W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2018

Kulczykiem nie jestem, całego miasta nie posprzątam

2018-01-10

Z mecenasem Jerzym Synowcem, radnym i społecznikiem, rozmawia Renata Ochwat 

medium_news_header_20617.jpg

- Panie mecenasie, czy rolą Towarzystwa Miłośników Gorzowa jest mycie pomników lub rzeźb w centrum miasta?

- Nie. Ale Towarzystwo Miłośników Gorzowa działa w wielu kierunkach, na wielu płaszczyznach. Ludziom się wydaje, że my tylko stawiamy pomniki. I to jest prawda, bo my faktycznie postawiliśmy szereg pomników i mamy w planach kolejne. Przynajmniej dwa kolejne. Zresztą jakby policzyć, to już w przestrzeni miejskiej postawiliśmy kilkanaście obiektów, bo choćby kamień poświęcony pamięci synagogi w Landsbergu czy popiersie Zenona Bauera. Ale też zrobiliśmy wystawę Ernsta Henselera, wydaliśmy jego album. Opublikowaliśmy także listę 100 najbrzydszych miejsc w mieście. Wiosną ukaże się ładne wydawnictwo, czyli 100 najpiękniejszych miejsc w mieście. Poza tym braliśmy udział w kilkunastu akcjach sprzątania miasta, pokazywaliśmy, co można zrobić, jak choćby przy ul. Chopina, gdzie pracowaliśmy w kilkanaście osób a miasto jeszcze zarobiło na sprzedaży złomu. I kiedy już ukończono z rocznym opóźnieniem ulice, stwierdziliśmy, że ta rzeźba, mowa o Ptakach Zofii Bilińskiej przy ul. Warszawskiej, że się wtopiła w krajobraz miasta. I pora ją przywrócić do życia, bo zasłaniają ją gałęzie, zresztą tam na ogół jest chaszczowisko. Inna rzecz, że latem myśmy te róże tam odchwaszczali, bo żal było patrzeć. My tylko w jakiś sposób wyczyściliśmy to miejsce, między innymi po to, aby zwrócić uwagę na fakt, że takie miejsca są. Pokazaliśmy problem. Bo nie może być tak, że 500 urzędników w magistracie patrzy na to miejsce, codziennie, dodam i nie widzi. Zwyczajnie serce się kraje, że tak właśnie jest. Bo tak nie powinno być. Powinno być bowiem tak, że jak jest coś brudnego, to trzeba to sprzątnąć lub umyć. Nie może być tak, jak śpiewał Kuba Sienkiewicz - przewróciło się, niech leży. A u nas tak właśnie jest. Mało tego. Podam jeszcze jeden dobitny przykład, który niedługo jednak sfinalizujemy. A mianowicie z okien swego gabinetu prezydent Jacek Wójcicki codziennie patrzy na postument, gdzie kiedyś stała głowa jego poprzednika – Zenona Bauera i nic mu to nie mówi. Nie przeszkadza, że to miejsce jest puste. I nie wyciąga z tego faktu żadnych wniosków. Czyli tak widocznie musi być. Może chodzi o to, żeby ktoś ukradł sam postument. My już mamy nowy odlew. Zrobimy nową głowę, która będzie mogła krzyknąć, panie prezydencie, jestem, znowu jestem. Mieszkamy w mieście, które rzekomo wszyscy kochamy. A wcale tak nie jest. Wystarczy się przejechać po centrum, żeby zobaczyć 40 jeśli nie 50 zrujnowanych, wypalonych, zaniedbanych, zawalonych obiektów, które należą nie tylko do miasta, ale i do prywatnych właścicieli. I to mnie dziwi. Nie rozumiem, jak tak może być, że wielu z nas ma różne obiekty i tak kompletnie o nie nie dba. A my się na szpetny krajobraz zgadzamy.

- Pan zresztą o tym od lat wielu mówi. Ale są tacy, którzy twierdzą, że Synowiec tylko gada, gada i nic nie robi.

- A to akurat nie jest prawda. Proszę wziąć tylko pod uwagę moją działalność w Towarzystwie Miłośników Gorzowa, które ma na koncie kilkadziesiąt akcji wartych setki tysięcy złotych. I to bez jednej złotówki dotacji. Przywrócenie główki Bauera do stanu poprzedniego to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych – to nie jest drobiazg. Rzeźba Kazimierza Furmana kosztowała Towarzystwo około 30 tys. zł. Czyli zarzut, że tylko gadamy jest chybiony. Towarzystwo poza tym brało udział w innych akcjach. Ja jako radny też wypisuję ileś interpelacji na kanwie działań Towarzystwa. Ale także jako Jerzy Synowiec jestem aktywny na różnych polach.

- Ale ludzie mówią, że Jerzy synowiec tylko krytykuje.

- Krytykuje? Dobrze, powiem więc w taki oto sposób. Słyszała pani, żeby się Synowiec kiedyś chwalił, że swoje diety za pracę w Radzie Miasta oddaje na cele społeczne?

- Nie. Nie słyszałam.

- Bo ja się wieloma rzeczami nie chwalę. Może gdyby ktoś wiedział, że ja od 30 lat jedną piątą swoich dochodów przeznaczam na cele społeczne, to by nie stawiał zarzutów, że Synowiec tylko gada i tylko krytykuje. Tak było, tak jest i tak będzie do mojej śmierci, a w każdym razie do chwili kiedy będę zarabiał. Krytykują, bo mówią, że Synowiec zrobił porządek tam gdzieś, a nie na moim podwórku. Też do mnie dochodzą takie głosy. Myślę, że gdyby każdy pracował tyle, ile Synowiec, to Gorzów byłby ładniejszy. Podkreślam – się nie chwalę. Stwierdzam fakty. Proszę zobaczyć, jak wygląda mój ogród, który od lat zdobywa pierwsze miejsca w konkursie na najładniejszy ogród właśnie…

- Ale przecież to nie pan robi, a wynajęty ogrodnik – tak słyszałam od niektórych.

- Nawet gdyby, to za własne pieniądze. Oni robią to wedle moich wskazań, moich koncepcji. To nie jest żaden zarzut. Jak za swoje, to tak, jakbym to ja osobiście sam zrobił. Ale fakt, pomaga mi kolega, który jest ogrodnikiem z pasji i zamiłowania. To jedno. A drugie to okolica mojego domu. Sam osobiście koszę trawę na okolicznych miejscach zieleni. Nie swoich – dodam. Sam utrzymuje porządek na łączniku, który jest niedaleko od mojego domu. Co roku robię dziesiątki takich rzeczy, żeby było lepiej. Oczywiście, całego Gorzowa nie da się naprawić moimi siłami, bo nie jestem takim bogatym człowiekiem, żebym mógł to robić. Nie jestem Kulczykiem. Działam na skalę swoich możliwości. Jakby komuś się zechciało zanalizować ostatnich 30 lat, to upadłby z wrażenia, ile ja wysiłku i własnych pieniędzy w to wszystko włożyłem. Przez 11 lat współkierowałem i współfinansowałem Stal Gorzów. W trakcie siedmiu lat, jako szef Rady Sponsorów wyciągnąłem Gorzovię z niebytu, z jakiejś trzeciej ligi tenisa stołowego do Pucharu Polski. O tym, że hala piękna się stała, nie wspominam. A teraz jako sponsor i organizator staram się pomóc Stilonowi. Zakładam, że w perspektywie trzech lat będzie to także widać i na stadionie oraz w lidze, w której będzie grał Stilon.

- Po co pan to robi?

- Bo ja zwyczajnie tak mam. Lubię to. Bo interesuje mnie nie tylko, co na moim podwórku, ale i za płotem. Za dalekim płotem. Powiem tak, wspólnie ze Strażą Miejską, z którą mnie się generalnie dobrze współpracuje, doprowadziliśmy do wyburzenia kilkunastu szpetnych obiektów w mieście. Uparliśmy się kiedyś na barak naprzeciwko Policji przy ul. Wróblewskiego, no i baraku nie ma. Ale było tak, że ja byłem uciążliwy dla Straży, a Straż była uciążliwa dla właściciela. Jest czasami tak, że pewni ludzie dzwonią do mnie i mówią – Jurek, nie mów o moim obiekcie, nie pisz do gazet, nie gadaj publicznie, ja ci obiecuję, że w ciągu roku ta szpetota zniknie. Czyli okazuje się, że moje działania jakiś tam sens mają. Po to też apeluję do miasta, bo ja nie mam narzędzi prawnych, aby z wieloma sprawiam zrobić porządek. Nie mogą zmusić właściciela, który ma wypaloną chałupę, żeby z nią zrobił porządek. Miasto natomiast ma takie instrumenty. Tylko trzeba zdecydowania. Miasto nie musi tylko karać, może inspirować. Bo dla przykładu można byłoby przeprowadzić akcję - poprawiamy szpetne płoty w mieście. Właściciele dostaliby wędki w postaci materiałów – drewna, farby czy czegoś podobnego, to być może w krótkim czasie mielibyśmy kilka lub kilkanaście ładnych obiektów. A tych opornych zwyczajnie trzeba karać.

- Pan o tym mówi od lat i nic.

- Ano nic, bo być może urzędnicy nie lubią miasta i nie chcą pewnych rzeczy zobaczyć.

- Jak choćby czegoś okropnego, co jest w okolicach byłego kina Słońce?

- Choćby. Ja jestem przekonany, że w trakcie najbliższych dwóch miesięcy tam dojdzie do tragedii, bo ta nadbudówka, która na tym budynku jest, spadnie i kogoś zabije. Wtedy dopiero będzie płacz i zgrzytanie zębów, że takie nieszczęście się stało.

- A widzi pan w ogóle jakieś pozytywne rzeczy w mieście?

- Pewnie, że widzę. To są nowe obiekty, ktoś coś odmalował, porządkuje lub uporządkował teren. Takie działania też są i też o nich publicznie mówię. Proszę pamiętać, że w Gorzowie dzieją się różne rzeczy niekoniecznie za sprawą samego miasta – magistratu. To, że zyskamy piękny wiadukt kolejowy, to akurat zasługa kolei a nie miasta. To, że Urząd Wojewódzki się cywilizuje, to zasługa agend rządowych. Wiele rzeczy robią prywatni inwestorzy. Miastu coś się tam też czasami uda…

- Ale generalnie miasto pan krytykuje.

- Krytykuję, bo podkreślam, miasto ma możliwości gigantyczne, jeśli chodzi o działanie. I gdyby magistrat korzystał ze swoich możliwości, wówczas miasto wyglądałoby inaczej.

- Wynika to z tego, że wam radnym się nie chce….

- Akurat w tym systemie prawnym radni tak naprawdę mają mało do powiedzenia. Radni mogą postulować, interpelować, mówić, ale mocy sprawczej za wielkiej nie mają. Radni mogą uchwalić lub nie uchwalić budżet. Ale potem już w ramach budżetu podział środków nie do radnych należy. Radni mogą uchwalić wotum nieufności wobec prezydenta, ale nie mogą go zmusić do pewnych działań. Tak już jest, że prezydent to jest główna władza.

- Może wobec tego trzeba sobie zadać pytanie o sens istnienia radnych?

- Ale ja nie twierdzę, że radni są jakoś tak bardzo potrzebni. W takim Nowym Jorku jest ich podobno tylko 12. Być może w takim Gorzowie radnych powinno być pięciu, to też by wystarczyło. Ale powinny to być jakieś osobistości. Natomiast dziś część radnych jest radnymi, bo byli trzeci lub czwarci na listach. Ktoś odszedł, ktoś z dalszego szeregu go zastąpił. Tak to jest z partyjnymi listami.

- Panie mecenasie, może więc pora zostać prezydentem tego miasta.

- To jest zupełnie inne zagadnienie. Na to się składa bardzo wiele różnych czynników. Ktoś, kto patrzy na miasto i chciałby je widzieć piękniejsze, niekoniecznie może być dobry na funkcji prezydenta miasta. Może dla przykładu nie umieć skutecznie zarządzać pracą kilkuset urzędników, bo do tego trzeba mieć specjalne predyspozycje i znać robotę urzędniczą. A ja zawsze działem sam. Ale są jeszcze inne przesłanki.

- Uprawia pan ciekawszy zawód niż sprawowanie funkcji prezydenta?

- Chociażby. Poza tym nie chcę skończyć w więzieniu, ponieważ każde moje działanie jako prezydenta może być obserwowane i recenzowane w ten sposób, że Synowiec szedł, widział psa, który zrobił kupę, a on nic z tym nie zrobił. Proszę więc zrobić z nim porządek, panie prokuratorze. Przecież wszyscy okoliczni prezydenci, burmistrzowie mają sprawy karne. Z byle powodu można takiemu włodarzowi zarzucić niedopełnienie obowiązków, choć chciał dobrze. Przykład najjaskrawszy – burmistrz Międzyrzecza. Dziś miasto korzysta z jego rozwiązania, a on został skazany. Poza tym jest jeszcze inna rzecz. Burmistrz obojętnie jakiego miasteczka i wójt jakiejś wsi zarabiają mniej więcej tyle, co prezydent Warszawy. A wszyscy oni zarabiają tyle, co sprzątaczka w centrali Banku PKO w Warszawie. To zwyczajnie nie jest zdrowa sytuacja. Dla kogoś, kto zarabia w miarę dobre pieniądze, funkcja włodarza miasta wcale nie musi być interesującą alternatywą. U mnie jest jeszcze i to, że ja po paru latach przerwy w zawodzie nie miałbym do czego wracać. Nauczyciel czy inżynier owszem tak, ale w przypadku adwokatury pójście na funkcję oznacza ostateczne pożegnanie się z zawodem. Tak więc jest wiele przeciwko temu, abym myślał o fotelu prezydenta. Chciałaby się, ale jest za dużo przeciwko. Chciałoby się zmienić Gorzów. Tym bardziej, że wiem, jak to zrobić.

- Jeśli nie prezydentura, to czy dalej będzie pan kandydował na radnego?

- Jeszcze nie podjąłem decyzji, bo nie wiem, jakie będą uregulowania prawne, jak będzie wyglądała ordynacja wyborcza, jak będzie wyglądała płaszczyzna porozumienia między innymi ugrupowaniami w mieście. Myślę o KOD, Ludziach dla Miasta, PO, Nowoczesnej i  paru innych. Chętnie bym widział połączone siły opozycji. A jeśli nie, to być może sam stworzę własny komitet i pójdę swoją drogą. Oczywiście nie oznacza to, że uzyskam większość w Radzie. Ale przynajmniej spróbuję. Sędzia Igor Tuleya w swoim gabinecie ma taką maksymę, że warto próbować walczyć, nawet kiedy z góry wiadomo, że się przegra, ale jeśli się wierzy w ideę, to trzeba próbować. Trzeba bowiem dać losowi szansę.

- Jak pan widzi przyszłość Gorzowa?

- Wie pani, to jest miasto, w którym się urodziłem i pewno umrę. Ale to jest też miasto, do którego być może nie będzie chciała wrócić moja starsza córka, która studiuje obecnie w Warszawie, więc patrzy na Gorzów z innej perspektywy. Będę się starał, żeby moja młodsza córka poszła moim śladem i zakochała się w Gorzowie. Ma jeszcze dużo czasu na to. Natomiast wierzę w to, że tu się wiele rzeczy może zmienić. Pieniądze, które idą z Polski i Unii, muszą niektóre rzeczy zmienić. Mam nadzieję, że doczekamy się pięknych wylotówek Walczaka, Myśliborskiej, doczekamy się remontu głównych ulic w mieście, doczekamy tego, że powstanie tu Centrum Edukacji Zawodowej z prawdziwego zdarzenia a ulica Spichrzowa przy wiadukcie zyska cywilizowaną twarz, bo na razie ma mordę, powstaną też inne obiekty, które właśnie ucywilizują miasto.

- A jak się nie uda, to pan dalej będzie krytykował władzę?

- Ta krytyka jednak nie służy temu, że mnie się nie podoba, jak się ubiera prezydent czy jakim samochodem jeździ. Ja krytykuję rzeczy, które można zmienić. Pokazuję, co i jak można zmienić. Poza tym wspieram dobre pomysły, ot choćby jak ten mural z Egometem Bratzem. Bo się sponsor wycofał, więc trzeba ideę wspomóc. A kto może?

- No właśnie. Dziękuję bardzo za rozmowę.