W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Dory, Gerarda, Maryny , 24 września 2020

Nie można radnych stawiać pod ścianą

2013-04-24

Z Jerzym Sobolewskim, przewodniczącym Rady Miasta Gorzowa, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_3530.jpg

- Prezydent powinien biegać za radnymi w ważnych dla miasta sprawach?

- Absolutnie nie chodzi o to, żeby pan prezydent biegał za radnym, ale chciał z nimi rozmawiać, prowadził z nimi dialog. Jest prezydent, jest rada miasta, są radni i powinni z sobą współpracować. Powinni razem decydować o rozwoju miasta i ważnych dla niego sprawach.

- I ten dialog, ta współpraca ma teraz miejsce?

- Nie ma, niestety. Prezydent od dłuższego czasu nie prowadzi z nami dialogu, nie rozmawia z nami bezpośrednio. Prowadzi tylko dialog w mediach, w których nas atakuje w przykry sposób, nie przebierając w słowach. Radni chcą rozmawiać i współpracować, ale nie ma takiej woli po stronie prezydenta, który chce jedynie dyktować radnym co mają robić. Zarzucając im przy okazji niekompetencję, nieznajomość spraw i problemów.

- Dlaczego tak się dzieje?

- Trudno powiedzieć. W każdym razie wina leży po stronie prezydenta. My chcemy z nim rozmawiać, to on nie chce z nami prowadzić rozmowy.

- Rada i radni są tu bez winy?

- Ja tu, po naszej stronie, żadnej winy nie znajduje. Bo jaka może być nasza wina? Że na podstawie posiadanej wiedzy i doświadczenia podejmujemy takie a nie inne uchwały? Że nie ma naszej zgody na bezkrytyczne akceptowanie wszelkich pomysłów pana prezydenta? Przecież wiadomo, że dla prezydenta tylko to jest dobre i godne uwagi, co on wymyśli i zaproponuje, a to co proponują radni z gruntu jest złe, niedobre i nie zasługuje na poważne traktowanie.

- Bez tego dialogu i współpracy można coś dobrego dla miasta zrobić?

- Staramy się, choć nie zawsze wychodzi. Ale to nie z winy radnych.

- Zdarza się panu, jako przewodniczącemu rady, rozmawiać mimo wszystko z prezydentem?

- Kiedyś rozmawialiśmy, nawet często, ale ostatnio już się to nie zdarza. Nie mam wrażenia, żeby prezydent chciał o czymkolwiek rozmawiać. Zresztą, nawet jak rozmawialiśmy to bywało tak, że coś ustalaliśmy a później prezydent często i tak robił po swojemu. I takie to nasze rozmawianie było.

- A z Siedlicką, o remont której zabiegał prezydent w związku z modernizacją Kobylogórskiej, da się jeszcze coś zrobić?

- Siedlicka jest typowym przykładem braku tego dialogu. Proszę spojrzeć na plan naprawy ulic, przygotowany wcześniej przez prezydenta. Jest tam Siedlicka? Nie ma. Po drugie, jeśli Siedlicka jest taka ważna w związku z remontem Kobylogórskiej, to należało od razu podejść do sprawy kompleksowo i uwzględnić jej remont razem z Kobylogórską. A nie wrzucać nam w ostatniej chwili Siedlicką i mówić, że taka jest teraz potrzeba. Po trzecie, na remont czeka w mieście wiele innych ulic i Siedlicka nie jest wcale najważniejsza. Po prostu trzeba się nad tym zastanowić, a prezydent nie chce dać nam czasu do zastanowienia. Gdyby wcześniej odbyła się jakaś poważna rozmowa, przedstawiono wszystkie rzeczowe argumenty, być może na sesji sprawy potoczyłyby się inaczej. Prezydent najpierw nie dostarcza radnym pełnej wiedzy potrzebnej do podjęcia decyzji, a później ma pretensje, że radni niewiele wiedza, że nie znają sprawy do końca itd. Dyskusja na ten temat powinna odbyć się wcześniej - w gabinetach, na komisjach a sesja powinna jedynie zwieńczyć pracę radnych. To byłoby poważne traktowanie rady i radnych. Nie można stawiać radnych pod ścianą mówiąc, że taka jest konieczność. Tak, jak było chociażby z tym regulaminem utrzymania czystości, którego projekt otrzymaliśmy dopiero w trakcie sesji.

- Ale ze śmieciami będzie porządek w mieście po 1 lipca?

- Oczywiście, że będzie. Właśnie wróciłem z konwentu przewodniczących rad, który odbył się w Łodzi, gdzie rozmawiałem z kolegami z całej Polski i dowiedziałem się, że Gorzów wcale nie odstaje od tego co się dzieje w kraju, jeżeli chodzi o przygotowania do realizacji ustawy śmieciowej. W wielu miastach nie ma jeszcze przyjętych regulaminów, nie ogłoszono przetargów na wywóz śmieci. Naprawdę nie ma dramatu, o jakim opowiada pan prezydent.

- Nie uważa pan, że z tym stawkami i ulgami, uchwalonymi przez radę, w obliczu tego co się stało później, wyszło trochę głupio?

- To kolejny przykład braku dialogu między prezydentem a radą. Gdyby prezydent, który siłą rzeczy ma większa wiedzę, bo ma od tego urzędników, inaczej prezentował swoje stanowisko i propozycje, mówił o wszystkich uwarunkowaniach, to i rada może zachowałaby się inaczej. A tak, radni działając w dobrej wierze, mając na względzie interes mieszkańców, zrobili to co zrobili. Byli przekonani, że to rady Gorzowa i sąsiednich gmin ustalą stawki, które związek celowy przyjmie do realizacji. Przed zatwierdzeniem przez ministra statutu związku MG-6 nikt z radnych nie spodziewał się, że stanie się na odwrót, że to związek ostatecznie zdecyduje. 

- Sport w mieście upada z braku pieniędzy, a pan chce odbudować stadion Warty. Po co?

- Sport jest dziedziną, która powinna być traktowana w mieście priorytetowo. A nie jest. Głównie z winy prezydenta, który jest dyletantem w tej sprawie. Potwierdził to, kiedy mówił, że mamy dosyć stadionów i boisk piłkarskich w mieście. Nie mamy. Ten stadion należy przywrócić dla sportu i potraktować tamten teren kompleksowo. Potrzebny jest nam stadion lekkoatletyczny, bo mówimy o królowej sportu, która ma kapitalne znaczenie dla rozwoju dzieci i młodzieży. To od niej zaczyna się uprawianie sportu i zamiłowanie do sportu. Tak samo jest potrzebne boisko piłkarskie, nie tylko dla Warty, która chce ten stadion przejąć i wyremontować.

I wcale nie jest tak, że na sport nie było, nie ma pieniędzy. Są, ale źle wydane. Trzęsie mnie, jak czytam, że Bydgoszcz za Grand Prix na żużlu płaci 1 milion, inne miasta jeszcze mniej - 400-600 tysięcy, a my płacimy 3 miliony rocznie i tak przez pięć lat. Za te pieniądze można było utrzymać gorzowski sport na poprzednim poziomie.

- Nie ma pan do siebie, do swoich kolegów i koleżanek z rady żadnych pretensji, że jednak przyłożyliście rękę do tego co się dzieje ze sportem, który całkiem niedawno był jeszcze wizytówką Gorzowa?

- O żadnych pretensjach do radnych nie może być mowy. To prezydent prowadzi politykę w tym zakresie. Nawet jeśli radni mają coś do powiedzenia, mają wpływ na budżet, to jednak w mocno ograniczonym zakresie, bo nie mogą przecież burzyć jego zasadniczej konstrukcji. Mogą jedynie dokonywać przesunięć w niewielkim zakresie. Pole manewru jest niewielkie. Zawsze, żeby gdzieś dać, trzeba gdzieś zabrać.

- Dziękuję za rozmowę