W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Cypriana, Justyny, Łucji , 26 września 2020

Nie ma sensu trwać przy tym pomyśle

2013-05-01

Z Aliną Nowak, wiceprezydentem Gorzowa, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_3602.jpg

- Warto było rezygnować z dyrektorowania w renomowanym ogólniaku, by zostać wiceprezydentem odpowiedzialnym  za sprawy społeczne, w tym za oświatę i kulturę?

- Uczyniłam tak, gdyż pomyślałam sobie, że przyszedł w moim życiu czas na zmianę. Trudno jednoznacznie powiedzieć, że warto było, ale też niczego nie żałuję. Co prawda tęsknię za II liceum, zwłaszcza za uczniami i nauczycielami, za klasą, ale to już nic nie zmieni.

- W szkole miała pani chyba jednak więcej do powiedzenia, mogła swobodniej kreować pewne zjawiska, realizować swoje pomysły?

- To prawda, ale pomysły ograniczały się do oświaty, do tej konkretnej szkoły. Tutaj jednak mogę się realizować w szerszym wymiarze i większej skali.

- Ma pani wrażenie, że odciska swój ślad na mieście, na Gorzowie?

- Chciałabym, żeby tak było, ale nie wiem na ile się udaje. Tym bardziej, że pracuję z ludźmi, że jest to jednak praca zespołowa. Oczywiście za coś odpowiadam, ale decyzje i działania nie są jedynie moim osobistym dziełem.

- To co wniosła pani do gorzowskiej kultury czy oświaty?

- Przede wszystkim staram się nakłonić podległych mi pracowników i szefów instytucji do dokonywania zmian, zwłaszcza w oświacie, bo świat się zmienia, rzeczywistość się zmienia i trzeba za tymi zmianami nadążać, by sprostać potrzebom i oczekiwaniom. Bez zmian nie ma postępu, rozwoju.

- A pomysł by sześciolatki w przyszłym roku, już nie wszystkie, ale w połowie, poszły do szkoły jest dobry dla sześciolatków?

- Uważam, że dla rozwoju umysłowego tych dzieci jest dobry, ale rozumiem też obawy rodziców.

- Właśnie, rodzice głośno protestują, boją się o dzieci, które ich zdaniem nie dorosły jeszcze do normalnej szkoły. Pani zdaniem, przesadzają?

- Rodzice chyba nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co czeka te dzieci w szkole, że to nie będzie normalna szkoła, ale jednak dostosowana do potrzeb sześciolatków. I nie chodzi tylko o ławki i krzesełka, ale także organizację zajęć, miejsc do wypoczynku i zabawy. Będą przecież dla nich specjalne warunki, świetlice i opieka do godz. 16.00. Aby to przejście od przedszkola do szkoły było możliwie jak najbardziej łagodne.

-Gorzowskie szkoły są dobrze przygotowane do przyjęcia sześciolatków, także w zakresie bezpieczeństwa i opieki nad nimi?

- Jestem przekonana, że nasze szkoły są już gotowe na przyjęcie sześciolatków. Pod każdym względem, choć nie wszędzie warunki są tak sam dobre. W każdym razie nie obawiałbym się o to, że te dzieci może w szkole spotkać coś złego. A różne zagrożenia są wszędzie.

- Z drugiej strony szykują nam się poważne zmiany szkolnictwie na poziomie ponadgimnazjalnym. Zmiana sieci szkół i placówek oświatowych jest konieczna?

- Jest bezwzględnie konieczna. Dlatego, że nastąpiły zmiany formalne w szkolnictwie ponadgimnazjalnym. Ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest to, że mamy niż demograficzny, który dyktuje nowe warunki, że  musimy racjonalizować wydatki na publiczną oświatę. Ponadto musimy podążać za potrzebami rynku pracy. Dlatego stawiamy na szkolnictwo zawodowe.

- To kiedy ruszy adaptacja poszpitalnych obiektów przy Warszawskiej, gdzie powstać ma Centrum Edukacji Zawodowej?

- Ale ona właściwie już trwa. Wyburza się tam to, co jest do wyburzenia, trwają również prace koncepcyjne. Wszystko więc przebiega zgodnie z planem. Za cztery lata będzie tam szkoła, a raczej zespół szkół.

- Zwieńczeniem tego dzieła byłaby akademia, która oprócz humanistycznych rozwijałaby kierunki techniczne. Kiedy powstanie?

- To już nie zależy od miasta czy miejskich urzędników…

- Ale miasto i miejscy urzędnicy mogą dużo zrobić, żeby pomóc, przyspieszyć.

- Dlatego pomagamy, rozmawiamy z władzami PWSZ i AWF i szukamy rozwiązań, form wsparcia. To nie jest tak, że nic w tej sprawie nie robimy.

- Dlaczego dyrektor Krzysztof Świtalski musiał odejść z filharmonii?

- Pan Świtalski był zatrudniony na stanowisku dyrektora naczelnego, a nie na stanowisku dyrygenta. Tymczasem chciał być i dyrektorem, i dyrygentem, co było trudne do zaakceptowania, a czego nie chciał zrozumieć pan Świtalski.

- Wiemy dlaczego musiała odejść poprzednia dyrektor MCK, ale dlaczego przyszła akurat na jej miejsce Sylwia Beech?

- Zależało nam tutaj na czasie i na osobie, która posiada umiejętności nawiązywania kontaktów z ludźmi, zna środowisko i sprawdziła się w różnych działaniach. I tak osobą wydała nam się pani Sylwia Beech.

- Na czym polega problem Jazz Clubu Pod Filarami?

- Myślę, że jest to trochę wydumany problem. W koncepcji restrukturyzacji sieci instytucji kultury pojawiła się propozycja włączenia klubu w struktury filharmonii. Ta propozycja nie została zaakceptowana przez środowiska związane z klubem i jazzem, bo uznano to za zamach na autonomię Filarów i ograniczanie możliwości ich działania. Oczywiście ostateczną decyzję podejmie pan prezydent, ale w moim odczuciu nie ma sensu trwać przy tym pomyśle, skoro wywołuje taki opór i protesty.

- Filharmonia nie jest dla budżetu miasta nazbyt dużym obciążeniem?

- Jest to duże obciążenie, bo w tym roku sięga 5 milionów 700 tysięcy, ale taką mamy filharmonię i musimy ją rozwijać. Przynajmniej w początkowym okresie wymaga solidnego wsparcia i takiego jej udzielamy.

- Budżet województwa mógłby jednaj mocniej wesprzeć jej działania. Czynicie w tej sprawie jakieś zabiegi?

- Bardzo o to zabiegamy. Złożyliśmy u marszałka  projekty kilka przedsięwzięć i czekamy na decyzje.

- Dziękuję za rozmowę.