W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Zanim Chrobry przyjął wylewnie cesarza Ottona III

2017-11-22

Z Alfredem Siateckim, dziennikarzem, pisarzem, a nade wszystko Lubuszaninem, rozmawia Jan Delijewski

medium_news_header_20213.jpg

− Jak ci żyje na wsi, która stała się chyba miastem bez twoich starań i zabiegów?

− Kiedy zamieszkałem w/na Raculi, przekonywałem kogo się dało, głównie w miesięczniku „Puls”, że to nie jest wieś. Na dawnych kartofliskach stoją nowiutkie domy. Sklep geesowski jest marketem. Jeżdżą miejskie autobusy, śmieci wywozi ta sama miejska firma, która opróżnia pojemniki w mieście, grabarze z miejskiego zakładu pogrzebowego kopią groby na cmentarzu, jest miejski listonosz. Wiejski jest jedynie wójt, ale on też jest miejski, bo urząd gminy miał siedzibę w centrum miasta. Sprawę można było załatwić tylko w mieście. Po włączeniu Raculi i okolicznych wiosek do Zielonej Góry zmieniło się jedynie to, że podatek przelewam na konto urzędu miejskiego. Aha, i bilety autobusowe są tańsze niż w czasach wiejskich.

− A jaką książkę ostatnio przeczytałeś?

− Po esejach Adama Regiewicza „Pomiędzy zbrodniami” sięgnąłem po powieść niemieckiej autorki Elisabeth Herrmann „Opiekunka do dzieci”.

− I jak ona się ma do książki napisanej ostatnio przez ciebie?

− W drugiej połowie października gdańska Oficynka wydała „Pomstę”, moją czwartą powieść z cyklu z reporterem śledczym Danielem Jungiem. Tydzień po niej nakładem zielonogórskiej Winnicy wyszedł zbiór opowiadań s-f z wątkami historycznymi „Pozaduszki” od czasów, gdy Zielona Góra była Grünbergiem. Komparatysta miałby pole do popisu, porównując moją „Pomstę” z „Opiekunką do dzieci”, wszak akcja obu powieści rozgrywa się na rozległym Nadodrzu. Tę powieść i dwie wcześniejsze książki autorki z Berlina przeczytałem przede wszystkim dlatego, żeby poprowadzić spotkanie z nią podczas festiwalu literackiego Proza poetów w Zielonej Górze.

− ZUS jest dobrym sponsorem dla pisarza będącego na dziennikarskiej emeryturze?

− Pracując, dobrze zarabiałem, to i płaciłem wysoką składkę do kasy ZUS. Teraz odbieram to, co sobie uskładałem. ZUS ani PiS do mnie nie dopłaca. I nie czuję się jak zramolały emeryt. Ciągle piszę. W „Echu Gorzowa” przynajmniej raz na tydzień pojawia się mój nowy „Jasny gwint”. Redaguję trochę i zapełniam tekstami magazyn „Na winnicy”. Jako autor bywam w łużyckim tygodniku „Nowy Casnik”. Odpowiadam tekstami na prośby „Studiów Zielonogórskich”, „Pro Libris”. Bardzo rzadko „Gazeta Lubuska” czegoś ode mnie chce. Niedawno nawet miesięcznik „Policja” miał mnie na swoich łamach.

− Z pisania książek idzie wyżyć czy honorarium wystarcza jedynie na zakup książek innych autorów i zostaje jeszcze na papier do pisania?

− Pisanie w polskiej rzeczywistości to bardziej hobby niż zawód. Słyszałem, że w Rzeczypospolitej są prozaicy, którzy utrzymują się z pisania. Myślę, że gdyby nie spotkania autorskie i nagrody, to byliby dłużnikami firm energetycznych, gazowniczych itd.

− To jak to z twoją lubuskością jest i było? Urodziłeś się w Kostrzynie, studia skończyłeś w Szczecinie, ale pracowałeś w redakcjach gazet zielonogórskich aż stałeś się Falubazem nie tyle może z krwi, co bardziej z kości.

− Podczas spotkania autorskiego w Kostrzynie czytelniczka spytała, czy zastanawiałem się nad powrotem na stare śmieci. Miałbym sprzedać to, co mam w Zielonej Górze-Raculi i kupić domek w Kostrzynie? Mieszkam z żoną, a ona jest zielonogórzanką. Pies może by się przyzwyczaił. Kot też. Ze względu na żonę muszę więc pozostać tu, gdzie jestem. Pisarz to samotnik. Ma znajomych, zwyczajnych kolegów i kolegów zazdrośników, ale najlepiej się czuje przy swoim laptopie. Teraz, kiedy korespondencja odbywa się za pośrednictwem poczty elektronicznej, miejsce zamieszkania jest bez znaczenia. Może gdybym miał ambicje władcze, wyglądałoby to inaczej. Wiem, na co mnie stać i dlatego nie wpycham się tam, gdzie nie czułbym się potrzebny. Mam ibizkę, to i odwiedzam rodzinę w Dąbroszynie, znajomych w Gorzowie, w Gubinie, w Kostrzynie, w Stargardzie, w Bawarii, w Chociebużu.

− I do gorzowsko-zielonogórskiej wojenki nic własnego nie wnosiłeś i nie wnosisz?

− To, gdzie pije kawę komendant wojewódzki straży pożarnej, mnie nie interesuje, bo nie on gasi pożary. Jak i nie interesuje mnie, skąd zarządza komendant wojewódzki policji, bo nie on pilnuje porządku.

− Dla swoich lubuskich racji znajdujesz posłuch i zrozumienie w Zielonej Górze?

− Wkurzają mnie urzędnicy, którzy pieprzą o Lubuskiem. Jakby nie słyszeli o Ziemi Lubuskiej. Jakby nie słyszeli wrocławian, którzy twierdzą, że ich miasto jest siedzibą władz Dolnego Śląska, poznaniaków – że Poznań to stolica Wielkopolski, szczecinian – że pracują na rzecz mieszkańców Pomorza Zachodniego. Dziennikarze, którzy zazwyczaj mają swoje zdanie i uważają się za czwartą władzę, w tej kwestii bezmyślnie powtarzają za urzędnikami „Lubuskie”. Nie twierdzę, że to niewybaczalny błąd. Twierdzę, że jest to lenistwo. Że są bezmyślnie wpatrzeni w slogan: „Lubuskie warte zachodu”. Dlaczego nie: „Ziemia Lubuska warta zachodu”? Ta nazwa, odkurzona w Poznaniu zaraz po 1945 r. i najpierw zaszczepiona w Gorzowie, obowiązywała przez wiele lat. Było nawet zawołanie „Ziemia Lubuska – piękna, gospodarna i kulturalna”. W sprawie nazwy regionalnej próbowałem dyskutować z byłym marszałkiem Jabłońskim. Ja: powinno się pisać wielką literą Ziemia Lubuska. Jak Mazowsze, jak Małopolska, jak Warmia i Mazury. Bo to nazwa regionu. On: że małą, bo tak jest w słowniku. Ja: że w słowniku jest mowa o historycznej ziemi lubuskiej, którą Rogatka przehandlował z Brandenburczykami. Potem usiłowałem namówić do rozmowy jego następczynię. Nic z tego. Jeśli nie podoba się Ziemia Lubuska, to może Nowa Ziemia Lubuska. Tej nazwy nikt nie skojarzy z Lubelszczyzną.

− Nie ma w zielonogórskim myśleniu żadnej kalkulacji czy zauważalnej ostatnimi czasy z perspektywy Gorzowa wielkoduszności ze strony trochę bogatszego względem trochę biedniejszego?

− Jak nową instytucję wojewoda umieszcza w Gorzowie, to właściwa decyzja. Jak niedouczony urzędnik ministerialny przenosi instytucję z Zielonej Góry do Gorzowa, przeciw czemu protestuje prezydent Zielonej Góry, to źle? Przykładem idiotycznej decyzji było umieszczenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gorzowie. W Zielonej Górze oprócz dużego Sądu Okręgowego mają swoje siedziby izby Adwokacka i Radców Prawnych, jest uniwersytecki Wydział Prawa i Administracji. Aż się prosiło, żeby wszystkie instytucje prawnicze były blisko siebie.

− Skąd się wzięło to twoje pisarskie zainteresowanie i zacietrzewienie, bo już trochę tych książek napisałeś i wydałeś?

− Taki się urodziłem. I taki umrę.

− Kiedyś uciekałeś w historię i mocno moralizowałeś, teraz piszesz jakby bardziej współcześnie nie stroniąc przy tym od wątków kryminalnych, ale wszystkie albo prawie wszystkie twoje opowiadania i powieści łączy region, czyli nasza wspólna Ziemia Lubuska. Przypadek czy celowe pisanie?

− Powiedziałeś „Ziemia Lubuska”. To znaczy, że podobnie myślimy. A dlaczego tematem moje pisarstwa jest ten region? Bo tu się urodziłem. To mój region. Bo zależy mi na tym, żeby warszawiacy nie mylili województwa lubuskiego z lubelskim, Gorzowa z Chorzowem, Zielonej Góry z Jelenią Górą. I żeby nauczyciele nie wbijali dzieciom do głów, że w dziejach Polski liczy się jedynie bitwa pod Grunwaldem, obrona Jasnej Góry, powstanie warszawskie, unia lubelska, hołd pruski. Żeby czytelnicy się dowiedzieli, iż były i inne ważne wydarzenia, na przykład bitwy pod Sarbinowem, Kunowicami, walki o Cüstrin, który stał się moim Kostrzynem. Że zanim Chrobry przyjął wylewnie cesarza Ottona III w Gnieźnie, powitał go serdecznie w grodzie Ilwa koło dzisiejszej Szprotawy.

− I ktoś to czyta? Pytam tak nie dlatego, żeby cię obrazić, ale obaj dobrze wiemy, że powoli zanika sztuka pisania i czytania, szczególnie poprawnie i ze zrozumieniem.

− Czytają przede wszystkim osoby po trzydziestce. Częściej kobiety niż mężczyźni. Czytaliby może więcej, gdyby było więcej księgarń stacjonarnych. Teraz najłatwiej kupić książkę w księgarni internetowej. Gdyby ktoś nie czytał tego, co napisałem, wydawcy by nie wydawali tych książek. Wydają nie tylko dlatego, żeby upowszechniać kulturę, ale i żeby zarabiać. Ja nie dostałbym Lubuskiego Wawrzynu Literackiego, Nagrody Andrzeja Waśkiewicza, Winiarki. Nie miałbym na półce 32 swoich książek. Nie byłbym zapraszany do bibliotek na spotkania z czytelnikami.

− To o czym będzie następna rzecz w twoim wykonaniu? Bo zapewne pisać już nie przestaniesz.

− Jestem jak lekarz, jak ksiądz, jak malarz. Oni nawet na emeryturze nie potrafią siedzieć bezczynnie czy na okrągło oglądać seriale. Oni robią to, co robili przez wszystkie lata po studiach. W gdańskim wydawnictwie Oficynka, gdzie dotąd ukazały się cztery moje powieści, a pod koniec października „Pomsta” mająca ponad 500 stron, na wydanie czeka kolejna książka. Następna powieść z redaktorem śledczym Danielem Jungiem jest na ukończeniu. W głowie mam kolejną i pomysł na jeszcze jedną. Gdy je napiszę i żadna niedomoga mnie nie zaanektuje, znowu usiądę przy laptopie.

− Dziękuję za rozmowę.