W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Gorzowianie lubią dobre kino

2013-08-07

Z Moniką Kowalską, dyrektor kina Helios, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_4526.jpg

- Na co chodzą gorzowianie do kina?

- Generalnie chodzą na hity, czyli przede wszystkim na bajki, bo bajki to coś, co gorzowianie lubią najbardziej. Chodzą na kino sensacyjne, na komedie. Ale też, co bardzo ciekawe, ostatnimi czasy dobrze stoi polskie kino. I to takie kino – dobre filmy. Już nie chodzimy na komedie, takie głupie, romantyczne. Ta epoka skończyła się wraz z filmem „Kac Wawa” (wybitny polski krytyk filmowy Tomasz Raczek nazwał ten film rakiem i czymś wybitnie szkodliwym. Inni pisali podobnie, krytyków za obraźliwe słowa zamierzali pozwać do sądu twórcy filmu, a także niektórzy aktorzy, jak choćby Borys Szyc – red.). Cała afera, jaka się wydarzyła wokół tego filmu, i to, że widzowie odmówili pójścia na ten film, spowodowała, że skończyła się pewna epoka w polskim kinie. Bo w pewnym momencie było tak, że wystarczyło napisać mocno głupkowaty scenariusz, zaangażować gwiazdy i wiadomo było, że wszyscy pójdą na tę produkcję. Okazuje się, że ludzie już na takie filmy nie chodzą. Chodzą na „Drogówkę”, „W ciemności”, „Różę” czy „Pokłosie”. A więc na dobre polskie kino. I  gorzowianie także, dlatego mnie się wydaje, że to jest bardzo dobry zwiastun na przyszłość.

- W typowo komercyjnym kinie, jakim jest Helios, działa coś takiego jak Kino Konesera. Gorzowianie chodzą na ten projekt?

- Kino Konesera działa już w nie tylko w Gorzowie, ale w całej sieci. My w Gorzowie obchodzimy piąte urodziny. Co to jest? Otóż raz w tygodniu odbywa się pokaz filmu takiego, na jaki w tygodniu pewnie niewielu widzów by przyszło, bo akurat taki czy inny tytuł by się nie sprzedał. A przecież kino komercyjne jest po to, żeby zarabiać, no i my zarabiamy. Natomiast Kino Konesera to jest propozycja, dla tych, którzy chcą czegoś innego. Myślę, że to jest o tyle istotne i ważne, że w dzisiejszych czasach mamy problem z wyborem. Nie mamy problemu z dostępnością, bo w Internecie jest wszystko. Natomiast problem polega na wyborze. Aby coś sensownego z tego zalewu informacji wyłowić, trzeba mieć po prostu dużo czasu, albo też komuś zaufać i zdać się na czyjś gust. I Kino Konesera polega na tym, że widzowie zdają się w tym przypadku akurat na mój gust. Czyli na wybory, jakich dokonuję po wyjazdach na festiwale, oglądaniu różnych filmów i czytaniu rozlicznych recenzji, wybieram filmy, które mnie się wydają ciekawe, interesujące, czasami kontrowersyjne, wzbudzające skrajnie różne opinie. Generalnie chodzi o to, aby zobaczyć coś, co w tym gąszczu wszystkiego, co teraz otrzymujemy, mogłoby się zagubić, i trudno byłoby na to trafić.

- Ilu widzów przychodzi na Kino Konesera?

-  Średnio około stu osób, więc całkiem nieźle. Ale bywa tak, że musimy przenieść film na większą salę, bo jest tyle rezerwacji, że widzowie z kasy odeszliby z kwitkiem. Zdarzało się też, że trzeba było urządzić nawet dwa seanse, bo takie było duże zainteresowanie danym tytułem. Oczywiście wszystko zależy od filmu. Cieszą nas takie sytuacje, kiedy trzeba jakiś film przenieść na większą salę.

- Czyżby gorzowianie byli obdarzeni lepszym gustem niż widzowie w innych miastach?

- Ja myślę, że nie chodzi o jakiś supergust. Jak się patrzy na mapę kin w Polsce, można zauważyć miejsca, gdzie jest dobra tradycja Dyskusyjnych Klubów Filmowych – DKF-ów. I to chyba decyduje, że taka praca u podstaw, jaką nasz DKF prowadził i prowadzi, a trzeba pamiętać, że gorzowski DKF Megaron ma już prawie 50 lat, procentuje. Widzowie, którzy chodzili do DKF-u są przyzwyczajeni, do tego, że w tym mieście jest miejsce, gdzie można zobaczyć dobry film. Tak samo zresztą, jak w takim Tczewie, Grudziądzu, czyli w miastach, gdzie takie kluby działały i tam właśnie takie trochę inne niż komercyjne kino dobrze idzie. Natomiast gorzej jest tam, gdzie tradycji DKF-u nie ma.

- Sama przez lata prowadziłaś DKF Megaron i też uczyłaś gorzowian dobrego kina.

- No i Kino Konesera jest taką troszkę kontynuacją właśnie DKF-u. Bo to też w pewnym, sensie zachowuje taką formułę. Spotykamy się raz w tygodniu. Możemy sobie o filmie potem porozmawiać. Oczywiście to jest troszkę inaczej, niż kiedyś. Ale czasy się zmieniły, tak jak wszystko po roku 1989. Zmienił się świat, zmienił się DKF, taka rzeczywistość.

- Ale oprócz koneserskiego kina masz jeszcze taką propozycję dla pań.

- To jest Kino Kobiet, które odbywa się w poniedziałki. I to też jest taka ciekawa propozycja. To są filmy dla pań. Ale to nie tylko film – komedie romantyczne, filmy o miłości, dobry obyczaj, zawsze dbam o poziom. Przed seansem są dodatkowe atrakcje. Jakieś pokazy makijażu, opalania, czy innych rzeczy. Można wygrać nagrody. Taka oferta, z której korzysta rzeczywiście bardzo wiele gorzowianek w różnym wieku.

- Od jakiegoś czasu hasłem-wytrychem jest słowo kryzys. Na kryzys kładzie się wszystko. To, że się rezygnuje z kultury, nie jedzie się na urlop, nie kupuje się książek. Jak to się ma – mam na myśli kryzys – w odniesieniu do kina, do frekwencji. Gorzowianie też w panice porzucili chodzenie na filmy?

- Kryzys jest i to się odbija na wszystkim i raczej nie należy się oszukiwać, że jest inaczej. Ale mnie się wydaje, że kino jest o tyle ciekawą rozrywką, i nie tak drogą, jak wyjazd na Karaiby czy wakacje nad polskim morzem przez miesiąc, lub też dwa tygodnie. Ci, którzy rezygnują z wakacji na rzecz zaoszczędzenia, coś tu muszą robić. To nie jest tak, że rezygnujemy ze wszystkiego. Na pewno redukujemy większe wydatki, jak choćby przywołane wyjazdy wakacyjne, czy jakieś inne większe rzeczy – co oczywiście zależy od tego, na jakim poziomie finansowym jesteśmy. Ale kino, moim zdaniem, jest dość nisko w rankingu naszych redukcji z tytułu oszczędzania. Więc nie narzekam.

- No właśnie, przyszłam dziś do kina i widziałam czeredę dzieci z mamami, babciami, ciociami i innymi opiekunkami w oczekiwaniu na seans.

- Bo tak jest. Od lat obserwuję, że kwestią zasadniczą jest repertuar. Jeśli jest dobry tytuł, to widzowie są zawsze. W tej chwili mamy Smerfy, które cieszą się ogromnym powodzeniem wśród dzieci, więc one zwyczajnie przychodzą na ten film. Bez względu na to czy jest kryzys, czy go nie ma, czy jest lato, czy nie ma lata, czy jest pogoda, czy też jej nie ma. Reguła jest taka, ktoś chce obejrzeć film, więc na niego przychodzi.

- A czy zdarzają się takie sytuacje, że przychodzi widz i mówi – pani Moniko, a może by pani sprowadziła…, albo a może by pani pokazała?

- Oczywiście. Jak najbardziej. Najczęściej podczas Kina Konesera. Ludzie mają różne oczekiwania. Czytają, więc wiedzą, co wchodzi do kin. W dzisiejszych czasach to już nie jest problem się dowiedzieć, jakie filmy i gdzie się pojawiają. Mamy też maile od różnych widzów, którzy chcieliby to czy tamto zobaczyć. Dziś po prostu można wszystko sprawdzić. To już nie te lata, kiedy tylko dystrybutor wiedział, co wchodzi, gdzie i kiedy. I tylko fachowcy znali tę wiedzę tajemną. Dziś każdy może sobie sprawdzić wszystko.

- No i dochodzimy do fenomenu tego zjawiska, jakim jest kino. Bo mamy Internet, interaktywne telefony, na których też można sobie film obejrzeć. Na plażę można zabrać laptopa i odpalić film, ale ludzie ciągle idą do kina. Myślę, że gorzowianie tu nie są czymś niezwykłym, że chodzą do kina właśnie.

- Chodzą i myślę, że będą chodzić, zarówno gorzowianie, jak i inni. Działa magia kina. Ci, którzy chodzą, wiedzą, że w kinie inaczej się dany film ogląda niż na laptopie czy czymkolwiek. Nawet jak mamy kino domowe, to czymś innym jest przyjście do sali kinowej i przeżywanie danego filmu z nieznajomymi, znajomymi, czy trochę znajomymi. I chłonięcie filmu w atmosferze kina. Bo nie chodzi o sam seans. Ważne jest, że siedzimy obok kogoś, czujemy czyjąś obecność, wiemy, kiedy ten ktoś się śmieje, czy płacze. Konfrontujemy nasze emocje z innymi widzami. No i jeszcze magia ciemnej sali też działa. My w gruncie rzeczy lubimy być z ludźmi i kino nam to zapewnia.

- Fakt, coś jest na rzeczy. Ale widzowie, w tym i ja, nie ukrywam, narzekają, że są bardzo długie bloki reklamowe.

- No tak, ale świat jest taki jest. Reklama jest wszędzie. W telewizji, na ulicach, dostajemy ulotki na chodniku, nasze skrzynki są nimi zapchane. Więc dlaczego reklamy miałoby nie być w kinie? Blok trwa 20 min. I można go zwyczajnie ominąć. A gdyby go nie było, to płacilibyśmy nie 20 zł za seans, tylko 50 zł. Tak to jest ze sobą powiązane. Ale tej reklamy nikt na siłę nikomu nie wciska, nie ma przerwy w filmie, jak to jest w różnych telewizjach. Myślę, to wcale nie musi być uciążliwe.

- To prawda. Uciążliwe natomiast jest to, że nawet na poważne filmy, jak choćby na przywołane tu wcześnie „Różę” czy „Pokłosie”, filmy, który wbijają w fotel, odbierają oddech, ludzie potrafią przyjść z popcornem i colą.

- To już jest akurat kwestia kultury osobistej. Mnie na przykład o wiele bardziej złości odbieranie telefonów komórkowych w trakcie seansu, czy też pisanie sms-ów…

- Zdarza się?

- I to bardzo często. Sam popcorn ludzie sobie biorą w takich specjalnych kubkach, żeby nie szeleściły. Bo pamiętamy czasy przedpopcornowe, kiedy ludzie przynosili jedzenie do kina. Bo to nie jest tak, że widzowie zaczęli jeść, kiedy się pojawił popcorn. Zawsze to robili. Przychodzili z jakimiś paluszkami, chipsami, cukierkami zapakowanymi w szeleszczące papierki czy torebki. I pamiętam sama, jak mnie takie sytuacje straszliwie denerwowały. A tutaj ten popcorn przynajmniej nie szeleści. Natomiast odbieranie telefonów komórkowych, które mają już wszyscy, gadanie w trakcie seansu, to zwykły brak kultury. No cóż, trzeba by wychowywać ludzi, ale pewnie niektórzy się nie dadzą.

- Dziękuję za rozmowę.