W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2019

Jeden ołówek dzielony na trzy semestry roku szkolnego

2015-08-26

Z Krzysztofem Pijarowskim, dziennikarzem, szefem Fundacji Asante, która pomaga dzieciom w Afryce i nie tylko, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_12245.jpg

Kiedy ostatni raz był pan w Afryce?

- Nigdy.

- Jak to, nigdy?

- No nigdy. Ja nie mogą jechać do Afryki.

- Dlaczego?

- Jestem po trzech przeszczepach. Dwukrotnie przeszczepiono mi wątrobę, raz nerkę i każda infekcja tam złapana, pomijam branie przez dłuższy czas Malaronu na przeszczepioną wątrobę, to jest wyrok dla mnie. Dlatego pewne rzeczy robię dla idei.

- No to jak wpadł pan na pomysł, żeby pomagać właśnie afrykańskim dzieciom?

- Każde dziecko jest takie samo, niezależnie, czy żyje w Afryce, czy w Polsce. Od nas zależy, jak zostanie przez nas „zadrukowane” i przygotowane do życia. Polska jest krajem, w którym są instytucje pomagające dzieciom w potrzebie. Afryka jest kontynentem, gdzie niestety, nie ma takich instytucji. No i dlatego ta pomoc ciąży na barkach ludzi dobrej woli. Zresztą proszę spojrzeć, co się dzieje z imigrantami z Afryki północnej. Pomijam uchodźców z obszarów ogarniętych konfliktami zbrojnymi. Gdyby te pieniądze, które są przeznaczane na pomoc w Europie, przeznaczyć na pomoc tym ludziom w miejscu, gdzie mieszkają, na doszkalanie, edukację, czy też innego rodzaju aktywność, to większość z nich na pewno by nie uciekała do Europy. Trzeba tak działać w Afryce, a my działamy w trzech krajach: w Kenii Buszmeńskiej – nieturystycznej, Zambii i na Wybrzeżu Kości Słoniowej, aby przyszłość dzieci tam mieszkających była lepsza niż obecnie.

- Rozumiem, ale kiedy zaistniał ten moment początku, kiedy zdecydował pan, że będzie pomagać właśnie afrykańskim dzieciom?

- W momencie, kiedy rozstałem się z transplantologią i stowarzyszeniem „Życie po przeszczepie”, trzeba było zbudować coś nowego, nowy projekt. Tak się złożyło, że jedna z wolontariuszek, która pracowała w „Życiu” interesowała się Afryką i tak wspólnie zbudowaliśmy projekt Fundacji „Asante”.

- Na czym polega wasza pomoc?

- Przede wszystkim polega na tym, że dostarczamy afrykańskim dzieciakom pomoce szkolne. Na terenie Polski działa projekt „Kredki dla Afryki” - w szkołach odbywają się lekcje o Afryce i dzieci zbierają przybory szkolne, jak zeszyty, ołówki, kredki. Nie zbieramy pisaków, bo w Afryce nie ma recycklingu i zużyte flamastry tylko by zaśmiecały środowisko. Potem zebrane pomoce trafiają do nas. A my w ramach fundacji wysyłamy to do tych trzech państw. Tam na miejscu współpracujemy z polskimi misjami katolickimi, bo mamy pewność, że te materiały są wykorzystane należycie. Mamy bowiem kontrolę nad tymi misjami, wiemy, co tam się dzieje. W Zambii, a konkretnie w Lusace, koordynatorem jest brat Jacek Rakowski, w Kenii siostra Alicja Kaszczuk a na Wybrzeżu Kości Słoniowej jest to siostra Assumpta Pawlus. Dzięki tej pomocy dzieci mają przybory szkolne. Trzeba bowiem wiedzieć, że w takiej Kenii, gdzie oświata jest niby bezpłatna, ale jednak rodzic musi kupić buty, mundurek, przybory szkolne właśnie. Okazuje się, że jeżeli w takim Lare matka kilkorga dzieci, która ma do wyboru kupno worka ryżu, który wystarczy na miesiąc, albo kupno wyprawki szkolnej, to wiadomo, co kupi. Tak więc my trochę uzupełniamy tę lukę. Dajemy wyprawkę, kupujemy buty, bo prowadzimy też akcję „Bose stópki”. Powiem tylko, że na początku naszej pracy zdarzały się takie sytuacje, iż dziecko dostawało jeden ołówek, a rodzic dzielił go na trzy części, bo tyle jest semestrów w roku szkolnym. I dziecko w danym semestrze mogło tak długo robić notatki, dopóki wystarczył mu ten ogryzek. Teraz już takie sytuacje się nie zdarzają.

Aktualnie Asia Kotwicka z Bydgoszczy, moja partnerka fundacyjna, z którą wspólnie założyłem Asante, od połowy lipca jest w Kenii. Prowadzi tam warsztaty plastyczne. Jest tam już po raz trzeci. Przy okazji pobytu w Laare kupuje tablice edukacyjne dla szkoły, prowadzi z tamtejszymi nauczycielami wykłady, jak wychowywać ucznia bez bicia. Do dziś bicie jest tam zaakceptowaną metodą wychowawczą. Ostatnio też kupiliśmy kilka kóz, ponieważ misja prowadzi dożywianie dzieci. Większość dzieci z buszu, będąc w szkole, dostaje posiłek, i bardzo często jest to jedyny ich posiłek w ciągu dnia. I taka koza to jest mleko. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że kupimy krowę.

z

- Jak to się stało, że Fundacja Asante, która z założenia pomaga afrykańskim dzieciom, zaangażowała się w pomoc Karolince Sanchez-Ślemp?

- Jak już mówiłem, dziecko, to dziecko, takie samo w Afryce, jak i tu w Polsce. Ja jakiś czas temu zaprzyjaźniłem się z kilkunastoma muzykami z Filharmonii Gorzowskiej. Przy Asante działa agencja koncertowa Art Asante, która organizowała koncerty kameralne, no i w jednej z takich grup była mama Karolinki, Katarzyny Ślemp de Sanchez. I skoro powstał problem, postanowiliśmy pomóc Karolince i wszystkie wpłaty finansowe szły przez nasze konta. Inna rzecz, że ostatnio, bo 15 sierpnia, zmienił się skład Rady Fundacji Asante. Jeden z dotychczasowych członków, Larry Okey – Nigeryjczyk i dyrektor Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku, zakończył swoją kadencję i w jego miejsce wszedł Piotr Borkowski (pierwszy dyrygent FG – red.). Kolejnym bowiem zadaniem, które stoi przed fundacją i który jest związany bezpośrednio z pomocą dzieciom zarówno polskim, jak i afrykańskim, jest projekt, który przygotowujemy na przyszły rok, jest to Symfonia tysiąca Gustava Mahlera.

- Ambitny projekt.

- Tak, projekt ten wymaga aż tysiąca muzyków i kilkaset osób chóru, śpiewaków operowych,. Bardzo duże przedsięwzięcie. Niezwykle rzadko wystawiane ze względu na olbrzymie koszty. Powiem przy okazji, że proces pod nazwą „Pomoc Karolince” jest ewenementem w skali całego kraju. Dlatego, że środowisko muzyków filharmonicznych w Polsce jest skłócone. I właśnie pomoc Karolince zjednoczyła tych ludzi. Bo to nie była tylko zbiórka pieniędzy, ale wiele różnych innych akcji, wiele koncertów tych muzyków. Na Facebooku Piotr Borkowski rzucił hasło „Dla Karolinki symfonia Mahlera”. I cała niebywałość wydarzenia polega na tym, że ci wszyscy muzycy postanowili się zgłosić do udziału w tym koncercie i to charytatywnie. Podobnie było z wielkimi nazwiskami operowymi, jak choćby Małgorzata Walewska, jest też Anna Patrys, poza tym kilka naprawdę mocnych nazwisk, ale na razie jest za wcześnie, aby o tym mówić. Poza tym kilka dobrych dużych chórów się zgłosiło, bardzo możliwe, że chóry „Mazowsza” i „Śląska” też wystąpią. No i chcemy to wykonać…

- Tu w Gorzowie?

- Na Stadionie Narodowym w Warszawie. Prowadzimy rozmowy na temat rejestracji przez telewizję. Na pewno także powstanie płyta charytatywna. Jednym z pierwszych sponsorów Jest Polski Bus który zobowiązał się wszystkich muzyków przywieźć na koncert i po nim odwieźć na swój koszt. Wspólnie z Piotrem Borkowskim uznaliśmy, że raz do roku będziemy robić jakieś duże wydarzenie na pomoc dzieciom. I nie chcemy się zawężać do pomocy chorym tylko na raka mózgu, ale jeśli będzie uzasadniony przypadek innej choroby i dziecko potrzebujące pomocy, wówczas będziemy pomagać tak, jak robią to inne fundacje, dla przykładu TVN czy inne wielkie.

- Powiedział pan, że akcja zjednoczyła muzyków w Polsce. A jak na tym tle wypada miasto Gorzów?

- Mnie przede wszystkim zdziwiło, że bardzo długo zwlekała z włączeniem się do pomocy Filharmonia Gorzowska. Bo koncert charytatywny, który się odbył w katedrze, dopiero zmusił co niektórych do działania. Koncert zorganizowali muzycy, a nie Filharmonia. Filharmonia się podczepiła pod to wydarzenie. Poza tym było kilkanaście wpłat indywidualnych, ale była duża akcja w Szkole Muzycznej I stopnia. Naprawdę olbrzymie pieniądze przyszły z Rzeszowskiego (mama Karolinki jest stamtąd - red.), Gdańska, Bydgoszczy, gdzie były zbiórki w uczelniach, szkołach muzycznych. No coś zupełnie nieprawdopodobnego. Jednym słowem pomoc szła z całego kraju. Gorzów niestety jest w mniejszości. Ale znakomitym projektem był koncert Adama Bałdycha w Teatrze Osterwy. Miał się odbyć w FG, ale Filharmonia zażądała pieniędzy za salę, więc niezwłocznie z pomocą przyszedł dyrektor Jan Tomaszewicz i wszystko otrzymaliśmy bez jednej złotówki. I to było fantastyczne.

- Dlaczego? Takie miasto?

- Nie wiem. Może takie miasto. Zresztą chyba jest coś na rzeczy. Ja od dłuższego czasu jestem bez pracy. Jak na razie w Gorzowie nie ma dla mnie pracy. Żyję z różnych zleceń spoza miasta, z prowadzenia projektów w Polsce. Mam markę jako osoba, która jednak coś zrobiła, czegoś dokonała.

- Byłam przekonana, że pracuje pan właśnie w Fundacji Asante?

- Nie, nie. Do fundacji dokładam. Przyjęliśmy zasadę, że nie zarabiamy w fundacji. Aśka, która jest nauczycielką etyki w Bydgoszczy, żeby pojechać do Afryki, oszczędza. Albo jedzie na kilka tygodni na Zachód do pracy i stąd ma pieniądze na wyjazd. Jak trzeba kupić toner, papier czy obojętnie co, to wydatki idą z naszych prywatnych pieniędzy. Oczywiście przyjdzie kiedyś czas, być może wówczas, kiedy będziemy robić wielkie wydarzenia, wielkie akcje, że będą pieniądze na koszty, ale na razie funkcjonujemy charytatywnie.

- Wróćmy więc do naszego podwórka. Mamy nową władzę od listopadowych wyborów…

- Kibicowałem i kibicuję w dalszym ciągu. Uważam bowiem, że powinna być kadencyjność w przypadku burmistrzów i prezydentów miast. Dlatego, że po dwóch kadencjach człowiek zaczyna wpadać w rutynę, zaczynają się wokół niego tworzyć właśnie układy. Ja z fundacji „Życie po przeszczepie” wycofałem się dokładnie po dziesięciu latach. Zrobiłem to, ponieważ uznałem, iż osiągnąłem taką poprzeczkę, której nie jestem w stanie przebić. Moi następcy, którzy liczyli na nie wiem jakie splendory, szybko spadli na ziemię, bo w fundacji trzeba ciężko pracować.

- To jak pan ocenia osiągnięcia nowych władz?

- Dziś nie można jeszcze tego oceniać, choć uważam, że niektóre działania wykonywane są za wolno. Ale rozumiem kontekst Gorzowa. Najłatwiej dokonać przełomu w pierwsze trzy – sześć miesięcy, kiedy wszyscy są w szoku. Im później robi się jakiekolwiek zmiany, tym trudniej potem. Choć jest jeszcze jedna taktyka. Polega ona na tym, że ci ludzie, którzy powinni się bać, tracą czujność, bo nic się do tej pory nie stało. Nie wiem, co się dzieje w gabinetach. W każdym razie kibicuję.