W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Ponoć spał tu generał Jaruzelski

2013-07-24

Z Jadwigą Kanecką, która prowadzi restaurację na barce Ana, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_4408.jpg

- Który to już rok spędzasz na wodzie?

- To już nasz ósmy sezon. Dokładnie 20 maja upłynęło siedem lat, jak prowadzę z rodziną barkę.

- A sama barka ile ma lat?

- Mąż ustalił, że zbudowano ją prawdopodobnie około 1954 r. I na początku była to koszarka, czyli zaplecze hotelowe dla ludzi, którzy pracowali przy regulacji rzek, pogłębianiu i tym podobnych rzeczach. W międzyczasie barka służyła jako miejsce noclegu dla generalicji, wysokich oficerów, którzy obserwowali manewry na rzece Odra. Mówi się, że nawet sam generał Jaruzelski nocował na niej. Potem barka trafiła do gorzowskiej stoczni i w 2003 r. miała być złomowana. Ale kupiła ją moja teściowa i barka została przerobiona na lokal gastronomiczny na wodzie. A potem z jej dziejów warto wspomnieć, że w 2010 roku gościliśmy ekipę włoskich filmowców, którzy tu kręcili epizod do filmu „Tatanka”. Byli u nas aktorzy Rade Serbedzija i Sascha Zacharia oraz mistrz olimpijski w boksie Clemente Russo. I też im się podobało.

- Czyj więc to był pomysł na lokal na wodzie?

- Przede wszystkim mojej teściowej. To ona zawsze chciała poprowadzić taki lokal. Zresztą nazwa Ana to pierwsze litery imienia siostry mego męża. Taki rodzinny biznes.

- Idea się sprawdziła?

- Naturalnie. Zacznijmy od tego, że w gastronomii jest tak, że trzeba lubić to, co się robi. Inaczej się nie uda. Ja tak mam, że lubię sprzątać, gotować, prowadzić dom. I na barce to wszystko robię. Zaczynam od sprzątania właśnie, zbieram pety na naszym ogródku, myję okna, naturalnie rodzina mi pomaga, bo prowadzimy lokal całą rodziną.

- Jaki były początki?

- Najlepiej to widać na zdjęciu zrobionym na Bulwarze z okazji 750-lecia Gorzowa. Bulwaru jeszcze nie było, tylko jakieś rozjeżdżone klepisko. Sami musieliśmy położyć beton pod ogródek. Początek był taki, że barka funkcjonowała właśnie jako ogródek letni i tylko przez trzy miesiące, bo potem było za zimno. Stopniowo zabudowaliśmy górny pokład, wstawiliśmy piec, tak że okres działalności nam się wydłużył.

- No i klienci was polubili.

- Polubili. Kiedy na bulwarze funkcjonował ryneczek, to wpadali do nas na kawkę czy rybkę zarówno handlujący, jak i klienci. Odkąd bulwar funkcjonuje, też nie narzekamy na brak chętnych. Klienci dzielą się na tych, co wybierają siedzenie na łódce, i na tych, co preferują kawiarenkę na bulwarze. To z reguły matki z wózkami. Ludzie najchętniej przychodzą do nas właśnie na rybę, pajdę chleba ze smalcem i ogórki małosolne. I od lat to jest największy hit – ogórki małosolne, zresztą własnoręcznie robione.

- Myślisz, że więcej takich miejsc przyciągnęłoby większą liczbę klientów?

- Nie sądzę. Z doświadczenia wiem, że ludzie szukają fajnego miejsca, z klimatem, ale niedrogiego. Czyli pójdą tam, gdzie jest tanio, ale gdzie też usługa musi być na pewnym poziomie.  A prowadzenie takiej knajpki na wodzie jest kosztowniejsze niż zwykłej.

- Dlaczego?

- Bo oprócz zwykłych opłat na prowadzenie działalności, czyli za dzierżawę miejsca, koncesja na sprzedaż alkoholu, spełnienie wymagań sanepidu i Urzędu Skarbowego dochodzą jeszcze opłaty wodne. Przede wszystkim jest to koszt przeglądów w Polskim Rejestrze Statków, kiedy to jest, trzeba mieć zgodę z Urzędu Żeglugi Śródlądowej, który sprawdza, czy wszystkie wymogi bezpieczeństwa są spełnione. No i na końcu jest nadzór wodny, który też wyraża zgodę na cumowanie na rzece. Co więcej, raz na pięć lat barka musi być wyjęta z wody, oczyszczona ze wszystkiego i poddana szczegółowej kontroli technicznej. Na barce muszą być więc koła ratunkowe, kapoki, bosaki i inny sprzęt, jak na statku, który pływa.

- Ale ty, oprócz prowadzenia barki, od czasu do czasu wykonujesz gesty heroiczne. Mam na myśli to, że w ubiegłym roku wyciągałaś z wody wózek z roczną dziewczynką, a twój syn ratował małoletnich kajakarzy. Przecież nie musieliście tego robić.

- No nie, ale czasem warto coś fajnego zrobić. Zresztą w takich chwilach działa się jak automat. Człowiek potrzebuje pomocy, to mu się pomaga. Zresztą mała w tym roku w Dzień Ojca skończyła dwa latka i rodzina przyszła do nas z tortem. Jak jechali na wakacje, to się przyszli pożegnać. Jak wrócą, to przyjdą się przywitać. I tak właśnie nagle zyskałam wnuczkę, choć nie od swoich dzieci. Jednym słowem fajna sprawa.

- Ale zdarzają się też i niefajne...

- Zdarzają. Kilka tygodni temu, około 4 rano na barkę weszło trzech chłopaków i dziewczyna. Wyrzucili koło ratunkowe – to, które dostałam od wojewody, po tym, jak wyciągnęłam tę małą w wózku z wody. Usiłowali zrzucić cumy, puścić barkę na wodę. Mamy dozór elektroniczny i sprawców szuka teraz policja. Na szczęście tych przyjemnych zdarzeń jest więcej.

- Pamiętam, że walczyłaś o koła ratunkowe na bulwarze.

- Walczyłam, bo jak pokazuje życie, są one potrzebne. I mają służyć właśnie do ratowania ludzkiego życia, a nie do zabaw i to też cały czas podkreślam.

- No tak, biznes, pomaganie ludziom, walka o sprzęt. Jak ci się chce to wszystko ciągnąć?

- Lubię to. Pracujemy rodziną, mamy kontakt z ludźmi, przez te lata przez pokład przewinęło się sporo ciekawych osób. Bo trzeba wiedzieć, że tu nie tylko pije się piwo. Przychodzą fani żużla na kolejne Grand Prix, klienci oglądają też inne ważne wydarzenia sportowe. Dlaczego nie? Wracają do nas, bo im tu – mam nadzieję - dobrze.

- Plany na przyszłość?

- Są, ale za wcześnie, aby o nich mówić.

- Dziękuję za rozmowę.