W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Albiny, Sebastiana, Zdzisławy , 16 grudnia 2018

Najwięcej można było załatwić przy wystawnych kolacjach

2018-03-07

Z Janem Horoszkiewiczem, właścicielem firmy Izobud-Rem oraz prezesem klubu AZS AWF Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21128.jpg

- Kiedyś powiedział pan, że w biznesie liczy się odwaga. Jeżeli podtrzymuje pan to stwierdzenie, to proszę wyjaśnić na czym ono polega?

- Powiedzenie to odnosiło się do czasów transformacji gospodarczej, bo wtedy wszyscy mieli jednakowe pieniądze w kieszeniach. Jeżeli występowały różnice, to były one naprawdę niewielkie. I chcąc wystartować na ,,swoim’’, trzeba było naprawdę być bardzo odważnym. Nikt w tym czasie nikogo nie uczył gospodarki rynkowej, inflacja szalała, wzięcie kredytu wiązało się z ryzykiem natychmiastowego bankructwa. Stawiano często na jedną kartę wszystko co miano. Jednym się udawało lepiej lub gorzej, jeszcze inni szybko zachłysnęli się pierwszymi sukcesami i zaraz potem bankrutowali. Inni trwali i trwają do dzisiaj.

- Zanim założył pan własną firmę przez wiele lat pracował jako zaopatrzeniowiec. To już dawne dzieje, ale kiedyś chyba trudniej było cokolwiek kupić niż dzisiaj sprzedać?

- Zgadza się. Byłem zaopatrzeniowcem w PGR-e w Wawrowie. Mieliśmy w tym czasie w kraju tak zwane rozdzielniki i według nich dzielono towar, którego i tak w praktyce nie było. Szczególnie jeżeli chodzi o materiały budowlane, bo w latach 70. krajowy sektor budowlany prężnie działał, Polska była budowie, to oszczędzano materiały na nas. My zaś mieliśmy różne plany do zrealizowania i jakoś musieliśmy temu podołać. Jeździło się po cementowniach i kombinowało się, jakby tu wagon czy dwa przemycić do własnej firmy.

- Chyba łatwiej mieli zaopatrzeniowcy z przedsiębiorstw produkujących deficytowe towary?

- No tak. Stilon przykładowo mógł zaoferować żyłki wędkarskie lub taśmy magnetofonowe. Zakłady motoryzacyjne przywoziły opony, włókiennicze jakieś tam materiały krawieckie. A my co mogliśmy zaoferować?

- Co?

- Jajka. Robiliśmy tak, że pracownicy skupowali je w bardzo niskich cenach, bo mieli takie prawo, potem nasz dział je od nich kupował i już mieliśmy coś, co mogliśmy wystawić na rynek. Mieliśmy także nawozy i w razie potrzeby woziliśmy je na odpowiednie działki. Ale najważniejsze to trzeba było mieć mocną głowę.

- Co, jak ?

- Przecież żadną tajemnicą nie jest, że najwięcej można było załatwić przy wystawnych kolacjach.

- Na ile zdobyte wtedy doświadczenie procentowało przy uruchamianiu własnej firmy?

- Nie było praktycznie problemów z nawiązywaniem kontaktów. Żadne studia by mi w tym okresie nie dały tyle, ile dała mi praca zaopatrzeniowca. Rozmawiało się na ogół z dyrektorami, jeszcze państwowych przedsiębiorstw. Wystarczyła jedna kolacja, potem jakiś jeszcze obiad i sprawy załatwiało się szybko. Najważniejsze jednak było potem wykazać się profesjonalizmem zawodowym, bo to tak naprawdę decydowało o pozycji rynkowej danej firmy.

- Czym się zajmowała pierwsza z założonych przez pana firm, czyli Izobud?

- Założyłem ją razem z dwoma kolegami. Zajmowaliśmy się kompleksowymi usługami inwestycyjno-remontowymi w zakresie robót mechanicznych w obszarze energetyki. Byliśmy jedyną w tym czasie w Polsce firmą zajmującą się kompleksowymi usługami. Wcześniej, jeżeli jakaś elektrociepłownia chciała przeprowadzić szerszy remont, musiała zwrócić się o taką pomoc do kilku zakładów. My gwarantowaliśmy wykonanie prac w wymiarze kompleksowym. Kiedyś dyrektor łódzkiej Elektrociepłowni był w szoku, kiedy zobaczył, jaki zakres prac wykonaliśmy na jego zlecenie. Stwierdził, że przez 45 lat nie widział tak profesjonalnie działającej firmy.

- Dlaczego po kilku latach działalności zrezygnował pan ze swoich udziałów w dobrze prosperującej przedsiębiorstwie i wolał działać jedynie rodzinnie?

- Jak wspomniałem, było nas trzech wspólników i z jednym miałem różnicę zdań co do kierunku prowadzenia działalności. Ponieważ nigdy nie szukam konfliktów uznałem, że lepiej będzie jak każdy z nas pójdzie własną drogą. Dlatego założyłem firmę Izobud-Rem. Podzieliliśmy rynek, zacząłem praktycznie od początku, gdyż zaczynałem od 15 pracowników. Potem rozwinąłem się, zatrudnienie zwiększyłem dziesięciokrotnie. W różnych okresach czasów pracowaliśmy nie tylko na europejskich rynkach, ale i światowych. Zawsze idziemy w stronę, w którą rynek nas kieruje. Dodam, że tej pierwszej firmy już nie ma, ale z jednym ze wspólników, z którym zaczynałem, cały czas prowadzę stację paliw w Gorzowie.

- Dzisiejszy rynek wydaje się być we wszystkich sferach nasycony. Poza odwagą, jakimi cechami trzeba się charakteryzować, żeby ruszyć z własną działalnością i dać sobie radę na rynku?

- Dzisiaj mamy zupełnie inne czasy. My uczyliśmy się na żywym organizmie, dzisiejsza młodzież uczy się na naszych doświadczeniach. Do tego jest świetnie wykształcona, szczególnie dotyczy to tych kończących kierunki inżynierskie. Myślę jednak, że na sukces gospodarczy są skazani ci co mają to ,,coś’’. Na 30 zdolnych inżynierów tylko pojedyncze osoby odniosą sukces, podejmując się pracy na własny rachunek. Są to najczęściej ludzie ukierunkowani osobowościowo na prowadzenie zakładu. Resztą trafia do korporacji, ale i z czasem niektórzy podejmują próby, po nabraniu odpowiedniego doświadczenia. Na przejście na ,,swoje’’ zawsze jest czas. Najważniejsze, żeby być odpowiednio zmotywowanym, ale przede wszystkim przygotowanym. Bo rynek jest naprawdę trudny i nie zawsze wszystko zależy tylko od nas.

- Co jest najtrudniejsze w takiej działalności?

- Choćby załoga. Dzisiaj przykładowo mamy bardzo trudny czas, brakuje na rynku dobrych specjalistów. Musimy podpierać się zagranicznymi pracownikami, głównie Ukraińcami. Sam to zresztą czynię. I muszę przyznać, że nie narzekam, bo mam naprawdę dobrych i ambitnych pracowników spod Doniecka. Powiem więcej, niedobór dobrze wykształconych pracowników będzie czekał nas przez następnych wiele lat. Jest to powiązane z błędami z przeszłości. Dokładnie z likwidacją z dużej części szkolenia zawodowego. Proszę sobie wyobrazić, że nie można dzisiaj znaleźć na rynku hydraulików, bo kiedyś zrezygnowano z kształcenia w tym kierunku. I trzeba sięgać teraz po Ukraińców, a Polacy siedzący na bezrobociu mają pretensje, że nikt ich nie chce zatrudniać. Jak można, skoro nie mają zielonego pojęcia, na czym polega instalatorstwo. Obojętnie jakiego zawodu, ale trzeba się go najpierw nauczyć. Nie rozumiem, komu przeszkadzały szkoły zawodowe?

- Wiem, że niektóre kierunki zawodowe są likwidowane, bo brakuje chętnych. Może problem tkwi w braku promocji wielu zawodów?

- W tej chwili na szczęście wszystko zmienia się na korzyść, ale potrzeba trochę czasu na wyszkolenie nowych kadr. A promocja zawsze jest potrzebna, bo młodzi ludzie powinni wiedzieć, jakie kierunki kształcenia mogą przynieść im zaraz po szkole pewność zatrudnienia, i to na dobrych warunkach.

- W ubiegłym roku minęło 20 lat, jak jest pan prezesem jednego z najważniejszych gorzowskich klubów sportowych - AZS AWF. Mało kto jednak wie, że swoją przygodę działacza rozpoczął pan w wieku 16 lat. Jak to było z tym LZS Płomień?

- Mieszkałem wówczas bardzo blisko boiska piłkarskiego przy obecnej ulicy Strażackiej. To były Siedlice, nie znajdujące się jeszcze w obszarze administracyjnym Gorzowa. Grałem w LZS Płomień. Występowaliśmy w klasie B. Trenowaliśmy ponadto piłkę ręczną, ale ją traktowaliśmy jako dodatkowe zajęcie. Pewnego dnia znacznie starsi koledzy zaproponowali mi, żeby zarządzał klubem. Uznali, że choć jestem jeszcze małolat, to mam ku temu predyspozycje. I tak zostałem prezesem. Swoją drogą dodam, że nazwę klubu przyjęliśmy na cześć współpracy ze… strażą pożarną.

- Czym w tamtych latach zajmował się prezes?

- To były specyficzne lata. Przede wszystkim miałem w domu magazyn, w którym trzymałem cały sprzęt sportowy. Na moją głowę spadło pranie koszulek i spodenek, przygotowywanie boiska do treningów i meczów. Do tego dochodziły różne sprawy biurokratyczne. I tak przez trzy lata, bo potem poszedłem do wojska, dokładnie do orkiestry garnizonowej. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w praktyce nauczyłem się zarządzać, co potem bardzo przydało mi się w życiu.

- Powróćmy do dzisiejszych czasów. Od ponad 20 lat bezinteresownie zarządza pan jednym z największych gorzowskich klubów. Co pana trzyma w AZS AWF?

- Świetne środowisko. Znakomici ludzie, z dyrektorem Markiem Zacharą na czele. Wspaniali trenerzy, oddana młodzież. Jestem tak długo, bo… pozwalam innym pracować. Zawsze wychodzę z założenia, że dobry szef jest od tego, żeby nie przeszkadzać innym w pracy. Oczywiście, nie zawsze wszystko układa się idealnie. Czasami dochodzi do różnicy zdań, ale w takich chwilach liczy się mądrość i właściwy wybór w interesie organizacji, a nie prezesa czy kogoś innego.

- Zgoda, ale bez akceptacji tego środowiska trudno byłoby tak długo wytrwać na fotelu prezesa?

- W moim przypadku sytuacja jest o tyle komfortowa, że ja nie muszę być prezesem. Czynię to charytatywnie i póki akademickie środowisko będzie mnie akceptowało, póty będę pomagał. Ta praca nie jest w moim przypadku uciążliwa, ale jak tylko usłyszę, że nadchodzi czas zmian, pierwszy się odsunę.

- Lista sukcesów klubu jest imponująca. Wspomnę choćby o trzech złotych i dwóch brązowych medalach olimpijskich wywalczonych przez wioślarzy Tomasza Kucharskiego i Michała Jelińskiego oraz kajakarkę Karolinę Naję. Co czuje prezes klubu, kiedy jego zawodnicy stają na olimpijskim podium?

- Dumę, radość, ale  i… rozczarowanie. Dumę z sukcesu. Rozczarowanie zaś z tego, że te wyniki nie mają potem przełożenia na popularność dyscyplin czy samego klubu. Trzeba obiektywnie powiedzieć, że przynajmniej w Gorzowie nic i nikt nie przebije dyscyplin zespołowych, szczególnie żużla, piłki ręcznej, koszykówki, piłki czy wcześniej siatkówki. Wioślarstwo, kajakarstwo czy lekkoatletyka zawsze pozostawały i pozostają w cieniu. To nie wszystko, bo mamy jeszcze judo, sumo oraz akrobatykę sportową. Wracając do tych zdobyczy medalowych, to nawet poznański AZS AWF nie może poszczycić się tak bogatą listą jak my.

- W czym tkwi źródło sukcesów sportowych?

- Chyba w tym, że nie mamy – mówiąc tak kolokwialnie – parcia na szkło. Nie zabiegamy o wielką popularność, nie ekscytujemy się drobnymi niepowodzeniami, cieszymy się za to nawet z najdrobniejszych sukcesów. Stworzyliśmy rodzinną atmosferę, co jest naprawdę dużą wartością klubu. Największym źródłem sukcesów jest przede wszystkim wkładana praca treningowa na bardzo wysokim poziomie. I to na każdym szczeblu, poczynając od dzieci, kończąc na tych naszych medalistach olimpijskich czy mistrzostw świata oraz Europy. Do tego, muszę to podkreślił, świetnie układa nam się współpraca z uczelnią. Możemy korzystać z ich obiektów, na terenie ZWKF mamy biuro klubu, co jest dla nas dużym odciążeniem. Zawsze dobrze układała nam się współpraca z władzami miejskimi, mamy wielu przyjaciół. Wspomnę tutaj choćby o Grażynie Wojciechowskiej czy Janie Kaczanowskim. Na tych dwoje ludzi od lat zawsze możemy liczyć.

- Ile w tej chwili dzieci i młodzieży trenuje w AZS AWF Gorzów?

- Około 360. Mamy dwie klasy sportowe w Zespole Szkół Sportowych. Jedną lekkoatletyczną, drugą wioślarską. 

- Gorzów słynie z dobrego sportu, ale słynie także z ciągłych dyskusji na temat jego zarządzania. Pana głosu raczej trudno usłyszeć. Dlaczego?

- Bo nikt się do mnie nie zwraca, a nie będę się wychylał. Jeżeli chodzi o propozycje składane w ramach stowarzyszeń sportowych to naszymi przedstawicielami, którzy są w tej materii bardzo aktywni są Marek Zachara i Piotr Basta.

- W 2022 roku klub czeka jubileusz 50-lecia działalności. W jakiej roli będzie pan obchodził to święto?

- Ciekawe pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Najważniejsze, żebym był w dobrym zdrowiu i w jeszcze lepszej kondycji. A wtedy na pewno będę na obchodach jako członek wspierający klub, bo czynię to od lat. Natomiast za dwa lata dowiemy się, czy zostanie mi przedłużony mandat prezesa czy przyjdzie czas na zmiany. Bez względu na to, jak to wszystko się potoczy już teraz wiem, że jubileusz będziemy obchodzili w dobrym klimacie.

- Dziękuję za rozmowę.