W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jolanty, Łukasza, Olimpii , 17 grudnia 2017

Tu nikt nie liczy godzin, często pracuje się za pół darmo

2017-12-06

Z Henrykiem Babijem, byłym dyrektorem ZKS Stilon, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_20340.jpg

- Czy KS Stilon istnieje i nie powinien w 2017 roku powinien świętować 70-leciA działalności?

- Gdybym miał odpowiedzieć jednym słowem, to powiedziałbym ,,tak’’. Przy czym ze względów czysto formalnych sytuacja wymaga pewnego wyjaśnienia. Jak sięgniemy bardzo głęboko do historii klubu to przypomnimy sobie, że najpierw był Jedwabnik, potem Włókniarz, Unia i wreszcie Stilon, który w pewnym momencie przyjął pełną nazwę Zakładowy Klub Sportowy Stilon. W 1996 roku, w chwili kiedy nastąpiła głęboka restrukturyzacja stowarzyszenia, zniknęło słowo ,,zakładowy’’ i mieliśmy już tylko KS Stilon, ale ciągłość została wtedy zachowana.

- Minęło kolejnych sześć lat i w 2002 roku KS Stilon został postawiony w stan likwidacji. Dlatego, zdaniem części sportowych historyków, obecny KS Stilon, prowadzący sekcję piłkarską, jest chyba innym podmiotem?

- Likwidacja KS Stilon trwała bardzo długo ze względu na to, że klub posiadał majątek w postaci hali sportowej przy ul. Czereśniowej. Jej sprzedaż była z różnych powodów mocno utrudniona, ale ostatecznie udało się sfinalizować tę transakcję w 2011 roku, a stroną kupującą zostało miasto. I zaraz potem powstał pomysł, żeby cofnąć uchwałę o likwidacji KS Stilon. Tak też uczyniono. Wybrano nowy zarząd, w skład którego weszli nowi działacze piłkarscy, chcący ratować piłkę po upadku GKP Gorzów. I klub działa do dzisiaj. Wiem, że jest też zarejestrowany jeszcze inny klub pod nazwą ZKS Stilon, co trochę komplikuje obraz. W mojej przynajmniej ocenie obecny klub prowadzący działalność piłkarską jest  spadkobiercą dawnego Jedwabnika, Włókniarza, Unii i Stilonu. Szkoda tylko, że nie udało się zorganizować jakiś większych obchodów 70-lecia, choć takie przygotowania miały miejsce. Przed rokiem powołano nawet komitet organizacyjny. Może jeszcze uda się coś zrobić, a jak nie, to proponuję, żeby już rozpocząć przygotowania pod kątem 75-lecia.    

- Dlaczego po licznych perypetiach, które dotknęły gorzowskie kluby, Stali udało się odbudować mocną pozycję, zaś Stilon nadal walczy bardziej o przetrwanie niż budowę silnego potencjału sportowego?

- Najpoważniejsze problemy wzięły się jeszcze w czasach przemian ustrojowo-gospodarczych. Stal postawiła wówczas tylko na jedną sekcję, Stilon natomiast przez wiele kolejnych lat walczył o utrzymanie kilku dyscyplin, w tym paru bardzo popularnych i jednocześnie drogich w prowadzeniu. Ale to jeszcze nie był największy problem. Z chwilą, kiedy zakład przekazał klubowi obiekty sportowe, ich utrzymanie stanowiło wyższe obciążenie dla budżetu niż wszystkie sekcje razem wzięte. Kiedy zachęcano nas do tego obiecano, że będziemy otrzymywać środki, również ze źródeł publicznych, na utrzymanie stadionu, basenu i hali. Taką pomoc mieliśmy jedynie w pierwszym roku. Potem cały balast spadł na naszą głowę. Stal nie miała tego kłopotu, bo początkowo stadion był miejski, potem został sprywatyzowany.

- Czy nie za długo czekano z restrukturyzacją klubu?

- Początkiem upadku klubu w tych latach było przejęcie wspomnianych obiektów, ale nikt nie mógł z nas przypuszczać, że patronacki zakład zacznie z roku na rok mocno obcinać dotację. Póki była ona na przyzwoitym poziomie, póty walczyliśmy o utrzymanie jak najszerszej działalności. Pamiętajmy również, że jako klub prowadziliśmy mocno rozbudowaną działalność gospodarczą. Mieliśmy grupę remontową, która przynosiła duże zyski, mieliśmy rozsiane po kraju sklepy, w których sprzedawaliśmy produkty stilonowskie. Prowadziliśmy hotel, dzierżawiony od zakładu. Przyszedł jednak moment, że zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie dalej prowadzić tak szeroko rozbudowanej działalności sportowej.

- To był 1996 rok. Kto podjął decyzję o restrukturyzacji klubu?

- Oczywiście zarząd, ale tak naprawdę decyzja ta została wymuszona postanowieniem ówczesnej dyrekcji zakładu. To wynikało z tego, że do przedsiębiorstwa przyszedł już inwestor strategiczny i nie był on zainteresowany finansowaniem klubu. Nie chcieliśmy jednak niszczyć dorobku setek działaczy i sportowców, którzy budowali poszczególne sekcje przez dziesiątki lat. Duży był również nacisk społeczny, żeby nie zamykać działalności i dlatego doszło do podziału na kilka nowych stowarzyszeń. Od Stilonu odeszły sekcje piłkarska, pływacka, piłki wodnej i szachowa. Pozostały natomiast siatkówka, koszykówka i jeszcze krótko tenis ziemny. Przypomnę, że każda odchodząca sekcja z chwilą powołania nowego klubu otrzymała od nas bezpłatnie zawodników, w niektórych przypadkach również obiekty sportowe. Do tego na własne barki wzięliśmy spłatę wszelkich zobowiązań.

- Krótko potem zniknęła koszykówka i pozostała już tylko siatkówka. Dlaczego w tym czasie nie było chętnych do sponsorowania stilonowskiego sportu, który przecież odnosił liczne sukcesy?

- Siatkarze na przełomie wieków wnieśli się na wyżyny krajowej siatkówki. Zdobyli Puchar Polski w 1997 roku, wywalczyli potem brązowy i srebrny medal w lidze, występowali w europejskich pucharach. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie nawet po 20 latach. Niektórzy głośno mówili, że przeszkodą byłem ja. Wysyłano mnie nawet na Kubę. Jednak już po restrukturyzacji też nie zauważyłem, żeby sponsorzy pchali się do poszczególnych sekcji drzwiami i oknami. Władze samorządowe także nie wspomagały wtedy wyczynowego sportu. Pamiętam, że kiedy do zamknięcia budżetu potrzebowaliśmy 250 tysięcy złotych. Zwróciliśmy się z prośbą do prezydenta miasta i władz wojewódzkich o pomoc. Odpowiedź była odmowa. W tym momencie zarząd klubu uznał, że skoro tak naprawdę nikomu w mieście nie zależy na sporcie, to my nie będziemy z tym walczyć.

- Gdyby spojrzeć z dzisiejszej perspektywy na to, co jest już dawno za nami, to czy można było jednak coś zrobić, żeby uratować ten klub?

- Oczywiście, ale mówimy tu już tylko o klubie siatkarskim, gdyż wielosekcyjne stowarzyszenie nie miało racji bytu. Zabrakło ludzi, którzy z wielką pasją wzięliby się za budowanie nowego podmiotu sportowego, ale – powtórzę - z drugiej strony największy kłopot tkwił w braku wsparcia w samorządzie. I nie chodzi tylko o wspomaganie finansowe, lecz wspólne działanie, nakreślenie wizji. Przypomnę, że oddaliśmy drużynę siatkówki do Gorzowskiego Towarzystwa Piłki Siatkowej będącą w najwyższej klasie rozgrywkowej, czyli w Polskiej Lidze Siatkówki. Byliśmy widocznie zbyt słabym miastem, bo był to czas, że nawet żużel miał ogromne problemy i spadł do niższej ligi, gdzie przez kilka sezonów borykał się z kłopotami.

- Najciekawsze, że najlepiej poradziła sobie koszykówka, która z popularnych gier w pewnej chwili znalazła się na końcu listy?

- Akurat w tym przypadku można mówić o konsolidacji środowiska. Znaleźli się ludzie, którzy poprzez mrówczą pracę osiągnęli wyznaczony na początku pracy cel. Najpierw powstało Gorzowskie Towarzystwo Koszykówki, które wykorzystało moment uruchomienia Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej i szybko podjęto współpracę. Po latach zaowocowała ona zbudowaniem silnego ośrodka koszykarskiego. Dlaczego tak często wspominam o działaczach? Ponieważ, żeby budować silny sport muszą tym zajmować się pasjonaci, dla których praca w sporcie to drugie życie. Tu nikt nie liczy godzin, często pracuje się za pół darmo i nie liczy się płynących korzyści, bo często ich nie ma.

- Gorzów zawsze stał sportem, ale jesteśmy chyba jedynym miastem wojewódzkim bez boiska ze sztuczną murawą, porządnej hali czy przyzwoitego stadionu piłkarskiego? Dlaczego pod tym względem zawsze byliśmy słabi i nadal jesteśmy na szarym końcu?

- Obawiam się, że jeszcze długo będziemy. Zwróćmy uwagę, że jako społeczeństwo przed ponad 70 lat zbudowaliśmy w Gorzowie tak naprawdę tylko jeden porządny obiekt sportowy. Mam tutaj na myśli Słowiankę. Drugi, stadion żużlowy, zdołaliśmy porządnie zmodernizować. I na tym koniec. To cała lista. Stadion piłkarski jest poniemieckim, który tak naprawdę przez dziesiątki lat był utrzymywany i remontowany przez Stilon. Jedyna porządna swego czasu hala sportowa przy ul. Czereśniowej została zbudowana, potem rozbudowana przez Stilon. Kiedy została przejęta przez miasto do dzisiaj nie została prawidłowa odremontowana, a już zupełnie nie nadaje się do organizowania w niej porządnych meczów. Powiem więcej, ta hala jest dewastowana. Stilon zbudował basen przy ul. Energetyków, zbudował lodowisko. Wszystko to zostało potem zniszczone.

- Niedługo ma powstać długo oczekiwania hala widowiskowo-sportowa. Marzenia wielu gorzowian tym samym wreszcie się spełnią. Pana również?

- Mam nieco inne zdanie. Zastanawiam się, dla kogo powstanie tak duża hala? Jestem przekonany, że na meczach koszykarek trybuny będą zajęte maksymalnie w połowie. Może, jakby udało się zbudować bardzo silną drużynę piłkarzy ręcznych, to trochę więcej ludzi będzie przychodzić. Ja mam ciągle żal, że nie potrafiliśmy utrzymać dobrej drużyny siatkarskiej. Dla niej duża hala miałaby sens.

- Gdzie tkwi problem, że mimo dużych aspiracji niewiele nam wychodzi w tym sportowym życiu?

- Przyczyn jest zapewne kilka. Dzisiejszy sport musi być inaczej zarządzany, aniżeli jeszcze 20 lat temu. Profesjonalnie funkcjonujący klub nie powinien mieć w swoich strukturach więcej niż jedną silną sekcję. Stal podjęła ryzyko i obok żużla buduje drugą silną drużynę, piłkarzy ręcznych. Mam obawy czy w dłuższej perspektywie czasu wyjdzie im to na dobre, ale oczywiście życzę jak najlepiej, bo jest to w interesie całego sportowego środowiska. Chyba najważniejszą sprawą jest jednak brak silnej pozycji sportu w strukturach miasta. Nie chodzi tylko o osobę, ale też umiejscowienie w magistracie. I najważniejsza sprawa, to brak konsolidacji środowiska. Proszę zobaczyć co się dzieje w pływaniu, waterpolo czy w piłce nożnej? W niektóre kluby jestem zaangażowany i widzę, jak działa sport w mieście. Każdy ciągnie w swoją stronę. Choćby w piłce nożnej. Gorzów jest zbyt mały, żeby działało tu kilkanaście klubów pod różnymi szyldami. W siatkówce mamy trzy kluby, ale żadnej ligowej drużyny, nawet na najniższym szczeblu. Takie działanie jest bez sensu.

- Dziękuję za rozmowę.