W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Elżbiety, Katarzyny, Klemensa , 25 listopada 2017

Trudno mówić, że Gorzów stał się świetnym miejscem do życia

2017-10-25

Z Sebastianem Pieńkowskim, przewodniczącym Rady Miasta, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_19965.jpg

- W tym roku pozyskujemy sporo środków z budżetu centralnego na różne miejskie inwestycje. Czy jest to jedynie zasługa działań politycznych?

- Ideą działania rządu Prawa i Sprawiedliwości jest dążenie do zrównoważonego rozwoju, a nie łożenie wielkich pieniędzy na rozbudowę jedynie dużych miast. Obecnie płynąca pomoc jest kierowana w stronę miast średniej wielkości, a do tej grupy zaliczany jest Gorzów. Oczywiście poparcie polityczne zawsze jest niezbędne. Naszym szczęściem jest to, że w rządzie znajduje się pani minister Elżbieta Rafalska, która przedstawia na szerszym forum nasze problemy. Dzięki temu możemy uczestniczyć w odpowiednich konkursach i skutecznie pozyskiwać potrzebne środki. Przypomnę szybko z pamięci: ul. Kobylogórska 4 mln, ul. Walczaka 49,5 mln, ul. Myśliborska 17,1 mln, boiska piłkarskie 2 mln, rozbudowa instalacji sanitarno-kanalizacyjnej 49 mln, stadion lekkoatletyczny 4 mln, hala sportowa 30 mln, odbudowa Katedry 3,3 mln, modernizacja transportu publicznego 93 mln. Trzeba jasno sobie powiedzieć, że gdyby nie Prawo i Sprawiedliwość i nasze rządy, tych pieniędzy by nie było w Gorzowie. Przez osiem lat rządów PO-PSL do Gorzowa nie trafiło nic. Przez dwa lata rządów PiS kilkaset milionów.

- Czy jednak zdążymy je wydać, bo terminy gonią, a boomu inwestycyjnego w mieście nie widać?

- Rzeczywiście, znaleźliśmy się w historycznym momencie życia miasta, bo naprawdę duże środki kumulują się w jednej chwili, ale mam wrażenie, i nie tylko ja, że prezydent Jacek Wójcicki ma kłopoty z ich wykorzystywaniem.

- Co zrobić, żeby tych funduszy nie stracić, bo przy obecnym tempie prac może się okazać, że wszelkie terminy przekroczymy i trzeba będzie zwracać pieniądze lub po prostu nie wpłyną one nawet na miejskie konto?

- Swego czasu rozmawiałem z prezydentem i wyraziłem obawy, czy tak dużo inwestycji damy radę zrobić w odpowiednio krótkim czasie? Zwróciłem również uwagę, że zajmujący się pracami przygotowawczymi, nadzorującymi i wreszcie odbiorczymi, jeden miejski wydział to trochę za mało. Zachęciłem do powołania spółki zajmującej się prowadzeniem dużych inwestycji.

- Czym miałaby zajmować się taka spółka?

- Mogłaby to być jedna spółka, oczywiście zależna od miasta, lub nawet kilka do obsługi konkretnych inwestycji. Chodzi o to, że największy problem tkwi w braku kadry pracowniczej. Trudno jest teraz zatrudnić do magistratu specjalistów za stawki urzędnicze, bo nikt tak naprawdę tu nie przyjdzie. I przez to mamy problem z obsłużeniem inwestycji. Nawiązując współpracę ze specjalistami trzeba liczyć się z wyższymi opłatami za taką obsługę, ale innej drogi szczerze mówiąc nie widzę. Zresztą wiele miast idzie w tym kierunku i warto korzystać z ich doświadczeń. Dużo więcej stracimy, jak czegoś nie zdążymy zbudować i rozliczyć w wyznaczonym terminie. Zachęcam prezydenta do powrotu do tego pomysłu, bo czas nagli. Oczywiście prezydent ponosi pełną odpowiedzialność i jeżeli nic nie zrobi w tym kierunku uznam, że jest zdania, iż obecna koncepcja zarządzania miastem jest optymalna. To jest spore ryzyko, bo jak coś nie pójdzie po jego myśli, to stracą przede wszystkim mieszkańcy Gorzowa. A widać gołym okiem, że nie jest dobrze.

- Prezydent uspokaja jednak mieszkańców i twierdzi, że wszystko idzie zgodnie z planem, a opóźnienia nie staną na przeszkodzie w realizacji największych inwestycji.

- Moim zdaniem przedstawiony plan na 1,2 mld złotych już jest nierealny. Pamiętajmy, że na rynku z dnia na dzień robi się coraz trudniej, jeżeli chodzi o wykonawców. Po prostu zaczyna ich brakować, ceny przez to idą w górę, pracowników również nie można znaleźć. Dlatego skupiłbym się na inwestycjach z wykorzystaniem środków zewnętrznych, bo to jest dzisiaj priorytetowe z punktu widzenia interesu miasta. Będę naprawdę zadowolony, jeżeli zakładany plan zrealizujemy w ponad 80 procentach.

- Jako przewodniczący rady miasta chętnie zwołuje pan nadzwyczajne sesje na wniosek radnych. Czy takie dodatkowe spotkania radnych przynoszą konkretne korzyści?

- Jesteśmy również władzą kontrolną i martwimy się, że nie wszystko idzie we właściwym kierunku. Wszystkie sesje na wniosek są właściwie zwoływane z inicjatywy Klubu PiS z pomocą radnych niezależnych i tych zainteresowanych tematem. Poza tym, takie sesje pokazują stopień przygotowania prezydenta i jego służb do realizacji danego tematu. Powiem więcej, magistrat często mobilizuje się dopiero w chwili, kiedy dowiaduje się o sesji. Jako radni nie mamy aż tak dużego wpływu na władzę wykonawczą w samorządzie, dlatego robimy co w naszej mocy. Przynosi to efekty, czego przykładem była sesja poświęcona utrzymaniu zieleni w mieście. Co prawda systemu gospodarowania w tym zakresie jeszcze nie wypracowano tak, jak tego sobie życzyliśmy, ale przynajmniej znalazły się dodatkowe środki na utrzymanie porządku. Była sesja dotyczącą zarządzania cmentarzem – mamy obietnicę, że miasto będzie nim zarządzać za rok i pieniądze trafią do miasta, a nie do prywatnej kieszeni. Mieliśmy sesję dotyczącą akademii gorzowskiej, znalazły się mieszkania dla profesorów i minimum pół miliona złotych w corocznym budżecie miasta. Myślę, że gdyby nie ta dodatkowa sesja nie byłoby pomocy miasta dla powstającej tak naprawdę dopiero dużej uczelni. Mam nadzieję, że sesja poświęcona infrastrukturze sportowej w niedługim czasie da efekt w postaci rozpoczęcia budowy hali i boiska lekkoatletycznego, bo stopień przygotowania do rozpoczęcia tych inwestycji nie napawa optymizmem.

- Może czas najwyższy zwołać dodatkową sesję poświęconą omówieniu tylko spraw związanych z największymi inwestycjami?

- Przypomnę, że jak zostałem przewodniczącym rady miasta w połowie ubiegłego roku do porządku każdej sesji został wprowadzony stały punkt poświęcony omówieniu obecnego stanu realizacji najważniejszych zadań inwestycyjnych. To jest czwarty punkt każdej sesji. Każdy radny może zadać nurtujące go pytanie, przedstawić swoje propozycje. Czasami nic ciekawego się na tych sesjach nie mówi, ale czasami można dowiedzieć się wielu istotnych rzeczy. Na razie nie widzę potrzeby zwoływania specjalnej sesji, choć nie wykluczam takiej sytuacji.

- Nie obawia się pan, że nadchodzące miesiące zamienią się w kampanię wyborczą i na sesjach będziemy świadkami licznych przestawień politycznych?

- Na pewno okres wyborczy nie sprzyja cichej i sumiennej pracy. Do wyborów samorządowych zgłosi się wiele komitetów, będą kandydaci na prezydenta miasta i każdy będzie chciał jak najlepiej zaprezentować swój program. To naturalne. Nie wykluczam, że osobiście stanę w szranki wyborcze z prezydentem miasta. Jednak jako kandydat PiS nie będę prowadził kampanii atakującej obecnego włodarza miasta. Negatywna kampania do niczego nie prowadzi. Oczywiście będę chciał pokazać, jak można zarządzać miastem lepiej w interesie nas wszystkich, tj. mieszkańców. Zresztą nawet w tej chwili prezydent nie jest przez nas atakowany, bo zdajemy sobie sprawę z wielu przyczyn obiektywnych, w wyniku których pewne inwestycje są opóźniane. Natomiast to, że popełnia błędy, wszyscy widzimy i o tym należy głośno mówić. Prezydent powinien pewne sprawy przewidywać kilka kroków do przodu i jeśli tego nie robi, to krytyczne słowa mu się należą.

-  Jak to jest z tym naszym Gorzowem, bo jak się słucha większości radnych, to nie do końca potrafimy wykorzystać dane nam szanse rozwojowe. Jak głos zabiera prezydent, to wtedy dowiadujemy się, że nasze miasto znajduje się w rozkwicie i każdy marzy o tym, żeby tu zamieszkać?

- Każdy przedstawia własny obraz, ale na razie trudno mówić, że Gorzów stał się świetnym miejscem do życia i wszyscy zaczynają się do nas pchać drzwiami i oknami. Zwróćmy uwagę, że w tym roku tak naprawdę nie udało nam się przeprowadzić żadnej dużej inwestycji. Dopiero kończymy remont Walczaka i Warszawskiej, który powinien być rozliczony jeszcze w ubiegłym roku. Pan prezydent przyjął koncepcję lukrowania rzeczywistości. Czy to jest dobra strategia już za rok ocenią to wyborcy.

- Pana zdaniem, jako przewodniczącego rady miasta, radni obecnej kadencji są pracowici?

- Nie chciałbym oceniać koleżanek i kolegów. To powinni robić wyborcy. Zresztą wszyscy, którzy obserwują sesje czy komisje, sami mogą wyciągnąć wnioski. Łatwiej jest mi ocenić poprzednią kadencję rady miasta na tle obecnej kadencji. Mam wrażenie, że w poprzedniej kadencji, choć też było sporo debiutantów, było więcej aktywności. W obecnej kadencji da się zauważyć, że jest grono radnych, którzy nie wkładają do końca serca w swoją pracę. Pozostał jeszcze rok wspólnej pracy i zachęcam, żeby każdy starał się go wykorzystać na potrzeby mieszkańców, bo to z ich nadania pracujemy.

- Może ci, którym tak naprawdę nie chce się pracować lub nie potrafią działać na rzecz społeczności lokalnej powinni sobie odpuścić przyszłoroczne wybory?

- Powinni. Lepiej mieć w radzie dwudziestu pięciu pracujących radnych niż połowę tego. Radni mają różne możliwości działania. Poprzez składanie interpelacji, przygotowywania projektów uchwał czy nawet zwoływania sesji na wniosek. Jak historycznie prześledzimy, kto jest aktywny szybko wyjdzie, że ta sama wąska grupa. Podobnie wygląda to w przypadku aktywności klubów radnych. Jak wspomniałem, nie moją rolą jest ocenianie radnych, ponieważ werdykt w tej sprawie mogą wydać tylko wyborcy i niedługo to pewnie uczynią. Przy okazji zachęcam mieszkańców do pójścia na wybory. Kto nie głosuje, potem nie powinien narzekać.

- Czy chciałby pan, jako dyrektor gorzowskiego oddziału terenowego Agencji Nieruchomości Rolnych, dalej pracować przy ulicy Walczaka?

- Teraz to już jest Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. ANR i ARR zostały zlikwidowane z mocy prawa 31 sierpnia br. Oczywiście chciałbym i zapewne tak będzie. Jestem przeciwny zmianie nazwy tej ulicy w ramach dekomunizacji. Przykład Franciszka Walczaka pokazuje, jak ta nasza powojenna historia jest skomplikowana i powinniśmy ją uszanować. Wiem, że wielu mieszkańców jest niezadowolonych ze zmian niektórych ulic, ale trzeba było usunąć patronów, którzy świadomie angażowali się w budowę komunizmu. Masa ludzi uważa tę ideologię za lepszą od doktryny faszyzmu. Komunizm w praktyce był jednak dużo gorszy niż faszyzm. W przypadku Walczaka to, że był on krótko w milicji nic jeszcze nie znaczy, tym bardziej, że zginął z rąk sowietów. Po prostu był młodym człowiekiem, zaraz po wojnie chciał budować wolną Polskę, ale nie do końca wiedział, co się wydarzyło w Jałcie, nie był świadomy, że jednego okupanta zastąpił drugi. Jego śmierć stanowiła pewien wymiar symboliczny w powstającym dopiero polskim Gorzowie.

- Ale zmianę ulicy 30 stycznia już pan popiera?

- Trudno nawet tę datę usadowić w historii miasta. Tego dnia do niemieckiego Landsberga weszły wojska radzieckie. I tyle.

- Corocznie tego dnia obchodzimy Dzień Pamięci i Pojednania. Może choćby z tego powodu warto pozostawić tę nazwę w spokoju?

- Jestem za przeniesieniem tego święta na 28 marca i zmianę nazwę ulicy na ten sam dzień, ponieważ ta data w historii Gorzowa jest zdecydowanie ważniejsza. To był dzień rozpoczęcia budowy polskiej administracji, a więc możemy również potraktować ten dzień jako symboliczne przejęcie władzy od Niemców. Idealnie wkomponuje się to we wspomniany Dzień Pamięci i Pojednania.

- Czy rada miasta zajmie się jeszcze dekomunizacją tych ulic, co do których wątpliwości wyraził Instytut Pamięci Narodowej?

- Wojewoda jest w tej sprawie w stałym kontakcie z prezydentem miasta. Może sam również podjąć decyzję do 2 grudnia, może również zaproponować uchwalenie zmian przez radę miasta. Wiem, że prezydent wysłał propozycje do wojewody, ale ja ich nie znam. Zobaczymy, w jakim kierunku wszystko to się potoczy.

- Dziękuję za rozmowę.