W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Celiny, Hilarego, Janusza , 21 października 2017

Lata mijają, a nie można załatwić prostych rzeczy

2017-07-26

Z Martą Bejnar Bejnarowicz, szefową klubu radnych Ludzie dla Miasta, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_19113.jpg

- Dlaczego zachęca pani radnych do przegłosowania kilku uchwał in blanco?

- Myślę, że nietrudno się zorientować, że to była ironia. A mój apel dosłownie brzmiał tak: „Rada Miasta Gorzowa powinna jak zwykle większością 13 głosów przyjąć wszystkie projekty uchwał wymyślone przez prezydenta do końca kadencji i rozwiązać się. Nie widzę sensu istnienia tego mięsnego jeża. PS. Na wszelki wypadek przegłosujcie też kilka uchwał in blanco.” Wypowiedź ironiczna, jednakże problem poważny. Można powiedzieć, że większość, czyli te 13 osób o których wspomniałam, które oburzają się na nazywanie ich koalicją lub klubem prezydenckim, podniosłyby ręce za pomysłami prezydenta, nawet jeśli skutkowałyby katastrofą.

- Oj, myślę, że to już przesada?

- Przypomnijmy sobie uchwałę o strategii sportu. Gdyby radni zerknęli choćby na pierwszą stronę, zorientowaliby się, że nie dostali załączników z bardzo ważną treścią. Za tą treścią zagłosowali pomimo, że jej nie widzieli. Często brakuje dyskusji merytorycznej, wymiany argumentów i pochylenia się nad problemami. Zamiast pracy na rzecz miasta bywa politykierstwo, układziki, bitewki o władzę. Szkoda na to pieniędzy gorzowian.

- A czy komisja rewizyjna jest nam potrzebna w mieście?

- W obecnym kształcie zdecydowanie nie. Natomiast jest ona ciałem ustawowym i musi funkcjonować. Komisja może składać zawiadomienia do właściwych organów, ale najpierw musi sprawy zbadać. Na ostatnim posiedzeniu w sprawie spółki Inneko i remontu ulic Warszawskiej oraz Walczaka byli obecni przewodniczący komisji Robert Jałowy, Jerzy Wierchowicz i ja. Na dziewięciu członków. Nie było więc nawet kworum. Pojawili się zaproszeni goście, dyskusja trwała cztery godziny. Na pierwszym posiedzeniu dotyczącym tej inwestycji, kiedy mieliśmy dokonać analizy dokumentów dotyczących ulicy Walczaka, a było tego 5-6 segregatorów, nikt nie miał nic do powiedzenia. Przewodniczący od razu oddał głos „Pani Marcie”. Smutne, że jak trzeba coś sensownego powiedzieć, to się oddaje głos „Pani Marcie”, ale jak trzeba budować merytorycznie komisję, to przewodnictwo oddaje się sportowcom lub posłusznym partyjnym działaczom. A potem jakiś mądrala wygłasza słowa o parciu na komisje. To ja odpowiadam – dlatego dbam o jakość komisji, bo większość radnych nie ma nic do powiedzenia i, niestety, jest większością.

- Wakacje w pełni, wszyscy powinniśmy odpoczywać, ale w Gorzowie sporo jednak się dzieje. Zacznijmy od informacji prezydenta Gorzowa Jacka Wójcickiego w sprawie przesunięcia dużej części środków i sił budżetowych na remont oraz renowacje katedry. Z rezygnacji z jakich działań miejskich może to się wiązać?

- Żadnych. Miasto ma rezerwę budżetową na takie okoliczności. Jeśli te środki nie zostały jeszcze wydane na nowe auto prezydenta, podgrzewane siedzenie, remont gabinetu albo na pełnomocników ds. Dni Gorzowa i innych gwiazdorskich popisów, to nie widzę problemu we współfinansowaniu remontu katedry. Z pewnością sprzyjałoby ujawnienie wszystkich finansowych potrzeb odbudowy. Oczywiście z uwzględnieniem wysokości odszkodowania z ubezpieczenia i przy udziale środków z ministerstwa.

- Czy obecny Pomnik Niepodległości, znajdujący się na Placu Grunwaldzkim, powinien w niedalekiej przyszłości zostać zastąpiony nowym?

- W niedalekiej przyszłości powinniśmy mieć nowe chodniki i ulice, wyremontowane dachy szkół i przedszkoli, mieszkania komunalne, na które kolejka zaraz sięgnie bieguna północnego. W niedalekiej przyszłości powinno być zrobione utwardzenie i oświetlenie ulic na przedmieściach miasta oraz utworzone jakiekolwiek przegrody akustyczne chroniące przed hukiem z S3 przy ulicach Zuchów i Sulęcińskiej. W niedalekiej przyszłości powinien być zagospodarowany Park Czechówek i wrócić plac zabaw w Parku Wiosny Ludów, bo nie wiedzieć czemu na wakacje został zdemontowany. W niedalekiej przyszłości powinny być uzbrojone tereny inwestycyjne, powinna być stworzona logiczna i racjonalna strategia rozwoju miasta, szkolnictwa średniego i wyższego. Powinna być tania i efektywna komunikacja miejska.

- A co ze wspomnianym pomnikiem?

 - Jak załatwimy te i pozostałe realne potrzeby mieszkańców, a nie te wydumane przez partyjnych PR-owców, to możemy przenosić pomniki. O  ile gorzowianie będą tego chcieli.

- W ramach zacieśniania kontaktów z wyborcami stworzyła pani plik online, w którym każdy może zadać pytanie. Potem, już za pani pośrednictwem, trafi ono do władz miasta. Z jakimi ostatnio najczęściej pytaniami zwracają się do pani nasi mieszkańcy?

- Zapewne ku zdziwieniu prezydenta nie zwracają się z prośbą o częstsze Dni Gorzowa czy kolejne koniec lata party. Nikt nie zwrócił się też o zakup następnych wieżowców. Potrzeby gorzowian, na które są pobierane podatki z ich i tak niewysokich wynagrodzeń, są znacząco rozbieżne z potrzebami prezydenta, które ten realizuje z pieniędzy mieszkańców.

- A konkretnie, o co pytają?

- Na przykład kolega prezydenta Wójcickiego, wójt Przytocznej, chciał żebym pogratulowała prezydentowi zdobycia milionów złotych na tramwaje. Z kolei Alina Czyżewska prosiła, abym przy tym temacie zapytać, czy te pieniądze zostały zorganizowane za czasów Jacka Wójcickiego czy raczej Tadeusza Jędrzejczaka. Wiele procedur o pozyskanie środków zostało zainicjowanych i przygotowanych przez poprzedniego włodarza miasta, a obecny złożył jedynie podpis pod umowami. Chciałabym, aby władze miasta nie przypisywały sobie zasług osób, które zostały przez obecnego prezydenta zwolnione z pracy. Kolejne pytania dotyczyły pomysłodawców omawianej już likwidacji pomnika na Placu Grunwaldzkim, zapomnianego osiedla Janice, zaniedbanego Parku Czechówek, studzienek ściekowych, walącej się brzozy na Krasińskiego, Schodów Donikąd i krzyża nad nimi, zaginionych boisk siatkówki plażowej nad Wartą, losów "Kuny" czy zarastającego ciągu pieszo-rowerowego przy Poznańskiej.

- Tematyka jest bardzo bogata, ale tego chyba należało się spodziewać?

- Proszono nawet o jedną lampę przy ul. Tkackiej, remont chodnika przy Sikorskiego koło Oleńki, remont ulicy Włościańskiej, zwrot wspomnianego placu zabaw do Parku Wiosny Ludów, „Kawkę” na Zawarciu, czy „psie” śmietniki wzdłuż Warszawskiej. Zgłaszane problemy mają zazwyczaj – nazwę to trochę dyplomatycznie - wysoki ładunek emocjonalny. Wynika to zapewne z frustracji i bezradności. Lata mijają, a nie można załatwić prostych rzeczy.

- Nie jest pani przekonana, żeby administrowaniem cmentarza zajęła się spółka miejska lub zakład budżetowy. Lepiej jest, żeby tym miejscem administrowała cały czas ta sama zewnętrzna firma?

- Nie jestem przekonana ani do jednego ani do drugiego rozwiązania, bo wnioskodawcy sesji -  radni PiS-u - nie przedstawili analizy żadnego z tych modeli. Próbowali przeforsować stanowisko rady, aby prezydentowi rekomendować zarządzanie cmentarzem przez miasto. Dotychczasowe obserwacje PiS-u, którego działacze “awansują”, gdzie się da, każe mi zadać pytanie: kto już czeka pod drzwiami, aby zostać prezesem czy dyrektorem nowej miejskiej „formy zarządzania”? Na specjalnej sesji przestawiłam plusy i minusy wszystkich dostępnych form: spółki miejskiej, zakładu budżetowego, wydziału UM, in-house i firmy zewnętrznej. Pomijając fakt, że przewodniczący co kilka słów wtrącał w moją wypowiedź swoje uwagi, to poza „coś jest nie tak” nie przedstawił żadnych danych potwierdzających, że zmiana lub brak zmiany przyniosą nam zyski albo straty. Ciekawostką może być mechanizm pobierania opłat od firm kamieniarskich i pogrzebowych za wjazd na cmentarz. Radni i prezydent najwyraźniej nie wiedzą, że firmy przerzucają te koszty  na żałobników, którzy i tak ponoszą wszelkie opłaty utrzymania cmentarza. I jakby tego było mało, najbardziej żenujący był festiwal przepychanek, czy miasto wystarczająco „zarabia” na cmentarzu? Widać, niektórym nie pozostały już nawet resztki przyzwoitości. Zarabiać się powinno na własnej pracy, a nie na cmentarzu.

- Nie jest już pani przewodniczącą komisji gospodarki i rozwoju, ale jest pani w zarządzie Związku Stowarzyszeń Kongresu Ruchów Miejskich. Czym tak naprawdę jest to stowarzyszenie?

- Znajdują się w nim 34 duże i doświadczone organizacje działające w większości miast polskich. Tworzą one federację ogólnopolską ruchów miejskich. A ruchy miejskie są, w mojej ocenie, najbardziej reprezentatywnym przedstawicielstwem świadomych mieszkańców miast. Mieszkańców, a nie prezydentów czy partyjnych dygnitarzy. Działalność kongresu jest dość szeroka i adekwatna do problemów, jakim organizacje próbują zaradzić w swej działalności lokalnej. Nasza idea polega na pracy dotyczącej podnoszenia jakości życia w miastach. Nie zajmujemy się ideologią ale tym, co naprawdę boli w codziennym funkcjonowaniu. W zarządzie i całym KRM-ie są zespoły zajmujące się ekologią miejską, w tym żeglugą śródlądową, ochroną drzew, walką ze smogiem, potrzebami mieszkaniowymi, ale także ordynacją wyborczą, polityką parkingową czy losami obcokrajowców w miastach. W Gorzowie przykładowo mieszka kilka tysięcy obywateli Ukrainy. Nie słyszałam, by prezydent miał na ten temat jakiekolwiek zdanie.

- Wierzy pani, że w dzisiejszych czasach ruchy miejskie mogą mieć coś do powiedzenia w życiu publicznym?

- Obecne upartyjnienie życia publicznego oraz wyczyny większości parlamentarnej wpychają niejako mieszkańców w ramiona ruchów miejskich. Każdy myślący człowiek widzi, że więcej pożytku w codziennym życiu przynosi działalność grupy aktywistów, niż dyskutanci z telewizora. Mieszkańcy nie najedzą się dekomunizacją, nie zaparkują samochodu obok pomnika ku czci. Potrzebne są miejsca w żłobkach, przedszkolach i porządnie kształcące szkoły, a nie kolejne tablice pamięci. Mieszkańcy muszą i chcą iść do przodu, chcą żyć godnie i zapewnić przyszłość swoim dzieciom. Akademickie dywagacje nad zamianą „Pomnika Niepodległości” na „Pomnik Niepodległości” za paręset tysięcy nie pchają miast do przodu. A te setki tysięcy to remont kilkunastu mieszkań, kilkaset metrów chodnika lub przedszkoli i szkół. Mam nadzieję, że lokalna świadomość będzie rosła i nasza organizacja będzie systematycznie zyskiwać na poparciu.

- Dziękuję za rozmowę.