W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Celiny, Hilarego, Janusza , 21 października 2017

Jak można posiedzieć, to trzeba porządku pilnować

2017-04-11

Z Haliną Elżbietą Daszkiewicz, liderką Naszego Fyrtla z osiedla Staszica, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_18099.jpg
Halina Elżbieta Daszkiewicz w Naszym Fyrtlu z wnuczką Natalią

- Co to jest Nasz Fyrtel?

- To jest nasze miejsce do życia, do odpoczynku, czyli miejsce, w którym mieszkamy, odpoczywamy, spotykamy się z sąsiadami.

- Ale przede wszystkim to jest kawałeczek uporządkowanego parku Słowiańskiego. Skąd się wziął pomysł, żeby go uporządkować?

- Ale Fyrtel to nie tylko park, to także boisko, trawniki między blokami. No nasze miejsce. A skąd się wziął pomysł? Mieliśmy piękny park pod nosem, w którym nie było ławek, żeby sobie usiąść. Nie można było z niego korzystać. Jak ja się tu wprowadziłam ponad 30 lat temu, takie ławeczki były. Ale minęły lata, wszystko zostało zniszczone. No i z parku zaczęli korzystać jedynie ludzie, którzy wychodzą z psami na spacery. No i oczywiście jacyś panowie, którzy tam od czasu do czasu jakieś piwo wypili. No i jakoś kilka lat temu pomyślałam sobie, że trzeba coś z tym zrobić. Aż wreszcie trzy lata temu poszłam do prezydenta Tadeusza Jędrzejczaka, ten się zgodził, żebyśmy sprawy wzięli w swoje ręce. Dużo nam zresztą urząd wówczas pomógł. Magistrat kupił nam deski na ławki i pieńki jako ich podstawą. Zmobilizowałam sąsiadów, zakasaliśmy rękawy, posprzątaliśmy park, to jest ten kawałek …

- Zaraz, zaraz, ale jak „posprzątaliśmy”? Dzwoniła pani do ludzi i mówiła – idziemy sprzątać park? Przecież normalnie to tak nie działa.

- Przede wszystkim jestem gadułą, otwartą na ludzi gadułą. Stanęłam na winklu (na rogu – red), a ponieważ tam się jakieś ankiety robi, to ludzie są przyzwyczajeni, że tam się coś dzieje. Ludzie przystawali, pytali, co teraz robię. No i tak się dowiedzieli, że w określonym dniu sprzątamy park. Potem jeden sąsiad drugiemu to powtarzał. Ośrodek Sportu i Rekreacji pożyczył nam taczki, Urząd Miasta poratował grabiami. Ja wyznaczyłam kilka osób do pilnowania sprzętu i tak to się zaczęło. Spółdzielnia podłączyła nam prąd. No i jakoś poszło.

- Jestem zaskoczona. Bo dziś namówić ludzi, żeby coś zrobili na rzecz innych jest zwyczajnie niezmiernie trudno. Jak się pani to udało?

- Właściwie to ja sama nie bardzo wiem, na czym to polega. Jakoś nie mam  i nie miałam problemu, żeby namówić ludzi do wspólnego działania. Podobnie było, kiedy zbierałam podpisy pod propozycjami do budżetu obywatelskiego. I proszę sobie wyobrazić, że ludzie mi podrzucają różne pomysły, które można wcielić w życie. Bardzo dobrze mnie się współpracuje z naszą Spółdzielnią Mieszkaniową. Ja zresztą jestem zdania, że ze wszystkimi idzie się dogadać. I to chyba na tym polega. Myśmy się zwyczajnie dogadali. Sąsiedzi zobaczyli, że można coś dobrego zrobić. No bo – zrobiliśmy ławki, więc można na nich posiedzieć. A jak można posiedzieć, to trzeba porządku pilnować. Prosiłam ludzi, bo nie tylko młodzież, żeby zwracali uwagę na to miejsce, no i proszę sobie wyobrazić, że ludzie pilnują. Jak idą z piwem czy jakimiś czipsami, to opakowań nie wyrzucają jak popadnie, ale wrzucają do koszy na śmieci. Oczywiście zdarza się, że pojawią się jakieś śmieci, bo wszędzie się tak dzieje, ale na ogół ludzie jednak dbają o to miejsce.

- Jednym słowem, zapaliła pani sąsiadów do zadbania o to miejsce, ale też sprawiła, że oni uznali to miejsce za swoje.

- Tak, to jest ich własność. Przecież ci ludzie tu żyją, tu mieszkają. Bywa, że ja czasami grabię liście. Po jakiejś chwili przychodzi koleżanka, też z szósteczką z przodu i problemami z kręgosłupem. I ona te liście zbiera do worka. Za chwilę wychodzi ktoś kolejny, też się przyłącza. Tak to się dzieje. Ktoś sadzi kwiatki, ktoś pomaga. Jak ludzie widzą zaangażowanie, to chętnie się włączają. No i podkreślam, pilnują tego miejsca. Mamy tu też takiego chłopaka, który u nas nie mieszka, ale przychodzi do nas, ostatnio posprzątał w naszej altance dla dzieci, bo ktoś nabałaganił.

- Ale w tym pani Fyrtlu to nie tylko klomby i ławeczki się liczą. Przecież tu się dzieje wiele innych rzeczy…

- Tak. Robimy tu różne imprezy. W ubiegłym roku mieliśmy ich kilka. Dla mieszkańców, dla dzieci. Ja mam to szczęście, że na swojej drodze spotykam przyjaznych ludzi. Bo to tak jest. No i ci przyjaźni ludzie pomagają. Ja spotkałam Urszulę Niemirowską, która ma fundacje Pozytywka, która nam pomaga i nas wspiera. A przecież ona mieszka na Zakanalu. Tak samo Barbara Styczeń z Fundacji Sewa z Brzeźna do nas przyjeżdża. My przyciągamy do siebie tych fantastycznych ludzi. W ubiegłym roku zrobiliśmy kilka fajnych spotkań dla dzieci. W tym roku, na wiosnę w planujemy wielką imprezę dotyczącą piesków. Ja ją nazwałam „Kochasz – sprzątaj”, bo jakoś nazwa „Odkupianie miasta” nie bardzo mi się podoba. Bardzo dużo różnych ludzi się włącza. Chcemy w ten sposób propagować ideę sprzątania po swoich czworonogach. Na zasadzie zabawy z konkursami, nagrodami, żeby się zwyczajnie dużo działo.

- Ale w planach ma pani jeszcze wakacyjne imprezy. Jednym słowem, ciągle coś się dzieje i ciągle ma pani pozytywny oddźwięk od współmieszkańców. Wystarczy lider, żeby pociągnąć sąsiadów, aby wyszli z domów, odeszli od telewizora czy komputera.

- Oczywiście, że tak. Ja zawsze podkreślam, że może jestem matką chrzestną Fyrtla. Ale Fyrtel to nie ja. Fyrtel to my wszyscy, którzy razem tu różne rzeczy robimy. Bo ja, pani Daszkiewicz sama to bym guzik zrobiła, a nie takie miejsce. Bez tych przyjaznych ludzi nic by się nie udało. Nawet żartuję, że w końcu w spółdzielni zaczną przede mną drzwi zamykać, bo ja w kółko chodzę do nich po pomoc. No i spółdzielnia nam pomaga.

- Myśli pani, że tego rodzaju Fyrtle mają szansę powstać wszędzie, w każdym zakątku miasta?

- Oczywiście.

- Od czego to zależy? Od lidera? Od ludzi?

- Od lidera, od ludzi. Na naszym osiedlu żyje 4 tys. mieszkańców. Mój blok, to jest duża wioska. Tu jest ponad 100 mieszkań. Trzeba pamiętać, że ludzie różnie ze sobą żyją. Jedni się ze sobą kłócą, inni nie. Ale mimo tego ludzie potrafią się skupić wokół dobrej idei. Można to prosto wytłumaczyć na przykładzie rodziny. Bo nawet jeśli się pokłócisz z siostrą, jak będzie ważna rzecz, to staniecie do niej razem. Ta zasada przekłada się na nasze osiedle, na nasz Fyrtel. Ale nie tylko, bo gdziekolwiek znajdzie się lider, a nie będzie zawistników, to jest w stanie bardzo dużo dobrego zrobić. Ja zaczynałam od bardzo drobnych rzeczy, aby dojść do czegoś dużego, jak choćby ta najbliższa. Potem mamy w planach następne – w maju Urszula Niemirowska robi u nas kolejne wydarzenie. Tak to się dzieje. Ale czasami bywa, że sobie myślę – dość…

- No właśnie, nie ma pani dość?

- Nie, nie, czasami tylko sobie tak myślę, ale wystarczy, że spojrzę za okno i przychodzi kolejna myśl – oj, to jeszcze trzeba zrobić, tamto bym chciała zrobić. A jak już pomyślę, to zaczynam robić. Tak mam. No i inni mnie wspierają, bo widzą, że jest sens.

- Nie dość, że Fyrtlem się pani zajmuje, to jeszcze na dodatek pisze pani książkę o Alfredzie Markowskiej, Babci Nońci. Co panią do tego skłoniło?

- Uważam, że jej się to zwyczajnie należy. Alfreda Markowska, Babcia Nońcia, Cyganka, która podczas wojny ratowała dzieci wiezione do obozów. Nie ma żadnych innych dokumentów, oprócz świadectw zachowanych w języku. Poza tym Babcia Nońcia to samo dobro, w jej obecności człowiek czuje się jak otulony dobrem. Uważam, że trzeba, aby powstało jakieś świadectwo o niej. Poza tym uważam, że takie znaki upamiętnienia należą się wielu innym. Straciliśmy Karola Parno Gierlińskiego, wybitną postać, dziś już nieżyjącą, który zniechęcony w pewnym momencie wyjechał z Gorzowa. Straciliśmy Papuszę, bo ona też wyjechała, choć uważam, że można było się nią tu zaopiekować, żeby nie musiała opuszczać miasta. Dlatego piszę o Nońci.

- Jak powstaje ta książka?

- Jak już mówiłam, nie ma praktycznie żadnych dokumentów. Opieram się więc o przekazy rodzinne. Mam to szczęście, że zostałam przyjęta przez Romów. Bywam w ich domach, siadam z nimi do posiłku. Traktują mnie jak swoją. I opowiadają. A ja to spisują. Nad prawdziwością przekazu czuwa córka Nońci i jej wnuk Patryk. Ale to nie ma być taka faktograficzna proza, taka z datami. Bo tych zwyczajnie nie ma. Ma to być opowieść o niezwykłej Cygance, która zwyczajnie na takie upamiętnienie zasługuje.

- Kiedy można się spodziewać tej książki?

- No i tu jest problem. Bo Romowie mają pieniądze na wydanie jej po romsku. Myślę, że w tym roku się ukaże. Natomiast nie bardzo na razie wiem, co będzie z polską wersją, bo na ten cel pieniędzy nie ma. Myślę, że sobie spokojnie poleży i poczeka, aż się uda znaleźć jakiegoś sponsora. Będę szukać pieniędzy albo okazji, żeby tę książkę wydać.

- No to życzę pani jeszcze mnóstwa energii i dziękuję za rozmowę.