, że nie pracuje na zlecenie żadnej instytucji medialnej, ale jest to jego własne dochodzenie.

- Naprawdę w biznesie farmaceutycznym toczy się brutalna walka, o jakiej się mówi?

- To prawda. To intratny, choć trudny biznes. Coraz trudniejszy. Nieustannie toczy się walka konkurencyjna, w której nie zawsze przestrzegane są reguły gry i normy prawne. Bankructwa, przejęcia aptek są tu na porządku dziennym.

- Ktoś próbował przejąć pańską firmę?

- Wykluczyć tego nie mogę. Nie jest żadna tajemnicą, że składano mi oferty sprzedaży aptek, ale konsekwentnie odmawiałem.

- To jak to było z tą próbą szantażu?

- To dziwna historia. 10  czerwcu ubiegłego roku, około 22.00, otrzymałem z prywatnej komórki od swego pracownika sms-a z informacją, że pod moim domem stoi jego służbowe auto, kluczyki i dokumenty są w skrzynce, a w bagażniku jest list do mnie. Wziąłem kluczyki, wyjąłem list z bagażnika i sobie poczytałem. Było to bardzo specyficzne wypowiedzenie umowy o pracę przez tego pracownika, który odgrywał ważną rolę w firmie, gdyż był moim pełnomocnikiem. Ni mniej, ni więcej, ale żądał wpłaty 160 tysięcy na cztery różne konta – dwa jego i dwa swojej dziewczyny. W zamian obiecywał nie informować nikogo o nadużyciach i nieprawidłowościach, do jakich miało dochodzić – jego zdaniem - w firmie, zwłaszcza w odniesieniu do dotacji unijnej, jaką otrzymaliśmy. Jednocześnie napisał, że jest dobrze przygotowany, bo od wielu miesięcy zbierał dokumenty w tej sprawie. Jeżeli zaś nie zapłacę, to on pójdzie z tym dokumentami do prokuratury i wszelkich innych instytucji, które mogą być tym zainteresowane.

- I co pan z tym fantem zrobił?

- Powiadomiłem o tym szantażu prokuraturę, poinformowałem również o wszystkim Urząd Marszałkowski w Zielonej Górze, który rozliczał tą dotację. Jednocześnie zaczęliśmy sprawdzać dokumenty i sprawy, którymi ten pan się zajmował. Okazało się szybko, że zabrał z sobą, czyli zwyczajnie ukradł laptopa, dyski komputerowe i dziesiątki różnych dokumentów papierowych, w których tworzeniu sam uczestniczył. Były wśród nich dokumenty rozliczeniowe, oferty, plany marketingowe i wiele innych. Musieliśmy większość z nich odtwarzać, dokonywać zmian w systemie informatycznym, zmieniać plany marketingowe i wiele innych rzeczy. Inaczej groził nam paraliż i plajta. Był to więc nie tylko szantaż, kradzież, ale i działanie na szkodę spółki

- Zgłosił pan sprawę do prokuratury i co?

- I nic. Prokuratura, jak się dowiedziałem, po raz drugi nie dostrzegła w tych działaniach „znamion czynu zabronionego”. Mimo iż pojawiały się kolejne groźby pod moim adresem, ze strony tego pana, które za pośrednictwem prawników na bieżąco przekazywałem do prokuratury.  Groźby, że skoro nie zapłaciłem, to walec przejedzie po moim kręgosłupie, że będzie ostra jazda…

- Jak pan sobie tłumaczy postępowanie swojego byłego pracownika?

- To chyba konsekwencja nie do końca zrozumiałej dla mnie desperacji. Przypuszczam, że początkiem mogła być kontrola zarządzona wiosną ubiegłego w jednej z aptek, gdzie podejrzewaliśmy, że są jakieś nieprawidłowości, a gdzie pracowała właśnie jego dziewczyna, obecnie już żona. Z drugiej strony, jak się później dowiedziałem, ten człowiek miał poważne problemy finansowe. Był zadłużony do tego stopnia, że nie był w stanie już spłacać swoich długów i nikt nie chciał mu już pożyczać pieniędzy. Stąd być może wzięła się ta jego determinacja i przekonanie, że mu zapłacę…

Nie rozumiem tylko jednego. Przecież to on, jako pełnomocnik był tą osobą, która od początku do końca prowadziła sprawę tej dotacji, zajmowała się rozliczeniami i wszystkim, co się z tym wiąże. Był jedyną osobą do tego uprawnioną. To co, sam na siebie chciał ukręcić bat?! Naprawdę, nic z tego nie rozumiem. Także tego, że ktoś później próbował się włamywać do naszych systemów informatycznych, od których zależy funkcjonowanie firmy.

- Za to prokuratura po raz kolejny przedłuża śledztwo w sprawie tych ewentualnych nieprawidłowości czy nadużyć. Czyli sprawa musi być poważna, coś musi być na rzeczy?

- Nie wiem co jest na rzeczy, bo ze mną prokuratura o tej sprawie nie rozmawia. Na szczęście otrzymałem całkiem niedawno pismo z urzędu marszałkowskiego, w którym informują mnie, że rozliczenie dotacji uważają za prawidłowe i nie zgłaszają żadnych zastrzeżeń pod naszym adresem.

- Sobie nie ma pan nic do zarzucenia?

- Jeśli już to przede wszystkim to, że nadmiernie zaufałem i dałem za duże kompetencje człowiekowi, który nie okazał się tego godny, nie był uczciwy. Drugi raz tego nie zrobię.

- K. Rutkowski zapowiedział kolejną konferencję prasową w sprawie. Weźmie pan w niej udział? Wie pan już czego będzie dotyczyć?

- Nie widzę ani konieczności, ani potrzeby brania udziału w tej konferencji, choć bardzo ciekawi mnie co tym razem będzie miał do powiedzenia. Zasygnalizował mi jedynie, że ujawni dokumenty mogące świadczyć o próbie przejęcia naszej firmy.

- Jaki interes ma detektyw Rutkowski, by na dłużej angażować się w sprawę?

- Nie mam zielonego pojęcia.

- Nie obawia się pan, że może być instrumentalnie wykorzystany w jakiejś grze?

- Boję się tego, ale nie mam na to wpływu. Chciałbym tylko, żeby jak najszybciej to wszystko się skończyło.

- Niezależnie od tego wszystkiego otworzył pan w Gorzowie kolejna aptekę. Czyli biznes się jednak rozwija?

- Życie, także biznesowe musi toczyć się dalej. Nie mamy innego wyjścia, nie możemy się poddawać, bo na to tylko czyhają konkurenci.

- Dziękuję za rozmowę.