W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Jak gorzowska aktorka zagrała w „Uchu prezesa”

2017-10-04

Z Małgorzatą Kocik, aktorką, która grywa w warszawskich teatrach, ale na stale mieszka w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_19777.jpg
Małgorzata Kocik w towarzystwie Roberta Górskiego i Mikołaja Cieślaka, czyli głównych bohaterów kabaretowego serialu „Ucho prezesa”.

Z Małgorzatą Kocik, aktorką, która grywa w warszawskich teatrach, ale na stale mieszka w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

- Aktorka, którą można zobaczyć w „Uchu Prezesa”, która grywa u Krystyny Jandy, była ulubiona studentką Janusza Gajosa, mieszka sobie i chodzi po ulicach w Gorzowie. Jakim cudem?

- Ano takim, że nie jestem aktorką na żadnym etacie. Tu jest mój dom. Pochodzę z Gorzowa. Generalnie nie stać mnie na to, żeby się z cała rodziną przeprowadzić do Warszawy. Ale też nie ma takiego sensu, ani potrzeby. Obecnie jest taka tendencja, że aktorzy dojeżdżają do pracy do Warszawy właśnie. I nie ma w tym nic dziwnego. Są to aktorzy z Krakowa, Wrocławia, Gdańska. Istnieją telefony, Internet. Jak jest potrzeba, to nawet tego samego dnia można być w stolicy.

- Jak pani została aktorką?

- Zdawałam do szkoły teatralnej….

- Ale to nie jest tak prosto, że się zdaje do szkoły teatralne i już. Z marszu się aktorem nie zostaje.

- Z marszu nie? No dobrze. No to zaczęło się od sławetnego „Romea i Julii” w Teatrze Osterwy w Gorzowie, gdzie wygrałam casting na Julię. Wówczas to dyrektor Jan Tomaszewicz wymyślił sobie, że postaci Romea i Julii mają zagrać młodzi ludzie, jak w tekście Szekspira stoi. My mieliśmy wówczas po 15, 16 lat. No i po castingu przez sezon grałam Julię. A potem przyszła myśl, że to jest bardzo fajna rzecz, bardzo fajna atmosfera pracy, system pracy, który lubię. Zdecydowałam, że spróbuję. Zdawałam do szkoły teatralnej.

- Zdawałam i zdałam?

- Za drugim razem. Za pierwszym się nie dostałam, chociaż przeszłam do ostatnich etapów w Krakowie i Warszawie. Udało się dopiero następnego roku, dostałam się do szkoły teatralnej w Łodzi. To był dobry czas, wszystko się ułożyło i zostałam w Łodzi.

- I tam została pani ulubioną studentką profesora Janusza Gajosa.

- Nie, nie można tak powiedzieć, że ulubioną.

- Ale to prof. Gajos powiedział te słowa…

- (śmiech) Nie, nie, myślę, że profesor nas wszystkich bardzo lubił, ale nie sądzą, aby kogoś wywyższał świadomie. Zawsze się starał dzielić siebie dla nas wszystkich. Ale jakoś nie śmiem myśleć o sobie jako o ulubionej studentce Janusza Gajosa.

- A jakie wobec tego drogi zawiodły panią do Teatru Polonia Krystyny Jandy?

- Pani Krystyna poprosiła właśnie profesora Gajosa i profesora Jerzego Trelę, którzy byli opiekunami mego roku w Łodzi, ale i opiekunami w Krakowie i Warszawie, aby polecili po jednej dziewczynie z roku na każdej z tych uczelni. No i pan profesor polecił mnie. Ale to był dopiero drugi rok studiów, potem to się wszystko przewertowało. No i myślę, że po czwartym roku miałby już dylemat, kogo polecić. Myślę, że u mnie czuł pewną sprawność i dojrzałość w podejściu do pracy, oraz pokorę i gotowość na przyjmowanie uwag.

- W dalszym ciągu współpracuje pani z Teatrem Polonia?

- Już od trzech produkcji jestem w Och-Teatr, czyli drugim teatrze pani Krystyny Jandy.

- To w czym pani teraz gra?

- Gram w „Pomocy domowej”. To jest farsa na pięć postaci. Jest małżeństwo, kochankowie i owa tytułowa pomoc domowa, którą gra pani Krystyna Janda i która jest w oku cyklonu wszystkich naszych wejść i wyjść. Jest bardzo urocza w tej roli.

- No właśnie, a jak się pracuje z Krystyną Jandą. Bo ja mam wrażenie, że to jest raczej taka straszna pani…Apodyktyczna osoba, która znakomicie wie, o co jej chodzi.

- Może być taka, ale jednocześnie jest to bardzo sprawiedliwa i dobra osoba. W próbach daje naprawdę bardzo dużo swobody, daje uwagi, które mają naprowadzić a nie pognębić człowieka. Ona ma naprawdę bardzo dużo zajęć. Pracując z nią, ma się świadomość tego, że to jest jedna pięćdziesiąta jej dnia, bo spraw, które ona musi załatwić, z którymi się musi uporać. Mnie się z panią Jandą pracuje świetnie. Nie czuję się nigdy jakby to była gwiazda, czy właśnie straszna pani…

- No to pora na „Ucho Prezesa”. Jakie drogi tam panią zawiodły?

- Zwyczajnie szukali dziewczyny, która byłaby podobna do Małgorzaty Sadurskiej…

- Tej pani od PZU, co wcześniej była szefową kancelarii prezydenta RP?

- Dokładnie. I ostatnio było o niej dość głośno. I to było niesamowite, bo autorzy zamienili kolejność odcinków w emisji tak, że wszystko się zgadzało z rzeczywistością. Odcinek z Kurskim poszedł, jak było głośno o Opolu, a mój, kiedy było głośno o Sadurskiej. Jednym słowem odbyła się dobra zamiana. A jak tam się dostałam? Z polecenia po prostu. Znajomy mnie polecił Mikołajowi Cieślakowi i Robertowi Górskiemu.

- Jak się pracowało z naczelnym kabareciarzem kraju?

- Ja spędziłam z nimi parę godzin. Z tego, co zapamiętałam, to że obaj panowie są tak zdystansowani, ale w taki mądry sposób, bez jakichś kompleksów, tam nie ma nacisków, tam jest dobra zabawa połączona ze sprawną pracą, co jest niezmiernie ważne. Tam nie ma rozwodzenia się na jakieś tematy, tylko dążenie do najlepszego efektu. A wszystko otoczone jest rozbrajającą dawka humoru. Ja się przez cały czas bałam, że zapomnę tekstu, że coś zrobię nie tak, a tak naprawdę, kiedy zbliżało się słowo „akcja”, modliłam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem, żeby jak to aktorzy mówią, nie zgotować się tam przy nich, bo sekundy przed słowem „akcja” jeszcze padały żarty i to na takim poziomie, który mnie najbardziej rozbraja, czyli totalna twarz pokerowa i dobry żart. Jednym słowem, był to wspaniały dzień. Od nich płynie świetna energia. W nich nie ma żadnego udawanego artyzmu. Wiedzą, na czym stoją. Odnieśli wielki sukces. To jest ich życie, ich zabawa. Świetnie się w tym odnajdują, a przy tym są to faceci, którzy w porównaniu do innych kabaretów przemycają żarty jednak dla osób inteligentnych. Bo owszem, czasem jadą po bandzie, ale czasem w skeczach odnoszą się do historii Polski, do kultury, i nie każdy odnajdzie ukryty sens.

- To wróćmy teraz na ziemię. Mąż, dwoje dzieci, kuchnia. Jak pani to wszystko godzi?

- Dobrze. Udaje się, ale nie bardzo chcę o tym mówić.

- Ale chodzi pani z własnymi dziećmi na różne zajęcia. Zajmuje się pani też domem. Kobieta, która żadnej pracy się nie boi?

- No chyba tak. Tak miałam z moją mamą, teraz to powtarzam. Szkoda bowiem marnować czasu. Fajnie jest rozwijać swoje dzieci, bo to daje bardzo dużo satysfakcji. Każdy lubi owoce swojej pracy – postawi dom, zbuduje firmę, czy cokolwiek, to ja widząc rozwój swego dziecka mam swój szczyt szczęścia.

- Ma pani zwykłe normalne dni, takie bez teatru?

- Są, oczywiście. Było ich bardzo dużo ostatnimi czasy. Bo w moim zawodzie są dni, gdzie się gra i pracuje, ale są dni, kiedy się czeka przy telefonie na propozycję. Mój zawód to fala, raz jest dobrze, innym razem może być tragicznie. Dobrze, że mam swoje dzieci, które mi dają tę stabilność umysłową i psychiczną. To jest ważne. Jak jestem w Gorzowie, zajmuję się dziećmi, pomagam w domu, robię te wszystkie prozaiczne rzeczy. A jak jestem w Warszawie, to jest to zupełnie inaczej. Ale na szczęście, mam nadzieję, zrobić coś w Gorzowie.

- I właśnie o te plany chciałam zapytać.

- To jest taka bardzo prosta rzecz. Dostałam mikrodofinansowanie z Urzędu Marszałkowskiego na zrobienie filmu, co podkreślam, filmu o Gorzowie. Nazywa się to „Gorzów – skąd jesteś”. Chciałabym, żeby był tylko i wyłącznie kierowany do osób młodych, czyli licealistów. Ma to być coś w stylu MTV, gdzie jest bardzo szybki montaż. Nie ma żadnego przynudzania i wykładów o historii. Na początku zjadę Gorzów, jako miejsce okropne. Potem chciałabym zrobić wywiady, bardzo krótkie, z ludźmi, których zapytam właśnie – skąd jesteś? Oczywiście wspomnę, że jeszcze 90 lat temu było to miasto niemieckie, a potem z dnia na dzień stało się polskie. Weźmy przykład mojej babci, która jest spod Sokołowa Podlaskiego, czyli całkowicie na Podlasiu. Przyjechała ona do Poznania do szkoły pielęgniarskiej i tam dostała nakaz pracy właśnie w Gorzowie i nagle staliśmy się rodziną z Gorzowa. Chcę właśnie takie informacje, krótkie. Nie opowieść o podróży, udręce i wojnie, ale właśnie o to, skąd. Bo nie chciałabym zanudzić młodych ludzi, co dziś w kulturze obrazkowej jest niezmiernie łatwe. Chciałabym żeby ci młodzi zrozumieli, że są z Gorzowa, ale jeszcze dwa pokolenia wstecz tak nie było. A potem jednak pochwalenie tego ładno-brzydkiego miasta i powiedzenie, że nigdzie się tak dobrze nie mieszka, jak tu.

- A nie myślała pani jeszcze o tym, żeby zagrać u Osterwy?

- To jest w fazie planów….

  

Fot. Archiwum prywatne Małgorzaty Kocik