W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Elżbiety, Katarzyny, Klemensa , 25 listopada 2017

Może kiedyś otworzę restaurację z tajskim jedzeniem

2017-11-02

Z wokalistą Michałem Kwiatkowskim-Assenzą, który na stałe mieszka we Francji, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_20040.jpg

- Michał, wróciłeś po latach do Gorzowa. Jakie to jest uczucie, kiedy się koncertuje w rodzinnym mieście?

- Wiesz, w sumie to nie była długa przerwa. Grałem nie tak dawno temu. Przecież byłem z moim spektaklem „Chopin et cetera” trzy lata temu w Teatrze Osterwy. Pytasz, jakie uczucie. No zawsze wielkie wzruszenie. To są koncerty, na których jest moja rodzina. A to jest rzadkie, bo ja, mieszkając we Francji, nie mam tam rodziny, oprócz tej nowej, którą sobie teraz stwarzam. I dlatego te koncerty w Gorzowie kojarzą mi się z płaczącą rodziną (śmiech) i płaczącym ja.

- Jakie drogi zawiodły cię do Paryża?

- Drogi szkolne na początek. Zawsze marzyłem, żeby studiować na Sorbonie. Dlatego pojechałem tam przede wszystkim w tym celu.

- I zostałeś.

- I zostałem. Zostałem dlatego, że po pierwsze było super na uczelni. A potem wystąpiłem w programie Star Akademy i moja kariera w takim sensie profesjonalnym się rozpoczęła. Podpisałem kontrakty na występy i musiałem tam zostać. A po drugie miałem na to ochotę.

- Jak się mieszka w Paryżu?

- Cudownie się mieszka w Paryżu. Jestem cały czas tak samo zakochany w Paryżu, jak 15 lat temu, kiedy tam pojechałem.

- Założyłeś niedawno rodzinę z innym mężczyzną. Co niektórzy w Polsce się bulwersują. Jest powód, żeby się bulwersować?

- Oczywiście, że nie ma. Jesteśmy z Maximem taką samą rodziną, jak każda inna. Tak samo jesteśmy szczęśliwi, jak nieszczęśliwi. Tak jak i inni.

- We Francji takie małżeństwa budzą jakiekolwiek zainteresowanie?

- Coraz mniej. My mieszkamy w Paryżu, gdzie jest bardziej liberalne podejście do rzeczywistości. Paryż nie ma z tym żadnego problemu. Wiesz, chodzimy za rękę, kiedy chcemy i gdzie chcemy. Ale przecież są różne części Francji. Są mniejsze miasta, w których ludzie nie znają pewnych rzeczy. A jak się czegoś nie zna, to się tego boi, albo się to krytykuje. Pewne rzeczy wychodzą z niewiedzy zwyczajnie. Nie bronię homofobii, ale zdaję sobie sprawę, co się czasami dzieje w głowach ludzi, którzy widzą pewne zjawisko dla nich inne czy nieznane i się tego boją. No i to mogę w pewien sposób zrozumieć. My we Francji, w Paryżu żyjemy tak, jak każda inna para. Nie czujemy, że dla innych ludzi możemy być innymi.

- Kto gotuje?

- Ja (śmiech). Bo gotuję lepiej, a nie dlatego, że mamy jakiś podział ról. Bo czegoś takiego wcale nie mamy. Gotuję ja, bo bardzo lubię i to jest moja druga pasja…

- Nie wierzę.

- No tak. I kiedyś chciałbym z tym coś zrobić. Nawet chciałem w tym roku iść do szkoły kulinarnej. Ale co się stało, że nie poszedłem? Ano to, że zrobiłem ten nowy spektakl, zaczęły się pojawiać koncerty i zwyczajnie czas mi nie pozwolił na szkolę. Ale mam to w głowie i wydaje mi się, że chciałbym zrobić taki przyśpieszony kurs i może kiedyś otworzyć taki piano bar? Fortepian, kuchnia…

- A co najlepiej gotujesz?

- Bardzo dużo kuchni azjatyckiej. I myślę, że naprawdę wychodzi mi coraz lepiej. I używam prawdziwych produktów z tamtego regionu, jak z Tajlandii. Bo rzeczywiście na czoło mojej kuchni wysuwa się kuchnia tajska. I muszę nieskromnie stwierdzić, że zaczynam być naprawdę dobry.

- A polskiego schabowego?

- Robię, robię, oczywiście. Jadam i robię.

- A twój mąż też jada schabowego?

- Naturalnie. Mój mąż uwielbia polskie jedzenie. Uwielbia przyjeżdżać ze mną do Polski. I wcale nie dlatego, że przyjeżdża ze mną, ale właśnie dlatego, że będzie jadł tego schabowego….

- Powiedz, jak twoja gorzowska rodzina przyjęła twoje wybory życiowe? Te na początku.

- Bali się naturalnie. Miałem wtedy tylko 18 lat. Moja babcia płakała przez dwa tygodnie. Praktycznie to płakała przez cały początek mojego wyjazdu. Ale ja myślę, że oni mi gdzieś tam ufali. Były płacze i pytania – czy jestem pewien. Ale nigdy nie było tak, że nie i basta. Nigdzie nie pojedziesz. Wydaje mi się, że przez te lata, kiedy byłem nastolatkiem, pokazałem im, rodzinie znaczy, że troszeczkę wiem, czego chcę i jestem człowiekiem, który unika niebezpieczeństwa. I właśnie dlatego nie muszą się o mnie martwić. Rodzina mi zaufała i całe szczęście.

- I tak samo potem przyjęli wybór Maxima?

- Ta, dokładnie tak. Głupie z mojej strony było to, że ja się bardzo bałem ich reakcji. I właściwie nie wiem, dlaczego. Może sobie coś wymyśliłem. I trochę tego żałuję. Bo przez pewien czas oni niczego nie wiedzieli o moim życiu. Tym bardziej, że nie mieszkamy w tym samym kraju, więc dość łatwo można ukryć różne rzeczy. A jak teraz widzę, jak mój tata się cieszy z mego małżeństwa, jak się świetnie bawił na moim weselu w Paryżu, to żałuję, że nie przedstawiłem mu moich wcześniejszych chłopaków, że nie dzieliliśmy mego życia wcześniej. No ale dobrze, najważniejsze jest to, że jestem z tą osobą, którą poślubiłem, czyli z Maximem.

- Michał, cały czas pracujesz w muzyce, czy zajmujesz się czasami czymś innym?

- Zajmuję się tylko i wyłącznie muzyką. No i obok jest to gotowanie. Bo ja bym chciał związać moją przyszłość z tymi dziedzinami, ale na razie nie wiem, jak to połączyć. Ale faktycznie jestem cały czas w muzyce, co prawda w różnych dziedzinach. Jest oczywiście scena, i to jest najważniejsze. Na drugim miejscu jest wydawanie płyt. Ale płyt się sprzedaje coraz mniej, z tego naprawdę ciężko wyżyć. Do tego dochodzą koncerty i to jest bardzo fajna rzecz. Do tego dochodzą programy telewizyjne, czyli coś, co ja bardzo lubię. I od kilku miesięcy doszła nowa dziedzina. Stałem się nauczycielem fortepianu. No i mam coraz więcej uczniów.

- Magia nazwiska.

- Nie wiem. Być może na początku tak było. Ale teraz mam nadzieję, że po prostu jestem dobry (śmiech). I zaczyna mi się marzyć – może otworzę jakąś szkółkę, ale między sceną, telewizją, płytami i szkółką oraz tym gotowaniem przychodzi taka refleksja: - Koleś musisz się ogarnąć, bo zwyczajnie wszystkiego nie zrobisz. Albo wszystko zrobisz źle.

- To rób dobrze. Michał, bardzo dziękuję za rozmowę.

Fot. Archiwum Michała Kwiatkowskiego-Assenza