W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Cypriana, Justyny, Łucji , 26 września 2017

Czy nauka z dawnych błędów miejskiej władzy poszła w las?

2017-05-17

Z Henrykiem Maciejem Woźniakiem, przewodniczącym zarządu Lubuskiej Organizacji Pracodawców oraz byłym prezydentem Gorzowa, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_18402.jpg

- Czy lubuscy pracodawcy potrafią ze sobą współpracować, czy tylko konkurują w swoich branżach na rynku?

- Na tak postawione pytanie musi paść odpowiedź dwojakiego rodzaju. Potrafią współpracować, ale naturalnym jest, że muszą również konkurować, bo to jest cecha gospodarki wolnorynkowej. Oczywiście musimy tu powiedzieć jasno, że jeżeli ktoś nie jest zdolny do podejmowania w określonych ramach współpracy, a skupia się tylko na konkurowaniu, wcześniej czy później źle takie podejście się dla niego kończy. Nawet największe rekiny biznesu mogą połykać mniejsze rybki, ale do czasu. Bez budowania wokół siebie pozytywnych relacji naprawdę trudno osiągnąć trwały sukces.

- Na czym polega budowa takich relacji?

- Na dobieraniu biznesowych partnerów do tworzenia większych zdolności gospodarczych dla osiągnięcia określonych celów. Bywają sytuacje, że trzeba zwiększyć potencjał, własne możliwości, żeby zrealizować konkretne zadanie. Ktoś kto tego nie rozumie, a jedynie wszystkich traktuje jako konkurentów, pewnych granic nie przekroczy. Jak z tym wspomnianym rekinem – można połykać, ale też można się zadławić.

- Czym właściwie zajmuje się Lubuska Organizacja Pracodawców?

- Nasza organizacja ma charakter lobbingowy. Skupia pracodawców po to, żeby po wypracowaniu stanowisk, opinii istotnych dla naszego środowiska w ważnych sprawach publicznych kierować je do organów władz różnych szczebli. Zarówno rządowych, jak i samorządowych. A że wiele kwestii dotyczy również pracowników, to i ważnym partnerem są dla nas związki zawodowe. Jest jeszcze trzeci obszar działania polegający na wspieraniu przedsiębiorców, poprzez organizowanie szkoleń, seminariów i tworzeniu różnych form współpracy.

- Może pan podać konkretne przykłady działalności LOP w ostatnim okresie?

- Zorganizowaliśmy klaster metalowy skupiający firmy tej branży do bieżącej i bezpośredniej współpracy. Rozwój gospodarczy wymaga dobrej infrastruktury drogowej, dlatego zabiegamy o budowę porządnego mostu przez Odrę wraz z obwodnicą Kostrzyna. Właśnie tematom drogowym było poświęcone niedawne spotkanie zarządu LOP z nowym dyrektorem GDDKiA.  Czynimy starania o równomierny rozwój całego województwa, choćby dlatego zwróciliśmy się do marszałka województwa z wnioskiem o ponowne przeanalizowanie decyzji o skierowaniu środków, ok. 20 mln. zł. na sfinansowanie infrastruktury parków przemysłowych tylko w jedno miejsce – na południe województwa. Uważamy, że to jest decyzja nieodpowiedzialna i stronnicza! Oczekujemy od zarządu województwa i sejmiku rozwagi przy tego typu decyzjach podejmowanych przez instytucje samorządu województwa. Nie może bowiem być zgody na to by cała pula z funduszy UE na lata 2014-2020 była przeznaczona tylko na jeden park przemysłowy, zamiast sprawiedliwie i uczciwie wesprzeć rozwój gospodarczy również w innych rejonach, które także pozytywnie przeszły procedurę weryfikacji. Chodzi o rejon Międzyrzecza-Skwierzyny-Trzciela a także Babimostu- Zbąszynka-Kargowej.  

- Jakie jeszcze korzyścią czerpią przedsiębiorcy z przynależności do organizacji?

- Jest ich sporo, ale wszystkie zmierzają do rozbudowy współpracy na każdym możliwym szczeblu i polu. Choćby budowania partnerskich, dobrych relacji z organami państwowymi. Warto wspomnieć o takich organach jak Państwowa Inspekcja Pracy, Urząd Skarbowy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy Urząd Dozoru Technicznego. Organizowanie różnych spotkań seminaryjnych pomaga wyjaśnić wiele kwestii formalnych, niejasności stale zmieniających się obowiązków prawnych, a przecież to jest bardzo ważne dla każdej firmy, ułatwia prowadzenie działalności. Nie jesteśmy natomiast organizacją gwarantującą wymierne korzyści skierowane wprost do konkretnych przedsiębiorców. Oczywiście możemy i czynimy to, pomagać w nawiązywaniu kontaktów pomiędzy podmiotami różnych branż celem podejmowania przez nie współpracy. Dla nas samo członkostwo jest już dobrą rekomendacją, a do tego przecież znamy się często dobrze i polecamy siebie nawzajem. Jesteśmy przede wszystkim reprezentacją interesu dla całego środowiska. Ci, którzy to rozumieją są u nas, bo wiedzą, że jak będziemy trzymać się razem, to łatwiej i skuteczniej będzie można działać na rynku. Stara rzymska zasada ,,divide et impera’’ mówi o dzieleniu ludzi, którymi przez to łatwiej jest rządzić. Jeżeli chcesz tego uniknąć musisz się zorganizować, żeby być razem, a przez to silniejszym, a także bardziej szanowanym partnerem dla innych.

- Z jakimi największymi problemami borykają się pracodawcy?

- Jest ich wiele, ale jeden ma duże znaczenie i szybko narasta, przynajmniej od roku. Mam na myśli rynek pracy. Niestety, zasoby ludzkie wyczerpują się w szybkim tempie, a już prawdziwym kłopotem jest brak dobrych pracowników. Rynek pracy stał się rynkiem pracownika. Trzeba to oczywiście uszanować, taki mamy potencjał demograficzny,  od wielu lat jest duża emigracja zarobkowa młodych, ale jest to ogromny problem mający realny wpływ na rozwój gospodarczy kraju. Mógłby być on o wiele szybszy, gdyby nie te kłopoty. Dotyczą one całego kraju, przy czym w naszej części są szczególnie widoczne ze względu na bliskość zachodniej granicy. Sytuację ratuje napływ rąk do pracy z Ukrainy, ale to wymaga uelastycznienia prawodawstwa. Sygnalizowaliśmy to pani premier Beacie Szydło oraz pani minister Elżbiecie Rafalskiej.

- Rozumiem, że wielu mieszkańców Gorzowa i regionu woli pracować na zachód od Odry?

- Oczywiście i tak jest od lat. Kiedy 21 grudnia 2007 r. szlabany graniczne na Odrze i Nysie zostały zdemontowane, nasi mieszkańcy niemal od razu zaczęli wyjeżdżać za pracą. Pamiętam, jak kiedyś sam zachęcałem młodzież uczącą się w szkołach podstawowych do nauki języków obcych. Dzisiaj większość z nich pokończyła już studia albo uzyskała dobre zawody i siedzą na Zachodzie. To są młodzi ludzie, często bez zobowiązań rodzinnych w tym sensie, że są stanu wolnego i nie są przez to zakorzenieni w kraju. A przecież wiadomo jaki wciąż dystans dzieli zarobki w bogatych krajach Unii Europejskiej i w Polsce. Niestety, wyczerpywanie się zasobów ludzkich dalej będzie szybsze w naszym regionie niż na wschodzie kraju.

- To dlaczego pracodawcy narzekają, kiedy rośnie praca minimalna, skoro i tak ta płaca w Polsce jest bardzo niska w stosunku do reszty Europy?

- Myślę, że ta opinia jest już bardziej historyczna niż dotyczy teraźniejszości. Owszem, przez wiele lat istniała silna obrona przed podnoszeniem płacy minimalnej ze względu na chęć utrzymania konkurencyjności produkcji. Obecnie wielu pracodawców zmieniło postrzeganie tego problemu, głównie pod wpływem sytuacji rynkowej. Dzisiaj trzeba głębiej sięgać do kieszeni i jest to trend, którego w najbliższych latach nie da się już odwrócić. Płace będą rosły, natomiast przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że walka o utrzymanie konkurencyjności musi zostać przerzucona na inne czynniki budowania konkurencyjności, choćby coraz wyższą jakość produkcji i wydajność pracy oraz lepszą organizację pracy.

- Wspomniał pan o rosnącym braku rąk do pracy na gorzowskim rynku, ale jak on w rzeczywistości wygląda pod względem struktury pracowniczej?

- Na pewno spustoszenie w zasobach wykwalifikowanej kadry pracowniczej spowodowała niefortunna „reforma szkolnictwa” z lat 90-tych. Katastrofą okazało się odejście od kształcenia technicznego na rzecz ogólnego, nie dającego zawodu. Powracając na lokalny rynek, trzeba zwrócić uwagę, że głównymi graczami są tu duże zakłady produkcyjne, skupione m.in. w podstrefie ekonomicznej. One potrzebują wyspecjalizowanych pracowników a nie takich, których muszą dopiero przyuczać. Kursy zawodowe nie zastąpią rzetelnego kształcenia, to jest działanie zastępcze. I niestety, zawalenie się tej tradycyjnej struktury kształcenia spowodowało, że wcześniejsze zasoby rynku pracy zostały w dużym stopniu wyczerpane i nie zostały uzupełnione wobec małego dopływu młodzieży do szkół zawodowych, w tym także wyższych. Na to nałożyło się i to, że z Gorzowa mnóstwo zdolnych ludzi wyjechało. Słabość kształcenia przekłada się na potencjał gospodarczy, w tej pracodawcy zaczynają szukać do pracy… kogokolwiek.  Dla przykładu, w zarządzonej przeze mnie firmie ostatnio musiałem wprowadzić nowe stanowiska pracy, żeby móc przyjmować do pracy osoby bez potrzebnych kwalifikacji. Kiedyś najniższymi stanowiskami byli zbrojarz i betoniarz. Teraz jest też pomocnik zbrojarza i betoniarza. Jedynymi atutami są chęć do pracy i uczenia się. Musimy odbudować kształcenie zawodowe, musimy stale kreować szacunek dla zawodu, jego użyteczności. Bez tego nie będzie oczekiwanego przez wszystkich tempa rozwoju polskiej gospodarki i wzrostu zamożności Polaków. Nas po prostu nie stać na dalsze kształcenie tłumów magistrów marketingu, socjologii, administracji oraz absolwentów „ogólniaków”, dla których nie ma pracy po ukończeniu szkoły, których trzeba dopiero przyuczać do zawodu trwoniąc czas i pieniądze.   Rozmawialiśmy o tych problemach również z Lubuskim Kuratorem Oświaty. Można odnieść wrażenie, że nastąpił już przełom w rozumieniu tego problemu, ale tempo zmian jest zupełnie niewystarczające.

- Czy w tej sytuacji zwlekanie z budową Centrum Edukacji Zawodowej i Biznesu nie działa na szkodę lokalnego rynku?

- Ta kwestia martwi całe środowisko gospodarcze, tematyka ta była nawet przedmiotem jednego ze spotkań zarządu naszej organizacji z wiceprezydentem miasta. Na pewno cieszy to, że zachodzą pewne zmiany systemowe w zakresie kształcenia zawodowego. Administracja rządowa ma pewne koncepcje, które nawet pozytywnie opiniowaliśmy. Gorzej z tym wielkim gorzowskim projektem na bazie dawnego szpitala miejskiego. My nie mamy zresztą do niego przekonania. Dla mnie to raczej kolos na glinianych nogach – nie racjonalna i przemyślana koncepcja przyszłościowa. To bardziej chaotyczna marketingowo wydmuszka. Powiem wprost - w środowisku pracodawców mocno powątpiewa się w sens tego pomysłu. Wiele wskazuje na to, że miasto dało się, mówiąc kolokwialnie, wkręcić - pod warunkiem zagospodarowania na cele edukacyjne - w przejęcie obiektów, których województwo nie potrafiło zagospodarować. Lepiej było nie pakować się w coś, co będzie teraz kosztowało nas kilkadziesiąt milionów. O wiele korzystniejszym rozwiązaniem byłoby zainwestowanie tych pieniędzy w modernizację istniejących szkół zawodowych, które przecież nie są obciążone tak jak 30 lat temu, a przede wszystkim w doposażyć w nowoczesne maszyny i urządzenia Centrum Kształcenia Zawodowego. Centrum jest dzisiaj niewykorzystane, a przecież jego potencjał jest ogromny. Powinno posiadać nawet zdolności produkcyjne, żeby móc kształcić zawodowców, kooperując w pewnym zakresie z przemysłem. Czy mamy się godzić na to, że teraz wielkie miliony zamiast na automaty i roboty pójdą w mury na Warszawskiej, a potem będziemy zastanawiali się, co zrobić z opuszczonymi budynkami po tam przenoszonych szkołach? Czy nauka z dawnych błędów miejskiej władzy poszła w las? Czy smutny los dawnego internatu Gastronomika i wielu innych budynków „porzuconych” przez Ratusz nie jest wystarczającą przestrogą dla nieprzemyślanych decyzji?

- Czy w Gorzowie jest dobry klimat do prowadzenia biznesu? Jestem ciekaw odpowiedzi, bo pan ma wyjątkowe doświadczenie, przecież nie tylko jako szef pracodawców,  ale i wcześniej jako prezydent miasta.

- Jak wszędzie. O dobrym klimacie mówi się wówczas, kiedy władza wsłuchuje się w głos przedsiębiorców. W naszym mieście różnie z tym bywa. W naszej organizacji mamy taki zwyczaj, że po każdym posiedzeniu zarządu przelewamy swoje uwagi i opinie na papier, które następnie przekazujemy szefom instytucji, których gościliśmy. Pamiętam, że wysłaliśmy nasze propozycje zmierzające do pobudzenia rozwoju gospodarczego w Gorzowie, wskazując choćby na potrzebę pilnego przygotowania dużych terenów inwestycyjnych. Chodzi o „drugie przemysłowe płuco miasta” – nową podstrefę K-SSSE na Małyszynie. W jednozdaniowej odpowiedzi, bardzo grzecznej zresztą, prezydent Gorzowa… zaprosił nas do utrzymywania dalszych kontaktów. My chcemy dyskutować o realnych kwestiach, o potrzebach rozwojowych miasta w perspektywie pokolenia. Niestety, mamy wątpliwości, czy obecne władze miasta mają racjonalny i realny plan rozwoju Gorzowa. Wydaje się, że po latach, które w rządzeniu miastem określano jako czas arogancji i nonszalancji w gospodarowaniu miejską kasą, nastał czas minimalizmu, ot takie  „w sam raz’’. Pytanie tylko do czego i do jakich aspiracji?!

- W jakim kierunku powinien zmierzać ów rozwój?

-  W wysoko rozwiniętych gospodarkach dominuje drobna przedsiębiorczość, ale ona istnieje tam na wysokim poziomie rozwojowym wokół wielkich firm. Po prostu służy produkcyjnym potentatom. Kto korzysta z logistyki, transportu, usług informatycznych, z obsługi prawnej, księgowej itd.? Wielkie przedsiębiorstwa, to one generują zapotrzebowanie na usługi małych i średnich przedsiębiorstw. To właśnie dlatego tak ważne jest, żeby w Gorzowie przygotować duże tereny inwestycyjne, mogące wejść do K-SSSE, bowiem podstrefa na Baczynie już wyczerpała swój potencjał. Wyznaczenie kilku parohektarowych działek niewiele da, to musi być grunt wielkości około 50 hektarów. Można by rzec, że miasto na swój sposób przypomina gospodarstwo rolne. Nie wystarczy raz posiać, bo nie zbierze się plonów zapewniających spokój i dostatek do ostatnich dni życia. Siać trzeba corocznie. W mieście też trzeba cały czas tworzyć warunki do rozwoju gospodarczego. Będąc prezydentem Gorzowa, powtarzałem urzędnikom, że mają pamiętać o ciągłości funkcjonowania miasta. Każdy prezydent przychodzi i kiedyś odchodzi, to nie jest najważniejsze. Tak naprawdę, ważna jest zdolność do myślenia perspektywicznego. Trzeba mieć odwagę podejmować decyzje nawet wtedy, kiedy ich zmaterializowanie nastąpi za 10 czy 25 lat, jeśli tego wymaga interes miasta. Prawdziwa odpowiedzialność gospodarza miasta polega właśnie na tym nieustannym „sianiu”, nawet jeżeli plony będzie zbierał już ktoś inny. Natomiast planowanie w perspektywie najbliższych wyborów, to tylko zwykłe cwaniactwo, nic więcej!

- Niedawno w LOP odbyło się spotkanie dotyczące ekonomii społecznej, w trakcie którego zastanawiano się, w jakim stopniu lubuscy przedsiębiorcy mogą pomóc w aktywizacji osób wykluczonych. Jakie wnioski płyną z tego spotkania?

- Jest to bardzo delikatny temat. Na pewno pracodawcy przejawiają chęć pomagania ludziom, którzy z różnych powodów znaleźli się na marginesie rynku pracy. Takie działanie musi być jednak realizowane za aprobatą obu stron. Czasami mam wrażenie, że niektórzy znaleźli się na tym marginesie z własnej woli. Dlatego szansę trwałego powrotu do pracy mają ci, którzy potrafią podaną im rękę przyjąć. Przyczyny tego stanu rzeczy są różne. Nie jest tajemnicą, że pewna część społeczeństwa nauczyła się żyć bez stałej pracy i tak jest im wygodnie. Wynika to także z niskiego poziomu wynagrodzeń. Zbyt niskie płace demoralizują i zachęcają do szukania innych form pozyskiwania środków. Najczęściej z programów społecznych. Musimy dążyć do tego, żeby ludzie ciężko pracujący mieli z tego tytułu wymierne korzyści materialne, natomiast ci, którym nie zawsze chce się pracować, nie mogą żyć na koszt społeczeństwa. Płaca nie może być tylko trochę wyższa od tego co da się „wychodzić” w opiece społecznej dorabiając na czarno! Jeśli ta relacja dalej będzie zaburzona, to skutki dla gospodarki, jak i życia społecznego, nadal będą negatywne. Trzeba zrobić wszystko co możemy, żeby zwiększyć aktywizację zawodową społeczeństwa. Przedsiębiorstwa potrzebują także osób dotychczas wykluczonych, potrzebują osób zamieszkałych w małych miejscowościach oddalonych od głównych dróg, pozbawionych dostępu do transportu publicznego umożliwiającego dojazd do szkół i zakładów. Tu jest ogromna rola samorządu województwa, dlatego te ważne kwestie sygnalizowaliśmy występując do zarządu województwa.

- W zeszłym roku zainicjował pan dyskusję na temat powrotu do starej nazwy miasta poprzez odcięcie przymiotnika ,,Wielkopolski’’. Nic się jednak w tej sprawie nie dzieje, albo przynajmniej nic nie słychać. Wierzy pan w pozytywne rozstrzygnięcie tej sprawy?

- Powiem wprost, że mam ogromny żal do urzędującego prezydenta miasta o zaniechanie w tej nad wyraz ważnej sprawie. Otóż pan Jacek Wójcicki na zakończenie drugiej debaty w Archiwum Państwowym publicznie zapowiedział pilne złożenie wniosku do ministerstwa administracji o przeprowadzenia zmiany. W lipcu ubiegłego roku, przy okazji Dni Gorzowa miała nastąpić promocja idei nowej, a właściwie starej nazwy, poprzedzająca konsultacje społeczne. Potem otrzymałem pismo podpisane przez przewodniczącego rady miasta, że konsultacje ruszą od września. Całościowe opracowanie uzasadnienia koncepcji powrotu do „staropolskiej” nazwy miasta, wzbogacone o materiały ze swego rodzaju konsultacji społecznych prowadzonych od jesieni 2015 do wiosny 2016 roku, oddałem do dyspozycji magistratu, oczywiście nieodpłatnie. Niestety, nic się nie wydarzyło, zapadła głęboka cisza, nie widać żadnych działań promocyjnych, nie było żadnych formalnych konsultacji społecznych. Dlatego boleję nad tym i już chyba w akcie desperacji napisałem do prezydenta, że ma szansę przejść do historii Gorzowa jako ten, który odkłamał historię. Wszystko wskazuje, że jednak prezydent ma inne priorytety, a szkoda bo to się dzieje z wielką szkodą dla przyszłości miasta. Kto jak kto, ale gospodarz miasta ma obowiązek to rozumieć. A przecież przesłanki skrócenia nazwy miasta świetnie rozumieją nie tylko tzw. autorytety, ale również liderzy wszystkich „ogólnomiejskich” organizacji społecznych, którzy podpisali się pod wnioskiem do władz miasta w tej sprawie. Mimo wszystko wierzę, że ciąg dalszy nastąpi.

- Pojawiła się wstępnie nowa strategia miasta ze znanym już hasłem ,,Gorzów w sam raz’’. Może to jest początek tych działań, bo przecież w wymienionym haśle nie ma nazwy Gorzów Wielkopolski?

- Może, ale to pokazuje tę komiczną dwoistość myślenia. Wcześniej też już było hasło z nazwą miasta bez przymiotnika – „Gorzów, przystań”.  To jest właśnie jakiś absurd, który racjonalnie myślącemu człowiekowi  wymyka się z logicznego działania. Niestety, nie ma innej rady jak tylko rozmawiać, wyjaśniać, przekonywać do tego co ma głęboki sens! Można by rzec, że ubiegłoroczna dyskusja doprowadziła do tego, że już na niektórych urzędach nie mamy napisów Wlkp., co jest skromnym osiągnięciem, bo te Wlkp. jest przekomiczne. Ciągle powtarzam, rozumiejąc sentyment starszych mieszkańców do obecnej nazwy, że dodatek Wielkopolski zaburza miejsce naszego miasta w przestrzeni geograficznej i nijak ma się do historii oraz rangi miasta. Obserwuję od pewnego czasu, że nasi młodzi mieszkańcy zaczynają już na to zwracać uwagę i rozumieć właściwy sens. Trzeba przestać myśleć sentymentalnie, należy zacząć myśleć perspektywicznie w interesie naszych dzieci i wnuków. Mało tego, powinniśmy czuć się dumni z Gorzowa, pamiętając, że przymiotnikowe dodatki są dla miasteczek, a nie dla miast wojewódzkich!

- Dziękuję za rozmowę.

- I ja dziękuję oraz pozdrawiam serdecznie czytelników „EchoGorzow.pl”.