W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2018

Gorzowianie nie są przyzwyczajeni do przesiadywania w lokalach

2018-02-07

Z Krzysztofem Olechnowiczem, gorzowskim przedsiębiorcą z branży gastronomicznej, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_20879.jpg

- Jak to się stało, że mechanik samochodowy wziął się za  gastronomię?

- Przypadek? Chyba tak, choć z motoryzacją łączy mnie tylko świadectwo maturalne i dyplom. Z gastronomią zaś moje związki ograniczały się tylko do tego, że lubiłem zawsze dobrze i niekoniecznie drogo zjeść. Kiedyś zajmowałem się nieruchomościami, ale nie w Gorzowie. Potem moje drogi skrzyżowały się z dwoma chińskimi rodzinami tak mocno, że to właśnie za ich namową i pomocą, której udzielają mi do dnia dzisiejszego zdecydowałem się na prowadzenie działalności gastronomicznej. A zaczęło się od tego, że poszliśmy coś zjeść do jednej z działających w naszym mieście azjatyckich kuchni i w trakcie posiłku usłyszałem, że znajdą mi dobrego kucharza, a ja mam zająć się prowadzeniem restauracji.

- Co pan w tym momencie sobie pomyślał?

- Nie zdążyłem zareagować a usłyszałem chyba decydujący argument. Zwrócili uwagę, że w Gorzowie jest wielu Chińczyków, choćby pracujących w TPV i jak zaoferujemy im najlepszą kuchnię, to szybko staną się naszymi klientami, choć nie stosujemy glutaminianu sodu. Dzisiaj karmimy chyba już wszystkich gorzowskich Chińczyków. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie postawić na wietnamską kuchnię. Kiedyś byłem w Wietnamie i bardzo mi smakowało tamtejsze jedzenie.

- A nasi mieszkańcy też chętnie smakują w oferowanej przez pana kuchni?

- Tak, oczywiście. Jesteśmy na rynku od ponad trzech lat i nasza oferta przyjęła się bardzo dobrze. Na tyle, że niedawno nasza spółka otworzyła drugi lokal, również na Chrobrego, tym razem z kuchnią regionów Italii - bez zamienników. Ale to chyba bardziej pasja i zamiłowanie do Włoch i tamtejszej kuchni pchnęła mnie do tego ruchu. Przy tej kuchni zdążyłem poznać wielu gorzowian, których mógłbym nazwać ,,italomaniakami’’. Nasi mieszkańcy naprawdę mają dużą sympatię do różnych regionów Włoch.

- Gorzów jest dobrym miastem do prowadzenia drobnej działalności gospodarczej, szczególnie w obszarze gastronomii?

- Podam taki przykład: wrzuciłem na FB sponsorowany link najtańszego dania z makaronu pasty, ale bardzo dobrego. Zapytałem się, czy cena 15 złotych jest przystępna? Pojawił się wpis, że jest zbyt wysoka, ponieważ w domu można takie danie zrobić za pięć złotych. Odpowiedź na pytanie nasuwa się sama. Gorzowianie być może nie są przyzwyczajeni do przesiadywania w lokalach i spożywania w nich posiłków. To widać szczególnie wieczorami w centrum miasta w dzień powszedni, bo dni wolne rządzą się swoimi prawami. O godzinie dziewiątej wieczorem można rozpalić ognisko na głównym skrzyżowaniu i mało kto zauważy ten pożar.

- Dlaczego nie lubimy chodzić do lokali?

-  Wynika to z wypracowanych przez dziesiątki lat nawyków żywieniowych. Tu nawet nie chodzi o to, że w lokalu zapłacimy troszkę drożej niż koszt produkcji posiłku. Widać to po zamówieniach telefoniczno-internetowych. Ludzie chętnie kupują, ale z dowózką do domów i tam w ciszy wolą zjeść. Może to wynika z braku czasu. U nas ta forma sprzedaży zbliża się do połowy wszystkich zamówień. Osobiście nie jestem tego zwolennikiem. Może dlatego, że podobają mi się azjatyckie czy włoskie klimaty, gdzie ludzie mają manierę przebywania między sobą w restauracjach, pubach czy innych lokalach. Wydaje mi się, że lokale mają swój klimat i jak już zamawiać jedzenie, to do stolika, a nie na wynos.

- Często słyszę, jak władze miasta czy radni mówią o potrzebie pomocy lokalnym przedsiębiorcom. Idą za tym konkretne działania?

- Moim zdaniem tak. Zgłosiłem miastu chęć otwarcia drugiego lokalu gastronomicznego i przyznaję, że płacę czynsz na poziomie, który pozwala mi prowadzić działalność. Polityka miasta w tym zakresie mocno zmieniła się na korzyść. Odróżnia się przede wszystkim części użytkowe lokali od piwniczych i przyjęto właściwą proporcję stawek czynszu. Wiem, że nie wszyscy korzystają z tego, ponieważ licytowali lokale w czasach, kiedy stawki były wyższe. Mogą jednak zrezygnować i przystąpić ponownie do przetargu na nowych zasadach. 

- Zapewne boją się, że mogą nie trafić z powrotem do tego samego lokalu?

- Rzeczywiście, w tej sytuacji istnieje takie ryzyko. Kłopot wziął się z tego, że wyższe stawki były w czasach wysokiej prosperity gospodarczej w centrum miasta. Dzisiaj mamy widoczny kryzys, ale moim zdaniem problem nie tkwi w obniżaniu stawek. Bo jeżeli miasto obniży mi o trzysta czy pięćset złotych czynsz, to czy z tego powodu przybędzie mi klientów?

- Obniży pan ceny za produkty i pojawi się szansa zwiększenia obrotów.

- Tak to nie działa. Wolę, żeby w mieście były równe chodniki, ładna zieleń, miejsca miastotwórcze i wtedy ludzie odważniej wyjdą na ulice, a im ich więcej przejdzie obok mojego lokalu, tym więcej może do niego zajrzeć i coś zjeść. Mieszkańców trzeba zachęcić do wychodzenia z domów. Oczywiście, jak ktoś mi obniży czynsz nie pogniewam się, ale tu chodzi o coś zupełnie innego. Przywrócenie określonych miejsc do życia.

- Pańskie restauracje znajdują się na deptaku przy ul. Chrobrego. Od kilku lat obserwuje pan życie tej ulicy. Jakie wnioski?

- Wniosek pierwszy i najważniejszy, wybieram równe chodniki na tej ulicy aniżeli obniżkę czynszu co miesiąc nawet o pięćset złotych. Zwłaszcza, że zrobione chodniki przy samym Kwadracie zostały wykonane rewelacyjnie. Zrezygnowano z kostki polbrukowej, postawiono na płyty granitowe i w tym miejscu mamy chodniki równe jak stół. Cała jednak ulica to jednak obraz nędzy i rozpaczy. W tej chwili na Chrobrego nie można dojrzeć pań chodzących w szpilkach i panów w garniturach. A to są potencjalni klienci dla wszystkich podmiotów działających przy naszej ulicy. Pamiętam,  jak niedawno projektantka odzieży Natalia Ślizowska zorganizowała pokaz w lokalu Studio naprzeciw swojej pracowni i pojawiło się bardzo dużo ludzi. Panie były ubrane w pięknych sukniach, panowie w eleganckich garniturach. Czy może tak być na co dzień? Może, ale muszą być ku temu stworzone warunki.

- Co poza remontem chodników należałoby zrobić, żeby Chrobrego odzyskała blask i zainteresowanie mieszkańców?

- Zacznę od przypomnienia opowieści przedsiębiorców prowadzących tutaj działalność od zawsze, którą zasłyszałem. Kiedy ulica zaczęła zmniejszać swoją rangę? Było to w momencie wycięcia 80 klonów i każdy, kto tutaj bardzo długo prowadzi działalność lub mieszka potwierdzi tę opinię. Oczywiście nie była to jedyna i główna przyczyna. W ostatnich latach życie wielu z nas przeniosło się do galerii, ale jak wszystko ma swój cykl życia, także zainteresowanie tą formułą kiedyś się skończy. I ludzie chętnie powrócą do dawnych miejsc, lecz trzeba pracować, żeby ich do tego zachęcić. Od wycięcia klonów minęło 15 lat i nic nie zrobiono, żeby rozpocząć odbudowę drzewostanu, a powinno się w tym kierunku pójść. Czas więc jak najszybciej przywrócić zieleń. Ponadto należy odchodzić od wynajmowania lokali na tej ulicy bankom, lumpeksom czy aptekom. Tutaj warto rozwijać działalność miastotwórczą, a nie zawsze jest ona komercyjna.

- Czy usunięcie barierek było dobrą decyzją?

- Oczywiście, spowolnienie ruchu tramwajów i wyrzucenie barierek pozwoliło przechodniom na łatwiejsze przemieszczanie się po ulicy. Wcześniej mieli oni wyznaczone tylko przejścia i często nie chciało im się już wracać do sklepu czy lokalu. Obecnie tramwaje nie jeżdżą, ale w okresie kiedy jeszcze jeździły istniały obawy, że będzie dochodziło do wielu wypadków. Nic takiego nie miało miejsca. Wystarczy zachować minimum bezpieczeństwa. W wielu europejskich miastach główne arterie tak właśnie funkcjonują. Po torach tramwajowych chodzi tysiące ludzi, za ich plecami jeżdżą tramwaje i nikomu nie dzieje się krzywda.

- Co jest zatem największym atutem Chrobrego?

- Tradycja i prezentowana różnorodność handlowa. W Gorzowie nie ma tak bogatej pod względem gastronomicznym ulicy jak Chrobrego, wliczając również najbliższe okolice. Znajduje się tu sporo lokali oferujących różne kuchnie, niedługo ma być też romska. Do tego mamy kultową Śnieżkę. Są także miejsca oferujące usługi, prowadzące sprzedaż ubrań, ale nie jakieś sieciówki. To także jest na plus. Ulica Chrobrego, na odcinku od Mieszka I-go do dawnego kina Słońca jest niewielka, ale może razem z odnowionym Kwadratem i z przyległymi uliczkami stać się na nowo sercem miasta.

- Podoba się panu nowy Kwadrat?

- Pewnie się narażę kilku osobom, ale stanowczo odpowiem, że tak. Jest to miejsce, które zmieniło się nie do poznania. Słyszę, że może zbyt dużo wycięto drzew, ale moim zdaniem więcej tam było samosiejek niż wartościowego drzewostanu. Zgodzę się natomiast, że mamy zaburzoną proporcja zieleni do betonu, choć wstrzymałbym się z dogłębną opinią do wiosny. To wówczas zobaczymy, jak ta zieleń będzie prezentowała się w całej okazałości. Na pewno zmieniłbym natomiast lokalizację pomnika. Jego miejsce jest na cmentarzu wojskowym, nie zaś w centralnym miejscu Kwadratu. Zrobiłbym ponadto większe wysepki usypane ziemią wokół drzew. Po cichu myślę, że miasto powinno jak najszybciej odnowić kamienice otaczające plac. Tylko nie styropianem, a bardziej odtworzeniowo. To ostatnia taka historyczna tkanka w Gorzowie.

- Czy nowy Kwadrat może przywrócić atrakcyjność Chrobrego?

- Jest to wartość dodana dla ulicy. Kiedyś Kwadrat kojarzył się tym, że łatwo można było dostać tutaj w zęby i piknikami do „upadłego” części społeczeństwa. Jestem przekonany, że teraz ludzie bardziej chętnie będą przychodzić i wypoczywać na Kwadracie, a poprzedni bywalcy tego miejsca już raczej tu nie powrócą, bo nie będą chcieli być widoczni jak na dłoni podczas ,,spożywania’’. Choć sam nie mam nic przeciwko degustacji alkoholu w  plenerze. Oczywiście w granicach rozsądku. Liczę też na młodzież, że zacznie odwiedzać to miejsce. To spowoduje podniesienie jakości i atrakcyjności całej okolicy.

- Jak podoba się panu pomysł z deptakiem na ul. Sikorskiego?

- Nie mam wizji tego miejsca, nie wiem, co tam ma być. Myślałem, że po remoncie Kwadratu, magistrat będzie chciał jak najszybciej połączyć się z centrum, właśnie poprzez kompleksowy remont Chrobrego. Dzisiaj już wiadomo, że tak nie będzie. Jestem tym rozczarowany. Przecinanie z kolei ulicy Sikorskiego po to, żeby tworzyć kawałek drogi do chodzenia nie jest jednak dobrym pomysłem. A i ta ulica nie jest naturalnym miejscem budowy deptaku. Szkoda na to pieniędzy.

- Dziękuję za rozmowę.