W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Modlitewny młynek z  Tybetu też sobie przywiozłem

2017-09-19

Ze Stefanem Piosikiem, przedsiębiorcą, podróżnikiem i fotografem, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_19630.jpg

- Gdzie pana znów wywiało?

- Wywiało mnie ostatnio do Tybetu i Chin. Rozpoczęliśmy zwiedzanie od pobytu w stolicy prowincji Syczuan, Chengdu. Miasto liczy sobie 12 milionów mieszkańców, a cały rejon metropolii liczy sobie 20 mln ludzi. Dla Europejczyków Chiny to rodzaj wielkiego szoku. Można to pokazać na moim przykładzie. Ostatni raz byłem w Chinach 10 lat temu i przez ten okres nastąpił olbrzymi skok cywilizacyjny. Taki dostrzegalny z zewnątrz. Bo o ile dziesięć lat temu było tam 11 tys. kilometrów autostrad, to teraz jest 100 tysięcy kilometrów, czyli co rok budowało się tam przynajmniej 10 tys. kilometrów autostrad. Oczywiście, nie tylko same autostrady, bo cała infrastruktura temu towarzysząc, myśl techniczna, jest to niebywały szok.

- Chce pan powiedzieć, że Chiny przegoniły Europę?

- Tak, chcę to powiedzieć. Chiny przegoniły Europę. Możemy czuć dyskomfort. Zresztą tego nie da się tak prosto porównać. Zresztą jak się człowiek wgłębi w historię Chin i kulturę tego kraju, to nagle się odkryje, że Chiny zawsze były przed Europą. No i teraz znów wracają na tę pozycję. Ale w tym Chengdu zobaczyłem coś, na czym mi bardzo zależało, a mianowicie operę syczuańską. Polega ona głównie na zmianie masek, aktor zmienia stale maski, które symbolizuję różne jego nastroje. U nas, w Europie opera to różne glosy, to melodyka, w operze syczuańskiej to właśnie maska i jej używanie wyznacza kierunek opowieści. A drugie moje spotkanie z teatrem w Chinach, to był spektakl pod tytułem „Dynastia Tang”. I na nas, Polakach wywarł olbrzymie wrażenie. Byłem w grupie złożonej z 16 osób i każdy jednak na swój sposób odebrał ten spektakl. Trwało to prawie dwie godziny, bez znajomości języka byliśmy skazani na ruch, dźwięk, kolor, bajeczny dodam. Co jakiś czas pojawiali się tancerze, ale tacy z umiejętnościami akrobatycznymi. No, było na co popatrzeć. Tym bardziej, że spektakl układał się w postaci amplitudy, były fragmenty szybkie, po których następowały wolne.

- A potem to już był Tybet?

- Tak, potem był już Tybet.

- I jakie pierwsze wrażenie?

- Zupełnie różne od tego, co ja sobie wyobrażałem. Byłem niedawno w Mongolii i sobie wyobrażałem, że to będzie coś podobnego. Bo przecież na gruncie buddyzmu zetknąłem się z szamanizmem właśnie w Mongolii i na Syberii. Najłatwiej to określić, jako odmianę właśnie buddyzmu, jak różne religie chrześcijańskie. No i tego tam nie było. Za to jest tybetański odłam buddyzmu. No i tu zobaczyłem szereg najważniejszych buddyjskich klasztorów. Widziałem wielkiego Buddę, posag wykuty w skale i wysoki na 70 metrów. Posąg został wyrzeźbiony 1300 lat temu i jest na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. I wie, pani oni tam się mocno z religią identyfikują. Mają takie młynki modlitewne, nie tylko do przesuwania, ale takie do kręcenia. Idzie taki Tybetańczyk drogą i sobie tym młyneczkiem kręci. No i taki modlitewny młynek z  Tybetu też sobie przywiozłem.

- I co, będzie pan kręcił tybetańskim młynkiem modlitewnym w Gorzowie???

- Nie, nie będę (śmiech). Niech się gorzowianie nie martwią, nie zobaczą Stefana Piosika z młynkiem na ulicy.

- Ale serio mówiąc, byłam zaskoczona. Bo teraz od kilku lat wjechać do Tybetu jest niezmiernie trudno. Chińczycy nie pozwalają.

- Ja też nie wiedziałem, dlaczego mam takie trudności, żeby tam wjechać, choć mocno się starałem. A chciałem pojechać tam indywidualnie. Prawda jest taka, że Chińczycy indywidualnych turystów nie chcą widzieć w Tybecie.

- To dlatego pan pojechał na wycieczkę z biurem turystycznym…

- Dlatego pojechałem z biurem.

- Zaprawiony podróżnik, bywalec Syberii, Jukonu, Alaski i innych odludnych kątków, pojechał na wycieczkę z biurem turystycznym. No i to mi się właśnie w głowie nie mieściło.

- No wiem, ale przyczyna jest prosta. Chińczycy wpuszczają do Tybetu tylko 3 tys. turystów rocznie. I Chińczycy chcą mieć tych turystów w grupach, dlatego wpuszczają tylko zorganizowane wycieczki. Grupa ma program, polskiego w naszym przypadku pilota i tybetańskiego przewodnika. Ten właśnie przewodnik odpowiada za program, który jest zresztą przez kogoś zatwierdzony.

- Ale widział pan takich zwykłych, normalnych Tybetańczyków?

- Tak, widziałem. To nie jest tak, że oni nie mogą się poruszać.

- A w Potali pan był?

- Byłem. To była jedna z najważniejszych rzeczy. Potala to jest ogromny budynek. Ma ponad tysiąc komnat. To ogromny zamek, klasztor i warownia. Trzeba pamiętać, że Potala została zbudowana w 637 roku naszej ery. Czyli ma też 1300 lat. Wejście tam jest uciążliwe. To naprawdę nie jest prosta sprawa. Nie ma windy, trzeba się wdrapać po schodach. Ponieważ jestem zaprawionym narciarzem i generalnie trampem, to dałem sobie radę. Ale wielu z naszych ludzi miało problemy, chociaż to też byli ludzie, którzy też mieli wprawę w wyjazdach. Ekipa była w wieku od 50 do 60 lat. No ja taki jeden byłem taki trochę starszy. Wejście tam to wyczyn, zabiera nawet do dwóch godzin. No i proszę pamiętać, że byliśmy na wysokości 3,7 tys. metrów nad poziom morza. Powietrze jest rozrzedzone. Lhasa, stolica Tybetu, gdzie Potala stoi, leży wysoko. Ja mam wprawę, choćby dlatego, że jak jeżdżę na nartach po lodowcach, to też na takich wysokościach, więc jakieś tam obycie mam. Ale uczciwie trzeba przyznać, że powietrza czasami brakowało. Byłem też w klasztorze pałacu w Palkhor, architektoniczna mandala. No i byłem też w klasztorze Tashilhunpo, czyli w siedzibie panczenlamów, czyli zarządców Tybetem, kiedy umiera dalajlama i rozpoczyna się poszukiwanie jego inkarnacji. Nie dostałem się do środka, bo poszedłem sobie własną ścieżką, ale obszedłem pałac dookoła. Dojechałem także do kompleksu klasztorów w Xining nad Żółtą Rzeką, gdzie Budda objawiał się w liściach drzew. Zresztą ten buddyzm to jest mocno skomplikowana rzecz. Wie pani, buddyzm jawi mnie się jako religia, w której człowiek świadomie uczestniczy, a nie przez wiarę. Moim zdaniem człowiek im ma wyższą świadomość swojej świadomości, jest wyżej usytuowany.

- Widział pan mnichów buddyjskich na ulicach?

- Naturalnie, widziałem, ale największa ich koncentracja jest właśnie w okolicach klasztorów. Bo tych z młynkami modlitewnymi widać wszędzie (śmiech).

- Panie Stefanie, ma pan już swoje lata, ale przecież pan jest czynnym przedsiębiorcą, jest pan współwłaścicielem dużej firmy, jaka jest Gotech. Jak pan godzi te swoje podróże z obwiązkami zawodowymi? Przecież pan dużo podróżuje.

- No tak, przyznaję się bez bicia – mam 78 lat.

- Trudno w to uwierzyć.

- Mało tego, w wieku 67 lat przeszedłem na emeryturę, a tu pracuję jeszcze na pół etatu i co więcej, płacę składkę ZUS. Nie uciekam od tego. Skoro pracuję, to należy mnie się urlop. A kiedy już tego urlopu nie mam, to biorę urlop bezpłatny. Jak mi zabraknie tych 26 dni, a zawsze brakuje, to idę więc na urlop bezpłatny. No i firma nie płaci mi pensji.

- Ale przecież ma pan jeszcze określone obowiązki zawodowe. No to jak to jest?

- Trzeba umieć zorganizować pracę, zaufać współpracownikom, a nie trzymać wszystko w swoim ręku i myśleć, że ja jestem najmądrzejszy ze wszystkich i nikt nie jest w stanie mnie zastąpić. Inni ludzie też potrafią rozwiązywać problemy. Trzeba po prostu scedować swoje obowiązki na inną osobę. Ale sprawdzać, czy ta osoba ewentualnie je dobrze wykonuje. Jeśli wszystko się odbywa prawidłowo, to tak trzeba robić.

- To może jeszcze wróćmy do podróży. Jak się pan czuł, kiedy wszystko pan miał zorganizowane, nic pan nie musiał. Bo jak pan jedzie na Syberię czy Alaskę, to pan musi sam wszystko, zaczynając od załatwienia logistyki, poprzez gotowanie jedzenia na noszeniu wszystkiego niezbędnego kończąc?

- No to był luksus, bo był hotel. Zresztą, każdy ma prawo na taką wycieczkę pojechać, ja też. Co jest może trudne do uwierzenia, ale ja też. Muszę też dodać, że naprawdę dużo zobaczyłem. I muszę powiedzieć, że jest bardzo zadowolony z tego wyjazdu.

- To teraz gdzie pan pojedzie?

- No muszę to dokończyć, tę podróż.

- Co pan mam na myśli?

- Byłem w Tybecie, widziałem Himalaje od północy. Teraz muszę pojechać do Indii i Nepalu, żeby zobaczyć Himalaje od południa. I znów będzie przewaga Nepalu ze stolicą w Kathmandu. Ale wszystkie atrakcje Indii też mam w planie.

- Panie Stefanie, z reguły pan zaprasza na wystawy swoich zdjęć po podróżach. Kiedy ta tybetańska?

- W czerwcu. W Małej Galerii GTF, jeśli Marian Łazarski mnie zaprosi (śmiech).

- To ja panu tego życzę i dziękuję za rozmowę.

1.JPG
2.JPG
Armia-terakotowa-1.JPG
Armia-terakotowa.JPG
Budda-w-skale.JPG
Buddysta-z-mlynkiem.JPG
Klasztor-buddyjski.JPG
Lodowiec.JPG
Mnisi-buddyjscy.JPG
Mnisi.JPG
Mor-chinski.JPG
Potala.JPG
klasztor.JPG
panda.JPG