W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Celiny, Hilarego, Janusza , 21 października 2017

Letnia będzie tak długo, dopóki wystarczy mi sił

2017-08-01

Rozmowa z Anielą Widerą, właścicielką i szefową kawiarni Letnia

medium_news_header_19179.jpg

- Kto teraz przychodzi do Letniej?

- Przede wszystkim ludzie starsi, którzy lubią się bawić, tańczyć albo zwyczajnie pobyć ze sobą. Są to ludzie w wieku przeważnie od 60 do nawet i 90 lat. Mówią, że nie ma dla nich innych lokali w mieście, dlatego przychodzą tu. Tłumaczą, że te inne są nowoczesne, ładne, dla młodych, ale oni tam się źle czują. A tu mają klimat ze swojej młodości.

- To się ci ludzie, którzy przychodzili tu przed laty? Stali klienci?

- Wygląda to tak, że 30 procent jest stałych a pozostali to właśnie ci, którzy nie mają swoich lokali. U nas życie twa od rana. Koś przychodzi poczytać gazety, ktoś zaczyna dzień od kawy. Stałych bywalców znam i wiem, że ktoś pije kawę sypaną w szklance, a ktoś inny rozpuszczalną. Po południu przychodzą ci, co wychodzą z pracy, tak na chwilę, żeby odetchnąć albo coś zjeść. A w weekendy przychodzą dla zabawy i wtedy jest pełno. Trafiają tu ludzie, którzy nie mają już bliskich, bo wdowcy. Ale bywają też i ci, których rodzina nie chce akceptować. Przychodzą także i ci, co domów nie mają. I jak się patrzy na tych ludzi, to oni są szczęśliwi, uśmiechnięci. Jest sens prowadzenia takiego lokalu.

- Ale przed laty Letnia to było takie miejsce, gdzie przychodzili artyści gorzowscy.

- Tak, przychodzili. Można powiedzieć, że cała gorzowska ówczesna bohema tu bywała. Prowadzę Letnią od 1988 roku, wcześniej pracowałam w Marago i artyści bywali w tych lokalach. Znacznie częściej i chętniej w Letniej. Bywali aktorzy Jerzy Paukszta, Marek Pudełko, Alik Maciejewski, Kuba Zaklukiewicz. Bywał malarz Bolek Kowalski, Kazik Furman, pan Mieczysław Rzeszewski, pisarz Witold Niedźwiecki, naczelnik wydziału kultury Janusz Słowik, pan Mieczysław Wachnowski też tu zaglądał. Hieronim Świerczyński, który zresztą żartował, że na cmentarzu Aleja Zasłużonych to aleja wiadomej firmy i on po śmierci się tam nie da pochować. I rzeczywiście tak się stało, że jego prochy nie zostały złożone właśnie w alei. Ale przecież na żywo u mnie grał pan Leszek Serpina z muzykami. No i niestety została nas garstka. Czasami przychodzi fotograf Zenon Kmiecik, ale rzadko, bo zwyczajnie sił mu brakuje. Jak tu już przyjdzie, to zawsze mówi, że mu życie wraca. Także pan Leszek Serpina raz na miesiąc tu zajrzy. Bywa od czasu do czasu fraszkopisarz Tadeusz Szyfer. Przecież i Andrzej Gordon tu bywał. Przychodził tu zjeść. Był już wówczas mocno schorowany i zmęczony życiem. Kiedyś moja córka, która mi pomagała, mówił – Mamo, obsłużyć tego pana? Na co ja jej, że to nie byle kto, ze znakomity malarz, którego świetne obrazy wisiały w Marago. Bywała u nas także pani Anna Makowska-Cieleń. Zresztą naprawdę bardzo wielu znanych.

- Pani Aniu, a co ich tu ściągało? Dobre jedzenie, klimat, pani osoba?

- To wszystko plus właśnie towarzystwo. Jak wychodzili z Empiku, a nie było dokąd iść, bo Lamus w wakacje jakoś dziwnie pracował, Filary też nie działały, to zjawiali się tutaj. Oni tworzyli nam niezwykły klimat. No przecież to było barwne i znane towarzystwo.

- Ja pamiętam, jak przed Letnią siedział uwiązany Maks, pies Bola Kowalskiego…

- No a ja to pamiętam inaczej. Maks nie był przywiązywany, siedział obok Bola, albo pod stolikiem. Bolek zawsze rano szedł na spacer po dzielnicy i wpadał do mnie na kawę. A Maks zawsze z nim też był. On zresztą ten krąg, który robił od swego domu przy ul. Dąbrowskiego przez Letnią do Dąbrowskiego nazywał spacerem z Maksem.

- A spotkania z Furmanem?

- Zachodził tu przez lata. Zawsze go jakoś wspierałam. No i kiedy był już chory, przyszedł. Ja byłam zajęta. Tylko mu powiedziałam, żeby poszedł do bufetu, coś tam sobie wziął. A on, że mam odłożyć to, co robię i się przytulić, bo się przyszedł pożegnać. Mówił, że jedzie do Szczecina do lekarza i już nie wróci. Zaczęłam go pocieszać, że to nie tak, że na pewno wszystko będzie dobrze, ale Kazimierz mówił swoje. No i faktycznie, to był ostatni raz, kiedy go widziałam. A potem poszłam na pogrzeb z jedną różą. Jakoś mi było nie tak, ale pani Zofia Bilińska, która tu też kiedyś zaglądała, wyjaśniła mi, że artyście niesie się jedną różę. Tak to odchodzą od nas bywalcy.

Ale potem zadziało się coś takiego, że przyszli młodzi i usiłowali wprowadzić tu nowych klientów.

- Fakt, wydarzyło się coś takiego. W czasie Reggae nad Wartą to się działo. Zrobili koncert przed otwarciem festiwalu. Oni sami zadbali zresztą o nagłośnienie, powiesili plakaty. No i zagrali dla ludzi, którzy tu przychodzili. Zresztą bywalcom akurat ta impreza się podobała. Podobnie jak Bombay Party i kilka innych akcji artystycznych robionych gównie przez Marcina Ciężkiego i ludzi z nim zaprzyjaźnionych. Ale nie przełożyło się to na wymieszanie klientów. Młodzi raczej tu nie przyjdą. Bo tu nie ma głośnej muzyki, zresztą ona jest inna, aniżeli teraz młodzi słuchają. To są inne pokolenia i inne gusty. Nie da się pogodzić gustów jednych i drugich.

- Wróćmy zatem do muzyki. Zaczynał Leszek Serpina…

- No właśnie, jak Leszek Serpina grał, to na instrumentach, na żywo, niezbyt głośno. Marek Pudełko śpiewał albo też grywał. Nawet aktor Wojciech Deneka tu grywał. Zresztą jak już się przeprowadził do Poznania, a córka moja wówczas tam jeździła, to zawsze powtarzał: Przywieź gołąbki od mamy, a będzie nocleg za darmo. Kiedyś miałam ciekawe imieniny. Wojtek Deneka nie wiedział, że ja nie jestem Anna a Aniela, no i w Anny gdzieś grali na Wełnianym Rynku – pan Leszek Serpina, Marek Pudełko, jeszcze kilka osób no i Wojtek Deneka. Właśnie Wojtek na klombie narwał bukiecik bratków i tak właśnie z muzyką i kwiatami wkroczyli do Letniej. No i Wojtek właśnie wskoczył na bufet z okrzykiem „Wszystkiego najlepszego w dniu imienin!”. Pech chciał, bufet nie wytrzymał, szkło się sypało. Ja nie wiedziałam czy mam płakać, czy się śmiać. Do dziś pamiętam brzęk tłuczonego szkła i widzę tego wystraszonego Wojtka na tym zdewastowanym bufecie. Ale jak się zaczęłam śmiać, to i Wojtek się rozpogodził. Rozbroiłam go też stwierdzeniem, że tak hucznych i mocnych imienin to ja w życiu nie miałam. Zresztą jak przyjeżdżał do Gorzowa, to zawsze do mnie wpadał. Zresztą wszyscy, którzy wyjeżdżają z Gorzowa, a wracają na urlopy, to do mnie zachodzą. Żartują, że sprawdzają, czy Letnia jeszcze jest. No i się meldują ci, co teraz w Anglii mieszkają, w Niemczech, w Norwegii, z Kanady. Ci ludzie się nie znają wzajemnie, ja ich znam, bo przychodzili. Zresztą mogę nie pamiętać nazwiska, ale twarze zawsze. I zawsze słyszę, że dobrze jest, bo jest Letnia.

- Przecież to jeden z takich czytelnych symboli Gorzowa. Jest w środku miasta. Tu odbywają się słynne tańce. No i przecież przychodzi tu określona klientela.

- Ale też bywa tak, że niektórzy, choć bawi ich ta muzyka, to jednak nie wchodzą do środka, bo coś, sami nie wiedzą, co. Albo też uważają, że nie jest to dla nich miejsce. A z kolei inni jakoś sobie wyobrażają, że nie wiadomo co tu się dzieje. Czasami bywa tak, że zaglądają do Letniej z kimś i odkrywają, że to jednak przyjazne miejsce jest i potem wracają. Zresztą ja pilnuję porządku, staram się, żeby tu każdy czuł się dobrze. No i jest tak, że sama uspokajam klientów, a jak się nie słuchają, to nie mają potem wstępu.

- Ale przecież pani klienci się pani słuchają!

- No się słuchają. Jakoś tak mają, że się faktycznie słuchają.

- Pani Aniu, jaka przyszłość tego lokalu?

- No tak długo, jak będę miała siły, choć za dwa miesiące idę na emeryturę, to go poprowadzę. Może rok, może dwa, ale jednak. Chciałam, aby wnuczka przejęła lokal, ale na razie się nie za bardzo kwapi.

- Dziękuję bardzo, że pani jest.