W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2017

Tamto jubileuszowe świętowanie było piękne, tym razem był smutek

2017-07-12

Z Robertem Surowcem, wiceprezesem gorzowskiego szpitala oraz wiceprzewodniczącym rady miasta, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_18995.jpg

- Kiedy spoglądał pan na palącą się wieżę naszej katedry, jakie myśli się u pana kłębiły?

- W takim momencie ma się rzeczywiście natłok różnych myśli. Pierwsza to szok, ponieważ przyłączam się do opinii, że katedra jest symbolem i sercem miasta. Druga to obawa, czy nie dojdzie do gigantycznej tragedii. Szczególnie w chwili, kiedy ujrzałem płomienie wydobywające się spod dachu. Trzecia to symboliczna data. Do dramatu doszło w przeddzień jubileuszowych urodzin miasta. Od razu przypomniał mi się 2007 rok, kiedy świętowaliśmy 750-lecie i w Katedrze było odprawiane nabożeństwo ekumeniczne za pomyślność miasta. Razem z nami, przedstawicielami władzy samorządowej byli kapłani katolicki, prawosławny i ewangelicki. Tamto jubileuszowe świętowanie było piękne, tym razem przeżyliśmy smutek.

- Nasi poprzednicy, mieszkańcy Landsberga, przez wiele lat nie mieli kłopotów z katedrą, pomimo że w tym czasie były wojny. Nie szukam winnych, ale przy obecnym rozwoju techniki i zabezpieczeń przeciwpożarowych nie powinno dochodzić do takich zdarzeń. Może to my, gorzowianie, coś przeoczyliśmy, zaniedbaliśmy?

- Tak już w życiu jest, że jak człowiek czegoś nie doświadczy na własnej skórze, to wydaje mu się, że go to nie dotyczy. Spotykam się z tym choćby w szpitalu. Kiedy chorują osoby obce, współczujemy, ale nie wierzymy, że może to dotknąć nas lub najbliższych. Dopiero, gdy to następuje przychodzi refleksja. Kiedy stałem pod płonącą katedrą widziałem mnóstwo przejętych ludzi. Zapewne wszyscy zapamiętamy ten dzień do końca życia, ale ważniejsze będzie wyciągnięcie wniosków.

- Najistotniejsze jednak pozostaje pytanie  dlaczego w ogóle doszło do tego zdarzenia?

- Zgadza się, aspekt techniczny jest tutaj ważny. Musimy poznać odpowiedź na pytanie, z jakich powodów nie zadziałał alarm i co było przyczyną powstania pożaru. Tym zajmują się specjaliści i  mam nadzieję, że dojdą do prawdy. Nawet jak będzie ona bolesna. Kolejna sprawa, musimy w jak najkrótszym czasie dokonać przeglądu wszystkich istotnych budynków pod kątem ich zabezpieczenia przeciwpożarowego.

- Zainteresowanie ogólnokrajowych mediów wydarzeniem w Gorzowie z jednej strony wcale nie cieszy, bo każdy chciałby być promowany z innych powodów; z drugiej pokazało, jaką wartością jest gorzowska katedra. Czy my do tej pory potrafiliśmy to docenić?

- Przypuszczam, że dzięki relacjom telewizyjnym wielu gorzowian zyskało pierwszą sposobność, żeby cokolwiek dowiedzieć się o swoim zabytku. Ten walor edukacyjny należy zapisać po stronie plusów tego zainteresowania. Ważne było też poczucie wspólnoty. Miały nas zjednoczyć koncerty i inne imprezy jubileuszowe, zjednoczyła tragedia. Chodzi teraz, żebyśmy inaczej zaczęli spoglądać na nasze miasto.  Pierwsze sygnały są pozytywne. Choćby zbiórki pieniędzy. Zapewne nie będą one stanowiły znaczącej pozycji w całym budżecie odbudowy, ale takie inicjatywy pokazują otwarte serca ludzi angażujących się w tego rodzaju działania. Mam nadzieję, że będziemy potrafili teraz na nowo uczyć się miasta, a przede wszystkim dbać o to co mamy, bo to jest nasze. Niszczenie wspólnego dobra to jest niszczenie samego siebie. Patrzenie na czubek własnego nosa nie jest właściwym kierunkiem rozwoju i dbałości o to wszystko, co zbudowali nasi poprzednicy. Zasada jest zawsze prosta. Kolejne pokolenie mieszkańców powinno pozostawić swoim dzieciom i wnukom bardziej zadbane miasto niż je przejęło od dziadków.

- Radni również włączyli się w pomoc poprzez przyjęcie stanowiska. Na czym rzeczywiście miałaby polegać ta pomoc?

- Radni są przedstawicielami lokalnej społeczności i zareagowali natychmiast. Poprzez przyjęcie stanowiska chcieliśmy wysłać sygnał do mieszkańców, że ponad wszelkimi podziałami stoimy u boku prezydenta, który może liczyć na każdą z naszej strony pomoc w podejmowaniu decyzji. Mnie ponadto cieszy natychmiastowa reakcja rządu i samorządu wojewódzkiego. Bardzo ważna była wizyta marszałek województwa Elżbiety Polak i ministra Waldemara Sługockiego. Pokazali oni ścieżkę, którą należy pójść, żeby pozyskać środki finansowe na odbudowę zniszczeń. W pierwszej kolejności powinno się zmienić kontrakt terytorialny, co otworzy drogę do pozyskania środków unijnych.

- Z pańskiej strony padła propozycja, żeby połowę diet radni przekazali na odbudowę świątyni. Niektórzy mogą odebrać te działanie jako chęć wypromowania się w tak trudnej chwili?

- Propozycja ma charakter czysto symboliczny i dotyczy obniżki diet do końca roku. Skoro wielu mieszkańców dzwoni, dopytuje się, gdzie może przelać środki na remont, to w takiej sytuacji nie wyobrażam sobie, żeby radni nie mieli dokonać podobnego aktu. Nikt nie oponował, co tylko pokazuje, że z naszej strony jest to odruch serca, zachęcający również innych do włączenia się w zbiórki.

- Czy pańskim zdaniem finansowanie remontu katedry z budżetu miasta może mieć wpływ na zatrzymanie innych ważnych inwestycji?

- Jeżeli uda się wprowadzić wspomnianą formułę zmiany kontraktu terytorialnego, to jestem spokojny, że budżet miasta nie zostanie istotnie naruszony. Zwłaszcza, że w ramach środków własnych połowę moglibyśmy otrzymać z budżetu wojewódzkiego. Dlatego musimy poczekać na decyzję ministra finansów i rozwoju.

- Niedawno minął rok od powołania zarządu szpitala, którego stał się pan członkiem. Jak pan patrzy na 12 miesięcy swojej pracy w roli wiceprezesa zarządu?

- Zacznę od tego, że ta nasza roczna działalność została pozytywnie podsumowana przez właściciela i otrzymaliśmy wraz z prezesem Jerzym Ostrouchem misję kontynuacji pracy. Dla mnie był to specyficzny rok i wyjątkowe doświadczenie. W żadnej szkole nie można się nauczyć tego, co się robi w szpitalu. Jest to praca na żywym organizmie. Szpital jest nie tylko placówką niosącą pomoc ludziom, ale dużym zakładem pracy. Codziennie w lecznicy przebywa około tysiąca pacjentów. Do tego tysiące ludzi przychodzi do specjalistycznych poradni, na SOR czy w odwiedziny do najbliższych. W zakresie obowiązków mam olbrzymi przekrój zadań, co bardzo motywuje do pracy.

- To jakie cele udało się zrealizować w trakcie ostatniego roku?

- Najważniejszym tematem było rozpoczęcie budowy ośrodka radioterapii i znalezienie finansowania jego wyposażenia. To jest największa inwestycja od chwili powstania szpitala w Gorzowie. Koszt sięga 66 milionów złotych. Nasi pacjenci bardzo długo czekają na ten ośrodek. Dla obecnie chorych wielkim dramatem jest walka z chorobą nowotworową i  jeżdżenie po kraju w poszukiwania miejsca leczenia.

- Niedawno dotarła do nas wiadomość, że znalazły się pieniądze na zakup akceleratorów. Czy oznacza to, że ta inwestycja nie jest już zagrożona pod żadnym względem?

- Jeżeli chodzi o budowę, to tak. Ona już się rozpoczęła i mam nadzieję, że wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Pomni doświadczeń choćby z remontów gorzowskich dróg staramy się na bieżąco monitorować postęp prac budowy ośrodka, bo nie chcielibyśmy niepotrzebnych opóźnień. Na razie wszystko przebiega zgodnie z planem. Inną sprawą jest wyposażenie. Przed ostatnie miesiące prowadziliśmy intensywną korespondencję z ministerstwem zdrowia i wszystko wskazuje na to, że otrzymamy 17 milionów złotych na sprzęt z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Jeżeli wszystko przebiegnie z założonym planem, to pierwszych pacjentów powinniśmy zacząć przyjmować z końcem przyszłego roku.

- Przy szpitalu działa baza Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Czy już teraz można powiedzieć, że decyzja o jej umiejscowieniu przy szpitalu była słuszna?

- Budowa bazy, na razie tymczasowej, nie jest naszą inwestycją, ale sprawdziła się w stu procentach. Przypominam sobie, że różne były głosy na temat sensu umiejscowienie u nas bazy, lecz kiedy spojrzymy na statystyki okazuje się, że śmigłowiec jest nam bardzo potrzebny. Wcześniej przylatywał on do nas kilka razy w roku. Dzisiaj niemal codziennie jest on w powietrzu i pod względem ilości lotów nasz śmigłowiec plasuje się na trzecim miejscu w kraju. Czy coś jeszcze można do tego dodać? Chyba tylko to, że już udało się uratować wiele osób. Mało tego, wcale nie dominują tutaj wypadki drogowe, ale udary.

- Zawsze najwięcej emocji wzbudzają kolejki do specjalistów, nie mówiąc już o długich oczekiwaniach na pomoc medyczną w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Co zmieniło się w tym obszarze?

- Kwestia podejścia do pacjenta jest bardzo ważna, ale nie kryję, że nie zawsze jest tak, jak byśmy tego oczekiwali. Najwięcej problemów jest z przyjmowaniem pacjentów do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Otrzymywaliśmy z tego powodu skargi, choć większość problemów tkwi w systemie funkcjonowania służby zdrowia. Jesienią zeszłego roku wprowadziliśmy system triage, czyli system kwalifikacji pacjentów. Zajęła się tym pani dr Sybilla Brzozowska-Mańkowska, która w tej dziedzinie jest fachowcem najwyższej klasy. Dzisiaj o czasie oczekiwania na pomoc nie decyduje czas przyjścia, ale stan zdrowia. Najważniejsze jednak, że pacjenci są od razu monitorowani i odpowiednio klasyfikowani. System świetnie się sprawdza, a to, że czasami trzeba dłużej poczekać, to już nie jest niczyją winą.

- Do poradni specjalistycznych chwilami kolejki nadal są długie. Czy można temu zaradzić?

- Tu mamy pewien problem, bo nasze możliwości przyjęć wynikają z ilości zakontraktowanych usług. Oczywiście nie jesteśmy – jak to już kiedyś zostało powiedziane – fabryką gwoździ i dla nas pacjent jest najważniejszy. Powoduje to, że realizujemy więcej usług niż jest to zawarte w umowie z Narodowym Funduszem Zdrowia. Gdybyśmy przyjmowali tylko tylu pacjentów, za ile mamy płacone, dostęp byłby łatwiejszy.

- Niedawno w szpitalu gościli audytorzy, którzy sprawdzali, czy lecznica się rozwija i czy utrzymuje standardy jakości określone w normach ISO oraz OHSAS. Jak wypadł test?

- Systemy służą temu, żeby pokazać jakość realizowanych przez nas usług. Audyt wypadł bardzo dobrze, co zostało potwierdzone przedłużeniem certyfikatów na następne lata. Jest to zasługa całego personelu.

- Jakie najważniejsze zadania czekają szpital w najbliższych miesiącach?

- Pracujemy nad jedną dużą i bardzo ważną dla szpitala inwestycją, ale jeszcze nie czas, aby o tym informować. Oczywiście sukcesywnie wyposażamy oddziały w nowoczesny sprzęt, wykonujemy bieżące remonty - wydajemy na to nawet kilkanaście milionów rocznie.

- Dziękuję za rozmowę.