W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jana, Moniki, Wiktora , 21 maja 2018

Kołem zamachowym wszystkiego jest handel

2018-01-17

Z Augustynem Wiernickim, przedsiębiorcą i prezesem Stowarzyszenia Pomocy Bliźniemu im. Brata Krystyna, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_20690.jpg

- Panie prezesie, od wielu lat pomaga pan ubogim. Czy fakt, że weszły nowe programy pomocowe, jakoś zmniejszył margines biedy?

- Prowadzę tę działalność już ponad ćwierć wieku i obserwuję zmiany oraz procesy, jakie w tej kwestii zachodzą. Muszę powiedzieć, że jak zaczynałem, to też biedy nie widziałem. Dopiero pewien ksiądz mi oczy na tę kwestię otworzył. Powiedział mi, że przychodzą do niego i proszą o zupę. Moja reakcja była taka – a co mi ksiądz opowiada za głupoty. Przecież biedy żadnej nie ma. Ale dobrze, założę księdzu tę stołówkę na tym Manhattanie. I jak założyłem tę stołówkę, to się dopiero okazało, że najpierw przyszło 25 osób, potem 100 a jeszcze potem nawet 200. No i się okazało, że bieda z tych swoich domów i domków powychodziła. Odważyli się, choć po prawdzie nie wszyscy. Potem z tym problemem było różnie. Problem narósł podczas zmian systemowych w Polsce. Ludzie się pogubili wówczas. Bo proszę pamiętać, człowiek nie lubi zmian. Ostatnich kilka lat kwestię biedy widziałem choćby przez kolejki tu u nas w Stowarzyszeniu. Skoro się za chlebem ustawia 100 i 200 osób, to znaczy, że problem biedy nadal jest. 300 bochenków chleba wydajemy co drugi dzień. No i myślę, że to się jeszcze długo utrzyma. Dlatego, że pewna grupa społeczna była uboga, jest uboga i wszystko wskazuje na to, że zostanie uboga. Tak to pozostanie, dopóki nie wejdą jakieś projekty rządowe zmierzające do marginalizacji biedy. Ale wspomnę o grupie, która mi najwięcej kłopotu stwarzała.

- Czyli jakiej?

- Były to kolejki matek z małymi dziećmi. Poniedziałek był dla mnie najtrudniejszy. Ja się poniedziałku bałem. Wiedziałem, że przyjdę i zobaczę pięć, dziesięć kobiet z małymi dziećmi. Prawie się nie mieszczą na korytarzu. A funduszy nigdy nie było za dużo. Wie pani, gdyby chodziło o żywność, to nie byłoby kłopotu. Bo żywność to my mamy. Ale nie tylko chodziło o żywność, bo – panie prezesie, choć na pieluszki, albo choć na Bebiko. No i gdyby każdej z nich dać po 50 zł, bo mniej to zwyczajnie nie ma sensu dawać, albo nawet i 100 zł, to można sobie wyobrazić, że jeśli przyszło dziennie pięć lub dziesięć osób, to w skali miesiąca mamy już poważną kwotę. Ja się nawet w pewnym momencie bałem do firmy chodzić, bo tam zaczęły mnie się tworzyć straszne długi. No i do czego zmierzam. Wchodzi rządowy program 500 +. Jest 1 kwietnia i kolejka jest. Przez cały kwiecień te kobiety nadal przychodziły. Po 3 maja, po długim weekendzie – ani jednej już nie było.

- Jednym słowem – program zadziałał.

- Skoro ani jedna kobieta z dzieckiem do mnie nie przyszła, to co mogę sądzić? Coś się stało. Wyszło nam, tu w stowarzyszeniu, że tym rodzinom do spięcia domowego budżetu brakowało tych 500 zł. Oczywiście tam nie nastąpi od razu jakiś dobrobyt. Bo nie. Tam nie ma dobrobytu w tych rodzinach. Im się zwyczajnie te biedne budżety domknęły. Na tej podstawie mogę wyraźnie powiedzieć, że akurat w tym polu nastąpiła bardzo duża poprawa. Ale muszę od razu o jednej rzeczy powiedzieć. W echogorzowa.pl napisałem taki artykuł, w którym się zastanawiałem, czy aby te pieniądze nie pójdą na alkohol.

- Pamiętam. Trochę ludzi było oburzonych…

- Ja się sam po jakimś czasie czułem źle. Okazało się, że to pytanie i twierdzenie nie było zasadne.

- Do tego zmierzałam. Jak program wchodził, to wszyscy stawiali tezę, że w większości pójdzie on na alkohol…

- Wie pani, w pewnych grupach rzeczywiście tak jest, że wzrosło spożycie alkoholu. Ale ono i tak by wzrosło. Są takie rodziny, gdzie alkohol rządzi i jak się dostanie nawet trochę grosza, to on i tak na alkohol pójdzie. Tam nie ma rozsądku, ani niczego pozytywnego, tam jest głód alkoholu. Ale w generalności jednak się myliłem. Zdecydowana większość rodzin, według mnie przynajmniej 95 procent, wykorzystuje te pieniądze. One stały się dla nich wiatrem w żagle. Oni nawet zrozumieli, że jest korzystne oszczędzanie. Zrozumieli, że można dzieci wysłać na wakacje. Nam się w tym roku po raz pierwszy zapełniło Długie. Jak przedtem cały czas szukaliśmy chętnych, tak w tym roku chętnych było nawet więcej. Przez lato w Długim wypoczęło 1200 dzieci! Ja się boję upolityczniania takich rzecz. Bo bez względu na to, kto to robi, jeśli coś jest dobre, to jest dobre. I w moim przekonaniu ten program jest dobry. Jako ekonomista wiem, jak to działa. Dziś na świecie już się dyskutuje o tzw. dochodzie podstawowym. Niektóre państwa myślą nawet i o tym, aby każdemu obywatelowi dopłacać od 500 do tysiąca dolarów miesięcznie, bo te państwa na to stać. Tak samo mogłoby być u nas, jak się zacznie dobrze gospodarować, dobrze pieniądze wydawać, zacznie się rozwój, to budżet będzie miał nadwyżkę i to wypracowaną przez nas samych. No i trzeba pamiętać, że dziecko zawsze jest inwestycją.

- Mówi pan o rynku pracy. Byłam ostatnio w Powiatowym Urzędzie Pracy, i tam się okazało, że nie ma żadnych kolejek bezrobotnych, a po drugie nie ma chętnych do pracy. Pana zdaniem zmienił się rynek pracy w Gorzowie?

- Naturalnie, że się zmienił. Dziś pracownika zaczyna się bardziej szanować. Choć ja w swojej firmie zawsze ludzi bardzo szanowałem. Zawsze wiedziałem, że pracownik powinien być godnie opłacany. No i obecnie rynek pracy stał się inny. Bo to pracownik decyduje o sile firmy. Trzeba pamiętać, że rynek pracy jest bardzo trudny. W wielu środowiskach widzę naszych braci z Ukrainy. Ja mam pozytywny do nich stosunek, ponieważ moja rodzina stamtąd pochodzi. Ukraińcy się do nas łatwo dostosowują. Dobrze pracują, mówią zrozumiałym dla nas językiem. A dlaczego tak jest? Ano dlatego, że te dwa czy nawet trzy miliony ludzi od nas wyjechało za pracą.

- Dostrzega pan też Ukraińców w Gorzowie?

- Owszem. I widzę, że dobrze im się powodzi. Mnie nurtowało jeszcze jedno pytanie – czy nie będzie się próbowało ich wykorzystywać. Jednak okazało się, że są traktowani jak swoi.

- Porozmawiajmy teraz o Gorzowie. Panie prezesie, jak pan ocenia wygląd miasta?

- Wystarczyło parę dobrych ruchów w centrum i ono się troszkę zmieniło. Gdyby jeszcze tak w tym roku kilka następnych przeprowadzić, to śródmieście byłoby już lepsze.

- Co się panu podoba?

- Przede wszystkim rozwiązanie z rondem przy Białym Kościółku. Ono zdecydowanie ułatwia komunikację w mieście. Szkoda tylko, że nie ma zjazdu w Sikorskiego, ale ponoć z różnych względów nie dało. Jakby tak co roku po kawałku takie rzeczy robić, to powtórzę, będzie dobrze. A może centrum stałoby się tak atrakcyjne, że wycieczki do nas by zaglądały, bo na razie turystów u nas nie ma wcale. I dlatego nasze kawiarenki są puste i ledwo żyją.

- Co by pan jeszcze zmienił w centrum miasta?

- Oj dużo. Ale to byłby rodzaj takiego chciejstwa.

- No to zróbmy sobie listę chciejstwa.

- Przede wszytym usprawniłbym ruch w centrum. Owszem, można zrobić najpierw czteropasmową Kostrzyńską z wjazdem na S3. Ale przede wszystkim zastanowiłbym się, co zrobić, aby jak już do nas turysta trafi, to nie błądził po mieście, tylko wszędzie dobrze i składnie dojechał. A teraz jest tak, że drogi wyrzucają takiego turystę za miasto i zanim dobrze się nie rozejrzy, to już jest przy Tesco lub nawet w samym Szczecinie. Brakuje lewo i prawoskrętów, przejrzystości komunikacyjnej. Gorzowianin sobie poradzi, ale przyjezdny to już raczej nie. Kolejna rzecz to parkingi w mieście, a właściwie to ich brak. Też jak kto chętny gdzieś się w centrum zatrzymać, to nie ma gdzie. Poza tym przydałoby się rondo na wysokości Dworcowej.

- A te większe?

- To są te inne możliwości. Może trzeba skorzystać z propozycji, jakie wysuwa premier Morawiecki. Może trzeba do niego pojechać i powiedzieć, że skoro te różne fabryki się rozwijają w wielkich miastach, to może trzeba wybudować ich filie w Gorzowie. Skoro Ursus ma się tak dobrze, a ma się, to może warto przez historyczne przesłanki pomyśleć o filii w Gorzowie. Tylko czy mamy miejsce na takie rzeczy? Przecież wszystko posprzedawaliśmy. Byłem wówczas radnym i straszliwie mnie to wówczas irytowało. Inna rzecz to słynna Baczyna. Przecież Gorzów mógłby być wielkim ośrodkiem handlowym. Nie hipermarketowym, bo z tego niewielki przychód jest. I wracając do Baczyny – czy Gorzów nie mógłby słynąć z wielkiej giełdy handlowej na ćwierć Polski? Przecież tam w niedzielę jest tłok. A czemu tylko w niedzielę? Przecież można byłoby handlować i w sobotę, ale i inne dni tygodnia też.

- Chciałby pan mieć taką giełdę, jak teraz, czyli sprzedawanie na płachcie na ziemi wszelkiego barachła?

- No właśnie nie. Dlatego ją trzeba ucywilizować. No i dlaczego nie stanąć w kolejce do pana Morawieckiego i powiedzieć – proszę nam dofinansować ten pomysł. Przecież głównym czynnikiem wyzwalającym różne efekty ekonomiczne jest handel. Jak jest handel, to jest produkcja. Jak jest produkcja, to są miejsca pracy i tak to się kręci. I to powinien być nasz handel, nasza produkcja, a nie ta przywożona nie wiadomo skąd. Jak warzywa w marketach czy tanie śrubki i podkładki z Chin.

- Panie prezesie, ostatnie pytanie. Co pan czuł 1 lipca 2017 roku wieczorem, jak płonęła katedra?

- Mocno się zmartwiłem. Myślałem, że będzie koniec, że spłonie cała. Bo jak sobie pomyślałem, ile tam jest dobrego, nieodżywicowanego drewna, to bałem się, że nawet i 100 jednostek strażackich nie da sobie rady. No i całe szczęście, że się pomyliłem. Bo to jest perełka miasta, regionu. O nią trzeba dbać. Ona wiele mówi o mieście, o historii. Ale widziałem, że strażacy dają radę. Potem proboszcz zabrał mnie na wieżę. Co prawda łzy mu jak grochy po twarzy ciekły, jak tam szliśmy. I jak na to wszystko, na to pogorzelisko popatrzyłem, to pomyślałam sobie, że to jednak Bóg zadziałał i katedra ocalała.

- Dziękuję za rozmowę.