W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

7 złotych za jedną kulkę

2013-08-14

Z Karoliną Kowalczyk, mistrzynią  w strzelectwie, rozmawia Ryszard Romanowski.

medium_news_header_4582.jpg

- Strzelectwo to sport wymagający cierpliwości i niebywałej koncentracji. Jak to się stało, że wybrała go dziewczyna z miasta pozbawionego wielkich tradycji w tej dyscyplinie?

- Strzelać zaczęłam w szkole podstawowej. Bardzo dawno temu rodzice zabrali brata i jego kolegę na strzelnicę, ja pojechałam dla towarzystwa. Trochę się przyglądałam aż w końcu pozwolono mi spróbować. Było nieźle. Później wzięłam udział w szkolnych zawodach strzeleckich  i tata zauważył, że coś może z tego w przyszłości wyjdzie. Zaczął we mnie inwestować, rozpoczęły się treningi. Początkowo byłam w gorzowskim klubie Kadet a od 2000 roku reprezentuje Śląsk Wrocław. Jest to klub z jedyną w Polsce strzelnicą odpowiadającą wszystkim sportowym warunkom.

- Oznaczało to opuszczenie Gorzowa?

- Czasami, jak jestem w domu nieco dłużej, o co w moim wypełnionym treningami i zawodami kalendarzu jest bardzo trudno, lubię odwiedzić klub przy ul. Kosynierów Gdyńskich. Czasem odwiedzam klub ze swoim sprzętem. Pozostało dużo sentymentu i jakoś tak ciągnie do sportowych początków.

- Jak zrozumiałem strzelectwo jest tradycją rodzinną? 

- Jako dzieci jeździliśmy z tatą na strzelnicę myśliwską. Kibicowaliśmy jak strzelał wielobój myśliwski. Tak więc niedziele często spędzaliśmy na gorzowskiej strzelnicy przy ul. Myśliborskiej. Wtedy bardzo często były różne zawody strzeleckie.  Zwykle po południu zawoziła nas tam mama. To chyba były początki. Jako dziecko strasznie lubiłam oglądać jak strzela tata. Zajęłam się w końcu strzelectwem sportowym, które ma dużo wspólnego z tym myśliwskim.

- Uprawianie każdego sportu wiąże się z kosztami, które zwykle pokrywają kluby i sponsorzy. Jak to wygląda w strzelaniu sportowym?

-  Strzelectwo nie jest piłką nożną czy żużlem. Stało się sportem niszowym, którym polskie media się nie interesują. Bardzo trudno o sponsorów. Mimo zdobytych tytułów nadal nie jest lekko. Wiele wyjazdów sama finansuje. W kadrze narodowej jestem już trzynaście lat i reprezentuję nasz kraj. Kadra pomaga finansowo na tyle, na ile może.

- Wróćmy do początków. W pierwsze treningi, wyjazdy, broń i amunicje inwestowali zapewne rodzice?

- Początki były bardzo ciężko. Bez pomocy rodziców pewnie nic by nie wyszło. Między innymi dlatego też razem zdecydowaliśmy się na zmianę gorzowskiego klubu na Śląsk Wrocław. W Gorzowie trenowaliśmy we dwójkę z kolegą i nasi rodzice na zmianę wozili nas na zawody. Było trochę łatwiej, bo wszystko rozkładało się na dwie rodziny. W końcu kolega  wyjechał na studia do Wrocławia a ja zostałam sama w Gorzowie. Trzeba było podjąć jakąś decyzję. Wybraliśmy również Wrocław. W nowym klubie też ciężko było się przebić. Dwoje nowych z małego klubu w wielkim, w którym wszystko odbywało się zupełnie inaczej, nie miało łatwo. Dla mnie, wówczas siedemnastolatki, trudno było przebić się przez to wszystko i zaaklimatyzować w nowym miejscu. Wtedy jeszcze nie zamieszkałam we Wrocławiu. Reprezentowałam barwy klubu, ale dojeżdżałam tam tylko podczas wakacji i ferii ponieważ chodziłam jeszcze do Technikum Leśnego w Starościnie i mieszkałam w internacie.

- Czy technikum leśne to odpowiednie miejsce dla dziewczyny?

-  Technikum leśne to rodzinna tradycja.  Zbliżony do wojskowego rygor w szkole być może przyczynił się do sportowych sukcesów. Chociaż nie było źle i ten rygor był znacznie mniejszy niż kiedyś. Wiem to z opowieści taty. On musiał spędzać weekendy w szkole, a my jechaliśmy do domu. Wtedy zależało to od stopni. Jak były dobre, można było starać się o przepustkę na weekendowy wyjazd do domu. U nas było inaczej, aczkolwiek porównując z innymi szkołami średnimi rygor był znacznie większy.  Chyba pomogło mi to to w wyrobieniu samodyscypliny i innych cech niezbędnych w sporcie.

- Jest pani zawodowym sportowcem?

- Jestem zatrudniona w wojsku w zespole sportowym. Wojsko umożliwia nam treningi aczkolwiek mamy również zajęcia wojskowe. Nie da się jednak ukryć, że ciągle szukam sponsora, a szczególnie teraz, bo chciałoby się zdobyć kolejny tytuł mistrzowski. Strzelectwo to drogi sport.  Taka jedna z kulek, którą wywalczyłam mistrzostwo Europy kosztuje 7 zł. Podczas zawodów jest trening, strzały próbne, itd. w sumie około 300 strzałów. Łatwo policzyć ile to kosztuje. Oczywiście broń również kosztuje. Po 5 tysiącach strzałów trzeba wymienić lufę. Klub nie jest w stanie pokryć kosztów wszystkich zgrupowań. Właśnie niedługo wyruszam na zgrupowanie do Zakopanego, którego koszt muszę sama pokryć.

- Kiedyś strzelcy i zawodnicy sportów konnych byli wizytówką Rzeczpospolitej. Teraz na zagranicznych kanałach satelitarnych bardzo często można oglądać zawody strzeleckie nawet rangi krajowej. Czyżby w Polsce pani dyscyplina stała się bardziej niszowa niż np. rzut młotem?

- Po prostu stała się mało medialna i dlatego sponsorzy nie chodzą za nami. Firmy nie chcą nas sponsorować, bo ich szefowie w żadnych mediach nawet nie słyszą o sukcesach polskich strzelców. Po  medalu Sylwii Bogackiej wszyscy celebrowali sukces, ale trwało to bardzo krótko. Trudno powiedzieć dlaczego. Strzelectwo staje się na chwilę popularne, gdy na igrzyskach jest medal dla Polski. Wtedy promuje się przez jakiś czas naszą dyscyplinę. Później media milczą o tym, że są jakieś mistrzostwa Europy, a co dopiero mówić o mistrzostwach polski. Jest to przykre ponieważ wszyscy widzimy mizerne osiągnięcia nie tylko w piłce nożnej, ale również w wielu innych  tzw. medialnych dyscyplinach, tymczasem o sukcesach strzelców nie wie prawie nikt.  W wielu krajach jest inaczej, np. w Niemczech istnieje strzelecka liga, której spotkania relacjonowane są przez wiele mediów.

- Co uważa pani za swój największy, jak dotąd, sukces?

- Za swój największy, jak dotąd, sukces uważam wicemistrzostwo Europy  zdobyte ostatnio w chorwackim Osijeku. Był to pierwszy wielki sukces indywidualny. Dotychczas zdobywałam medale w drużynie. W Osijeku również wraz Sylwią Bogacką i Alicją Ziają zdobyłyśmy srebro.  Z  tytułów drużynowych jednak najbardziej sobie cenię mistrzostwo świata z 2010 roku.  Wtedy nie tylko wygrałyśmy, ale ustanowiłyśmy nowy rekord świata, który dotychczas nie został pobity. Do tych dwóch imprez najczęściej wracam we wspomnieniach.

- Dziękuję za rozmowę i życzę wielu międzynarodowych sukcesów.