W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Spędzanie wspólnie czasu gdzieś wyparowało

2017-11-29

Z Urszulą Niemirowską, fundatorką i szefową Fundacji Pozytywka, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_20278.jpg

- Pani Urszulo, cały czas pokutuje taki mit, że Zawarcie i Zakanale to ziemia zakazana, że to są dzielnice ułomne. Zgadza się pani z takim punktem widzenia?

- Naturalnie, że się nie zgadzam. To są takie same dzielnice, jak i inne w mieście. To, że akurat tu jest obszar rewitalizacji, to z pewnej przyczyny. Ale nie oznacza to, że wszystko, co tu się dzieje, jest złe. Sama mam mieszkanie przy ul. Śląskiej, gdzie mieszkałam prawie 20 lat. Teraz mieszkam przy ul. Strażackiej i gdyby teraz ktoś mnie zapytał, w jakim rejonie najlepiej zamieszkać, to ja bym powiedziała, że na Zawarciu.

- I dlatego pani tu założyła Fundację Pozytywka. Czym się ona zajmuje?

- Wielopokoleniowością.

- Co to znaczy?

- To znaczy, że w nasze zajęcia, nasze spotkania chcemy zaangażować dzieci, rodziców i dziadków. I każdy w każdej chwili może się włączyć w nasz program.

- Jednym słowem, celem Pozytywki nie jest pomoc dzieciom ubogim czy mniej zdolnym?

- Nie. Mamy dzieci z domów, które stoją niezbyt dobrze pod względem finansowym. Ale równocześnie są u nas ludzie, którzy nie mają problemów finansowych. Nie chcemy być kolejną świetlicą silnie sprofilowaną. Nie chcemy skupiać tylko dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Zwyczajnie chcę i będę się starać, aby nie rozróżniać na biednych i bogatych. Zależy mi na stworzeniu płaszczyzny do współpracy wszystkich ze wszystkimi.

- Czy tego typu fundacje, jak Pozytywka są potrzebne? Bo inne podobne mają silne sprofilowanie – albo dla ubogich, albo dla cierpiących na określone schorzenia. A pani chce objąć opieką wszystkich.

- Ja sobie kiedyś przyrzekłam, że jak będę mogła, to będę się opiekować dziećmi niepełnosprawnymi tylko po to, żeby dać rodzicom raz na jakiś czas odetchnąć od trudu codziennej pracy przy opiece nad nimi. Ja zwyczajnie wiem, ile pracy trzeba włożyć w taką opiekę, ale rodzicom też się należy chwila wytchnienia. My mamy uprawnienia, aby się takimi dziećmi i już w Pozytywce dwoje takich dzieci mamy. Ale jak podkreśliłam wcześniej, nie chcemy się profilować. Ma tu być miejsce dla wszystkich.

- Mam wrażenie, że Pozytywka to jest takie trochę przedłużenie szkoły. Bo kiedyś się czas po południu spędzało w szkołach na różnych kółkach zainteresowań. Teraz tego nie ma, za to jest Pozytywka.

- Dokładnie tak jest. To ma być połączenie działań edukacyjnych ale też z akcentem na integrację międzypokoleniową. Bo moim zdaniem właśnie tego teraz nie ma, gdzieś po drodze owa integracja, spędzanie wspólnie czasu gdzieś wyparowało. Zanika bycie ze sobą razem. Ja to kiedyś zauważyłam we własnej rodzinie. Jak miałam starszych synów, to oni byli z nami. Z młodszymi dziećmi było już inaczej. Niby byliśmy razem, ale każdy miał jakieś własne sprawy do załatwienia. Córka się uczy albo pisze, syn gra. Ale zdałam sobie sprawę, że to zła droga. I jak są jakiekolwiek działania Pozytywkowe, to oni się włączają. Zresztą jak i inne osoby.

- Czy takie miejsca jak Pozytywka są potrzebne i powinny powstawać w innych miejscach?

- Jestem przekonana, że bardzo są potrzebne. Jednak sprawa się cały czas rozbija o pieniądze. Bo przecież nie można ciągle z siebie dawać i ciągle żebrać. Bo nie na żebraniu to polega. Gdybym ja od innych czegoś nie dostała, to moich pieniędzy na pewno by zabrakło. A projekty, które się pisze do miasta z nadzieją na dofinansowanie, to są na działania ściśle określone. Trzeba ludziom zaangażowanym w projekt zapłacić za to, co zrobią. A moim zdaniem nie powinno się tych działań opierać na projektach. Zresztą ludzie, którzy tu mieszkają dziwią się, że chce mi się tu przychodzić. Bo to jedyne takie miejsce na Zakanalu. Mnie się chce, bo mi to sprawia przyjemność. Bywam zmęczona, ale jak sobie pomyślę o tych dzieciach, które tu robią takie fantastyczne rzeczy, a Staś to czekał na mnie godzinę, zmęczenie mija i dlatego jest sens takie rzeczy robić, prowadzić taką fundację. Tym bardziej, że ten rejon Zakanala jest objęty projektem rewitalizacyjnym. I powiem, że takie obszary powinny też być w centrum miasta, a właściwie w całym mieście. Może to dziwnie zabrzmi, ale Pozytywka to powrót do klubu osiedlowego.

- Ma pani na myśli takie kluby, które działały niegdyś w całym mieście, a dziś ostał się tylko jeden?

- Tak właśnie. Pozytywka spełnia taką rolę, jak niegdyś kluby. Bo jest i dla małych, i dla dużych. I dla młodych, i dla starszych. I podkreślę, że nie liczy się nic oprócz chęci robienia różnych rzeczy wspólnie. Mali plotą wianki, rysują, a starsi spotykają się przy kawie albo mają warsztaty przeznaczone tylko dla nich. Bo czasami tę kawę kupię ja, kolejnym razem ktoś inny. Bardzo nam pomagają właściciele Spara, sklepu obok. Dodam tylko, że gdyby nie było Pozytywki, tego klubu, to nic by tu nie było. Jak jeździłam tędy latem, to te dzieci bawiły się na klatkach schodowych. A przecież skrzyżowanie Kobylogórska i Krótka to obszar, gdzie są kamienice ze sporą liczbą mieszkań. Ale też jest sporo domów jednorodzinnych, w których mieszkają już ludzie, którzy osiągnęli określony wiek, mieszkają sami, bo dorosłe dzieci się wyprowadziły. I jeśli tych ludzi wciągnąć do działań, to skutki mogą być więcej niż wspaniałe.