W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Sławy, Sławosza, Żelisławy , 23 lipca 2017

Każdy się chyba bał, że ekstraklasa przerośnie możliwości finansowe

2017-05-00

Z Tomaszem Grabowskim, znawcą historii sportu stilonowskiego, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_18272.jpg

- W tym roku KS Stilon obchodzi 70-lecie istnienia, co oznacza, że klub powstał w 1947 roku. Jak to możliwe, skoro patronacki zakład został uruchomiony dopiero cztery lata później?

- Rzeczywiście, otwarcie zakładu z udziałem ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza miało miejsce w lipcu 1951 roku. Fabryka, nosząca nazwę Gorzowskie Zakłady Włókien Sztucznych w Budowie, działalność zaczęła jednak kilka lat wcześniej. Wtedy też załoga w czasie wolnym zaczęła uprawiać sport. W 1947 roku nie było jeszcze klubu, lecz Koło Sportowe nr 5 Jedwabnik, które działało na dziko. Mało jest informacji na temat pierwszych miesięcy jego funkcjonowania, gdyż nikt w tym czasie nie prowadził kroniki. Mało tego, do pierwszej rejestracji koła doszło dopiero dwa lata później, w chwili przejścia pod zrzeszenie Włókniarz.  Był to również moment powołania innych sekcji niż tylko piłkarska. Uaktywniła się lekkoatletyka, kajakarstwo i tenis stołowy. Pierwszym, legendarnym przewodniczącym koła był przybyły z Jeleniej Góry Jan Kokorudz.

- Wiadomo coś o pierwszych występach Jedwabnika? 

- Wiedzę można czerpać tylko z archiwalnych numerów prasy oraz wspomnień drukowanych na łamach choćby Stilonu Gorzowskiego. Po przejrzeniu tych zapisków można stwierdzić, że Jedwabnik rozegrał kilka towarzyskich spotkań. Pierwszy udokumentowany mecz był z gorzowską Gwardią, przegrany 1:5. Miało to miejsce prawdopodobnie w drugiej połowie 1948 roku. Gwardia, znana bardziej z żużla, w tym czasie miała również sekcję piłkarską powstałą z przejęcia zawodników z Gorzovii i Polonii OMTUR. W następnym sezonie, zapewne w pierwszym półroczu, zarejestrowano cztery występy Jedwabnika. Potem mieliśmy już Włókniarza. Pierwsza wzmianka o tym klubie pojawiła się w marcu 1950 roku. Nie była to informacja piłkarska a z meczu tenisa stołowego. Prasa podała, że Włókniarz w towarzyskim spotkaniu przegrał ze Stalą Gorzów 4:5. Natomiast pierwsza piłkarska informacja pojawiła się w czerwcu. Przeczytać w niej można, że drużyna jest prowadzona przez trenera Władysława Bałę, byłego zawodnika Pogoni Lwów. Dopiero po latach, w 1959 roku w gazecie zakładowej podano, że pierwsze dwa mecze Włókniarz zagrał ze Stalą Gorzów w pożyczonych od rywali butach. Oba zakończyły się wygraną drużyny z Zawarcia 5:1 i 2:1. Było to w sierpniu 1949 roku, a miesiąc później Włókniarz wygrał z zespołem z Witnicy 4:2. I tak to się wszystko rozpoczęło i trwa do dzisiaj.

- A kiedy pionierzy dzisiejszego Stilonu zadebiutowali w rozgrywkach ligowych?

- Jesienią 1950 roku. Włókniarz trafił do klasy C w okręgu zielonogórskim. To był dziwny sezon. Zespoły zagrały tylko rundę jesienną, po czym zamknięto rozgrywki i wiosną je przeorganizowano. Grano jedynie eliminacje na szczeblu powiatów.

- Dzisiaj chyba łatwiej jest ustalić się przebieg bitwy pod Grunwaldem niż proces kształtowania się takiego klubu jak Stilon. Dlaczego?

- Problem wynika z kilku czynników. Najpoważniejszy jest taki, że Gorzów w tym okresie nie miał własnej prasy. Kiedy chce się na przykład przestudiować proces powstania szczecińskiej Pogoni wystarczy zajrzeć do archiwalnych numerów gazet wychodzących w tym mieście i wszystko można ułożyć w całość. W Gorzowie wychodziła jedynie mutacja Głosu Poznańskiego i nie można już tych wydań nigdzie odnaleźć. Ale i tak niewiele informacji z gorzowskiego sportu tam się pojawiało. Innym problemem jest, że wiele kół i klubów działało na dziko, nie prowadzono kronik, nikt też nie spisał dokładnych wspomnień pionierów. Jak już są materiały, to wspomnienia dotyczą bardziej ogólnych wydarzeń, nie szczegółowych. Skromne pod tym względem są też materiały w Archiwum Państwowym. W sumie nie można się temu dziwić. Nikt nie wiedział, czy zakład powstanie, nikomu w głowie nie było rejestrowanie pierwszych chwil narodzin jednego z najbardziej zasłużonych klubów Gorzowa.

- Kolejne lata pokazały, że to Stilon stał się wiodącym klubem piłkarskim w mieście i  zasłużył na miano gorzowskiego króla 70-lecia. Z czego to wynikało?

- Przede wszystkim z potęgi zakładu. Żaden inny gorzowski klub nie miał tak silnego oparcia, jak właśnie Stilon. Pierwszym momentem prawdziwego rozwoju sekcji było przyjście w 1953 roku Teodora Peterki z Ruchu Chorzów. Z nim zresztą przyszło kilku innych piłkarzy z tego klubu. Z Peterką wiąże się fajna historia, gdyż w latach 1937-38 w 16 ligowych meczach z rzędu zdobywał on bramki. Był to rekord świata, który przetrwał do 2013 roku, a naszego olimpijczyka z 1936 roku pobił dopiero… Lionel Messi, o czym rozpisywały się światowe agencje.  Powracając do naszego klubu, w tym czasie zmienił on zrzeszenie i przeszedł pod Unię, stąd nastąpiła kolejna zmiana nazwy. Co ciekawe, honorowym prezesem klubu został ówczesny minister przemysłu chemicznego Bolesław Rumiński. Sportowo jednak trzeba było jeszcze trochę poczekać na pierwszy duży sukces. Był nim awans do drugiej ligi w 1959 roku. Gra na tym szczeblu trwała tylko rok. W latach 50-tych nasza drużyna, z małego przecież miasta, potrafiła wygrywać na przykład z Ruchem Chorzów, Wisłą Kraków, Lechem Poznań czy remisować z Pogonią Szczecin, Lechią Gdańsk a nawet z rezerwami  warszawskiej Legii.

- Na następny awans trzeba było czekać do 1978 roku. Dlaczego, mimo ściągania wielu piłkarzy z dobrych klubów, zatrudniania niezłych trenerów, to wszystko tak długo trwało?

- Kłopot tkwił w niskim poziomie całego piłkarstwa w województwie zielonogórskim. Ciężko było podnosić poziom, skoro nie było dobrych drużyn. Nie wiadomo, jak by to wyglądało, gdyby nasz zespół regularnie grał ze szczecińskimi lub poznańskimi ekipami. Sporadyczne towarzyskie gierki z zespołami ekstraklasy nie mogły zastąpić codziennego grania. Czasami brakowało również szczęścia. W 1971 Stilon zajął drugie miejsce w lidze okręgowej, tracąc szansę zwycięstwa w ostatnim meczu z Wartą Gorzów. Skorzystał na tym Zastal Zielona Góra, który teoretycznie miał awansować do ligi międzywojewódzkiej, ale w wyniku decyzji centrali znalazł się w drugiej lidze. Uznano bowiem, że każde województwo musi mieć przynajmniej jednego przedstawiciela na tym poziomie rozgrywek. Kto wie, jak by to się wszystko rozwinęło, gdyby ta druga liga w Gorzowie pojawiła się o kilka lat szybciej.

- Może problem tkwił również w tym, że klub wziął na siebie za duży ciężar, stawiając na wiele innych sekcji?

- Jeżeli przyjrzymy się preliminarzom budżetowym w tamtych latach, to wiele z tych sekcji nie pochłaniało zbyt dużych środków. Przypomnę natomiast, że były to czasy, w których wręcz domagano się od dużych zakładów pracy budowania wielosekcyjnych klubów, żeby załoga miała gdzie masowo uprawiać sport. Po to były też spartakiady zakładowe. Na początku istnienia klubu próbowano nawet powołać do życie sekcje strzelecką czy kolarską. W sumie tych sekcji było mnóstwo, w tym nawet takie jak szermierka, skoki do wody czy boks, że wspomnę o tych mniej spektakularnych. Pamiętajmy jednak, że praca szkoleniowa stała na wysokim poziomie. Na przestrzeni lat w klubie wychowało się kilku późniejszych olimpijczyków, choć żaden nie pojechał na igrzyska w chwili reprezentowania barw Stilonu.

- Powróćmy do futbolu. Stilon miał przynajmniej trzykrotnie szansę awansowania do ekstraklasy. Dlaczego nie wykorzystał choć jednej z nich?

- Największa szansa była w 1991 roku. Jeśli nie z bezpośredniego awansu, to przez baraże, gdyż można było awansować nawet z czwartego miejsca. Jesienią Stilon stracił u siebie tylko jednego gola. Grał fenomenalnie, a źródłem tego był bardzo ustabilizowany skład. Problemy zaczęły się wiosną. Pięć z rzędu porażek, potem słynny remisowy (1:1) mecz z Widzewem w Łodzi i bezbramkowy remis u siebie z Jagiellonią Białystok na zakończenie rozgrywek. Po sezonie rozpoczął się exodus piłkarzy i wielu z nich zrobiło spore kariery, a Zenon Burzawa został nawet królem strzelców w ekstraklasie w barwach Sokoła Pniewy. Myślę, że u niektórych przynajmniej zawodników istniało przeświadczenie, że po awansie znajdą się poza kadrą i będą mieli kłopoty ze znalezieniem solidnego pracodawcy. Pamiętajmy, że był to czas transformacji gospodarczej, w Gorzowie wszystko się waliło, a z zakładu byli zwalniani ludzie. Każdy chyba się bał, że ekstraklasa może przerosnąć ówczesne możliwości finansowe. Zabrakło na pewno determinacji, stanowczego powiedzenia, że dążymy do awansu. Z kolei w 1981 roku niespecjalnie szło naszej drużynie, ale wiosną przyszła wspaniała seria, piękne zwycięstwo w Szczecinie 4:3, potem pokonanie Piasta Gliwice 2:0 i nagle drzwi do awansu się otworzyły. I pojawiła się czarna seria. W ogóle był to dziwny sezon, ponieważ z zespołami ze ścisłej czołówki nasza drużyna osiągnęła kapitalny bilans, zaś ze spadkowiczami miała fatalny. Dzisiaj nie dojdziemy na pewno przyczyn takiej sytuacji.

- Piłka była wiodąca, ale mieliśmy w Stilonie też świetną siatkówkę, koszykówkę, pływanie, szachy  i oczywiście waterpolo. Zacznijmy od siatkówki. Była szansa choć na jeden mistrzowski tytuł?

- Była, w 1998 roku, zaraz po awansie do ekstraklasy. Nasi siatkarze wywalczyli najpierw Puchar Polski, jeszcze jako drużyna niższej ligi, a kilka miesięcy później zwyciężyła w rozgrywkach fazy zasadniczej w ekstraklasie. Na 22 spotkania nasi wygrali 18. Niestety, wprowadzono dziwny regulamin, wyzerowano punkty i pierwsza szóstka zespołów po rundzie zasadniczej grała od nowa. Nasz zespół nie wytrzymał trudów występowania na dwóch frontach, bo w tym czasie grał też w europejskich pucharach. Jako ciekawostkę powiem, że na przestrzeni minionych lat w Stilonie występowało 18 reprezentantów Polski w siatkówce. Pierwszymi, już w latach 50-tych, byli Henryk Bobryk i Jan Śliwka.

- Najbardziej medalodajna dyscypliną była piłka wodna, ale chyba i najbardziej pechowa. Pamiętam, że nasi waterpoliści mieli duże szanse zagrania na igrzyskach olimpijskich, lecz nic z tego nie wyszło. Jakie były tego okoliczności?

- Były trzy szanse. Nasz związek nie zgłosił drużyny, w której grało już kilku stilonowców, do eliminacji do igrzysk w Moskwie w 1980 roku. Szanse awansu były, postawiono jednak na hokeistki na trawie. Cztery lata później mieliśmy bardzo dobry zespół, który potrafił w towarzyskim meczu wygrać z największą potęgą europejskiej piłki wodnej z Mladost Zagrzeb. Awans do igrzysk wydawał się być pewny, ale nastąpił bojkot większości krajów satelickich ZSRR, w tym Polski. Cztery lata później ponownie mieliśmy drużynę z szansami na awans, lecz nie wysłano jej na turniej kwalifikacyjny do Australii, bo zabrakło kilkuset dolarów na opłacenie startu. Zawodnicy, jak się o tym po czasie dowiedzieli, nie kryli oburzenia. Stwierdzili, że sami wyłożyliby te pieniądze, gdyby im powiedziano.

- Dlaczego Stilonowi nikt tak naprawdę nie chciał pomagać w prowadzeniu klubu, a szczególnie najbardziej kosztownych sekcji, co miało zapewne istotny wpływ na brak osiągnięć na najwyższym krajowym poziomie?

- Możemy tu mówić o latach 80-tych, gdyż w tym czasie piłka nożna, zaraz potem koszykówka i siatkówka zaczęły dobijać się do najwyższych klas rozgrywkowych. Był to jednak czas, w którym panował niekorzystny dla sportu nastrój. Ludzie chodzili na mecze, ale nie kryli oburzenia, że sportowcy byli zatrudniani na lewych etatach w zakładach pracy. Wprost ich określano jako darmozjadów i trwały w tym czasie dyskusje, co zrobić, żeby sportowcy nie odbijali tylko kart zakładowych? Trudno było w tym czasie domagać się daleko idącej pomocy ze strony przykładowo władz lokalnych i wojewódzkich, choć taka płynęła. Szczególnie z urzędu wojewódzkiego, który dzielił na lokalny sport środki centralne. Pamiętajmy również, że pojęcie sponsorów nie istniało. Potem weszliśmy w lata przemian ustrojowo-gospodarczych, pojawili się prywatni darczyńcy jak Domus, GBS, Gobit, ale wszystko co było związane z komuną chciano wtedy zniszczyć. Nawet spartakiady zakładowe były przez wielu oceniane negatywnie, a przecież tu nie chodziło o politykę, lecz rekreację. Był jeszcze inny powód, mianowicie kibice zaczęli odchodzić od oglądania imprez w mieście, zwrócili się w stronę telewizji satelitarnej i zachłysnęli światowym sportem. Był okres, że na drugoligowe mecze Stilonu przychodziło zaledwie tysiąc widzów, a średnia w polskiej ekstraklasie nie przekraczała kilku tysięcy.

- Czy okres istnienia Gorzowskiego Klubu Piłkarskiego powinien być zaliczany do historii KS Stilon?

- Mnóstwo klubów przechodziło w swoim czasie różne reorganizacje, ale zawsze powinna liczyć się kontynuacja. ZKS Stilon w krótkim czasie został ,,poszatkowany’’, sekcje zaczęły przechodzić na własny garnuszek i z czasem niektóre historycznie zostały odcięte od dawnego patrona. Jeszcze krótko mieliśmy KS Stilon, gdzie były koszykarki i siatkarze, ale to też się rozleciało. W piłce została zachowana kontynuacja. W przypadku powstania GKP musimy pamiętać o istotnej sprawie. Gdybyśmy potraktowali ten podmiot jako całkowicie nowy to musiałby on rozpoczynać swoją historię od występów w najniższej lidze. A tak się nie stało. Mało tego, cała reorganizacja przeszła bardzo płynnie. Najpierw mieliśmy Autonomiczną Sekcję Piłki Nożnej Stilon, po kilku miesiąca drużyna grała już jako GKP. Pamiętajmy ponadto, że szachiści cały czas występowali i nadal występują pod nazwą Stilon, choć w tym przypadku również powołano nowe stowarzyszenie.

- Gorzowski futbol w tej chwili przeżywa spore kłopoty, a przede wszystkim nie ma zbyt dużego wsparcia społecznego. W jakim kierunku należy pójść, żeby rozpocząć trwały proces odbudowy silnej pozycji tej dyscypliny w naszym mieście?

- Na pewno zainteresowanie futbolem w Gorzowie wciąż jest spore. Uważam, że występując na poziomie pierwszej lub drugiej ligi można gromadzić na meczach po kilka tysięcy kibiców. Przy czym w dzisiejszych czasach ważne są też warunki, w jakich przychodzi oglądać imprezy sportowe. Oczywiście nie wolno przesadzać z budową nowego obiektu na 15 tysięcy, ale ten co jest wymaga gruntowej renowacji. Kolejna sprawa, należy jak najszybciej uciekać z trzeciej ligi, do której teraz awansujemy. Dobrze byłoby to uczynić marszu. Jest to pod wieloma względami fatalny szczebel rozgrywek. Drogi w utrzymaniu, nieatrakcyjny sportowo. Kibice lubią chodzić na znane, sprawdzone marki. Trzeci ważny do wykonania ruch to budowa klimatu wokół klubu. Dzisiaj trzeba rywalizować o kibiców, sponsorów, a także względy władz miejskich. Nie jest to łatwe zadanie, lecz bez dynamicznych działań marketingowych ciężko będzie się przebić przez inne atrakcje otaczające nas z zewsząd. Jubileusz 70-lecia jest dobrym punktem wyjścia do rozpoczęcia silnej kampanii promocyjnej.

- Dziękuję za rozmowę.