W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Celiny, Ireneusza, Niny , 15 grudnia 2018

Lepiej pobiegać co drugi dzień krótsze dystanse

2018-03-21

Z Robertem Surowcem, wiceprezesem gorzowskiego szpitala oraz wiceprzewodniczącym rady miasta rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21265.jpg

- Czy prace związane z budową Oddziału Ośrodka Radioterapii przebiegają zgodnie z planem?

- Z dumą mogę to potwierdzić. To efekt ciężkiej pracy wszystkich osób związanych z tą inwestycją. Jest ona na bieżąco monitorowana przez zarząd szpitala, z prezesem Jerzym Ostrouchem na czele. Wykonawca czuje nasz oddech na plecach i widzi, że każde spowolnienie jest przez nas wyłapywane i stara się sprostać naszym oczekiwaniom. Każdego dnia zaglądam na budowę i cieszę się, że wkrótce będziemy mieli stan surowy zamknięty.

- Kiedy budynek powinien być całkowicie ukończony i kiedy Oddział rozpocznie działalność?

- Budowa potrwa – zgodnie z planem - do końca lipca. Właśnie kończymy przygotowanie przetargu na zakup akceleratorów oraz na wyposażenie całego obiektu. Liczymy, że działalność rozpoczniemy na przełomie roku. Będzie to zależało od terminowych dostaw oraz odbiorów specjalistycznych urządzeń. Czeka nas kilka skomplikowanych procedur, ale jestem przekonany, że poradzimy sobie z tym.

- Na szpitalne inwestycje w tym roku zostanie przeznaczonych 83 miliony złotych. Co jeszcze jest najważniejsze do zrealizowania?

- Tak duże inwestycje w gorzowski szpital nie byłyby możliwe bez dobrej współpracy z zarządem województwa lubuskiego, z marszałek Elżbietą Polak na czele. Nie do przecenienia jest wparcie lubuskich parlamentarzystów. Na pomoc Waldemara Sługockiego, Krystyny Sibińskiej, Władysława Komarnickiego, ale także pozostałych polityków zawsze możemy liczyć. Listę inwestycji otwiera - Szpitalny Oddział Ratunkowy. Nasi pacjenci już niedługo odczują poprawę warunków. Realizujemy dwa projekty za 10 milionów złotych. Powstaną nowe gabinety, będzie więcej miejsc w poczekalni, a przede wszystkim oddział będzie jeszcze lepiej wyposażony, gdyż mocno inwestujemy w sprzęt. Część już została zakupiona.

- Czy modernizacja SOR-u, w połączeniu z działającym od półtora roku systemem triage, wyniesie ten oddział na najwyższy poziom?

- Do tego dążymy. Zdajemy sobie sprawę, że SOR jest specyficznym miejscem w każdej placówce szpitalnej. Tu zawsze jest sporo emocji. Nie dziwię się temu, bo każdy z nas, jak tylko poczuje gdzieś jakiś ból, jest zdania, że powinien być natychmiast zdiagnozowany i hospitalizowany. System triage nie jest w tej sytuacji zawsze przyjazny, bo wielu pacjentom nakazuje czekać w kolejce, wybierając w pierwszej kolejności tych, których życie lub zdrowie jest najbardziej zagrożone. To są trudne decyzje, szczególnie dla pacjentów, stąd chcemy usprawnić do maksimum ich przyjmowanie, ale także stworzyć im wygodniejsze warunki oczekiwania.

- Co zmieniło w działaniu gorzowskiego szpitala porozumienie zawarte między ministrem zdrowia a rezydentami?

- W naszym przypadku praktycznie nic. Sytuacja personalna jak była trudna, tak jest i teraz, ponieważ na rynku brakuje lekarzy. W dłuższej perspektywie czasu to porozumienie może nawet utrudnić nam pracę. Bardziej zaawansowani rezydenci będą bowiem otrzymywać wyższe płace i w skrajnych sytuacjach może dojść do sytuacji, że będą więcej zarabiać niż niektórzy lekarze. To z kolei wymusi podwyżki dla lekarzy i w sumie dużo wyższe koszty dla działania szpitali. Nie tylko naszego.

- To jakie jest najlepsze rozwiązanie, żeby zadowolić wszystkich?

- Muszą zacząć wpływać dodatkowe pieniądze do systemu zdrowia, bo inaczej grozić nam będzie kolejna fala zadłużania jednostek leczniczych. Co to oznacza, choćby w przypadku gorzowskiego szpitala, wszyscy doskonale pamiętamy.

- To jak to było z tą apteką całodobową? Zlikwidował pan ją, a jeśli nie, to dlaczego Gorzów został pozbawiony miejsca, gdzie przez całą dobę można zakupić lekarstwa?

- Jak mógłbym zlikwidować całodobową aptekę, skoro takiej nigdy, powtórzę – nigdy, w naszym szpitalu nie było? Nieporozumienie wzięło się chyba z błędnej wypowiedzi prezydenta Jacka Wójcickiego w jednej z audycji radiowych. Powiem więcej, szpital nigdy nie wypowiedział żadnej umowy na prowadzenie apteki na naszym terenie. Po prostu skończył się dziesięcioletni okres wynajmu naszych pomieszczeń. Właściciela odpowiednio wcześniej poinformowaliśmy, że nie przedłużymy umowy.

- Może nie należało tego jednak czynić w społecznym interesie?

- Od października w szpitalu mamy nocną i świąteczną pomoc medyczną. Przyjeżdżają ludzi, których stan zdrowia nie pozwala na czekanie do rana na wizytę u lekarza rodzinnego. I ci ludzie nie mogli zaraz po wyjściu z gabinetu kupić leków. W nocy, w weekendy, w święta, apteka była zamknięta. A gdy jej właściciel zamknął i placówkę przy Łużyckiej - jedyną w mieście aptekę całodobową, to właśnie kierując się interesem społecznym uznaliśmy, że sami musimy otworzyć aptekę 24-godzinną. Wybraliśmy miejsce, rozstrzygnęliśmy przetarg, podpisaliśmy umowę i czekamy na decyzję ministra zdrowia. Znamy prawo farmaceutyczne; wiemy że w Gorzowie jest więcej aptek niż pozwalają na to przepisy, ale minister zdrowia może wyrazić zgodę na otwarcie kolejnej „ze względu na ważny interes pacjentów i konieczność zapewnienia im dostępu do leków”. Bez wątpienia, te warunki spełnia nasza apteka - będzie jako jedyna w Gorzowie i okolicy otwarta całą dobę.

- Skoro rozmawiamy o sprawach zdrowotnych, to co pan poradzi ludziom, którzy z okazji zbliżającej się wiosny postanowili, że zaczną biegać dla zdrowia. Jakie są najważniejsze rady dla początkujących amatorów? Pytam tak, gdyż wiem, że pan biega i to sporo.

- W pierwszej kolejności nie przesadzać z intensywnością. Do sprawy trzeba podejść racjonalnie; jak ktoś nie biegał przez lata, niech nie próbuje na drugim treningu przebiec dziesięciu kilometrów. Być może to mu się uda, ale konsekwencje zdrowotne tego będą dramatyczne. Zaczynamy od spacerów, potem szybkie marsze, marszobiegi i dopiero przechodzimy na trucht, a dalej już bieg. I pamiętajmy, będąc nawet fizycznie dobrze przygotowanym, dzięki uprawianiu innych sportów, że bieganie jest czymś specyficznym. Pamiętam, że kiedyś grałem w piłkę, tenisa, ale gdy po jakieś przerwie postanowiłem pobiegać, to po 300 metrach myślałem, że wypluję płuca. Zachowajmy spokój, rozsądek, a w którymś momencie organizm sam będzie domagał się wyjścia na dwór i biegania. Pamiętajmy również o systematyczności. Tu nie chodzi o to, żeby raz pobiec kilkanaście kilometrów, a potem przez tydzień leżeć brzuchem do góry. Lepiej pobiegać co drugi dzień krótsze dystanse.

- Jak mocno zmieniły, zrewoluconizowały panu życie portale społecznościowe?

- Rzeczywiście, można mówić tutaj o rewolucji. Stosunkowo długo broniłem się przed ,,wejściem’’ w wirtualny świat, uważałem że bez tego można żyć. Któregoś dnia zdecydowałem się jednak założyć konto na Facebooku. Byłem nieufny, ale dzisiaj widzę, że był to dobry krok.

- Pytanie nie było przypadkowe, ponieważ jest pan bardzo aktywnym uczestnikiem życia internetowego. Czy taka codzienna wymiana poglądów z mieszkańcami Gorzowa wiele wnosi do pańskiej działalności zawodowej i politycznej?

- Tak, bardzo dużo. Człowiek zwykle obraca się w swoim świecie znajomych, przyjaciół i przede wszystkim rodziny. I często w tym kokonie się zamyka. W internecie ten świat mocno się poszerza. Mój profil jest obserwowany przez kilka tysięcy gorzowian, z których część często zabiera głos i inicjuje dyskusje, w których zawsze staram się być autentyczny. Wymieniam się poglądami z ludźmi, których osobiście nie znam, którzy mają inne zdanie, bo uważam, że w takich rozmowach można wypracować ciekawe rozwiązania. Proszę zwrócić uwagę, że wystarczy, iż wrzucę jakiś nowatorski pomysł pod dyskusję i praktycznie po kilku godzinach mam bogaty materiał do analizy. I od razu dodam, że bardzo często koryguję swoje spojrzenie na daną sprawą, właśnie na bazie prowadzonej dyskusji. Szczególnie dużą wartość niosą wiadomości dotyczące funkcjonowania szpitala. Moja otwartość pozwala wielu osobom na wskazywanie pewnych uchybień, niedoskonałości, które notuję i potem staram się z całym zespołem eliminować. Zbieram również pozytywne opinie, co utwierdza, że w danej sprawie idziemy właściwą drogą.

- Przyzna pan, że czasami można też porządnie oberwać. Jak przyjmuje pan słowa krytyczne?

- Trzeba się z nimi pogodzić. Kłopot tkwi w czymś innym. Wiadomo, że w polityce lokalnej są dwie grupy samorządowców, w tym oczywiście radnych. Pierwsza to taka, która nie chce się za bardzo wychylać, żeby nie dostawać po łbie. I okej, taki wybrali styl pracy, ich sprawa. Ja mam inny. Może dlatego, że mam w sobie dużo energii i próbuję zmieniać ten swój kawałek świata. I takie ataki, czasami bardzo ostre, to wszystko wliczam „w koszty” samorządowej pracy. Mówi się: „jak nająłeś się na psa, to szczekaj”. Oczywiście jestem człowiekiem i kiedy spada na mnie szczególnie nieuzasadniona krytyka, to bywa mi przykro. Przyjmuję jednak ją z pokorą, nawet jak jest wysyłana anonimowo. Przyjmuję również to, że ktoś mi ,,dowali’’ tylko dlatego, że jestem politykiem. Reaguję tylko wtedy, kiedy są przekraczane rozsądne granice, dyskusja przybiera formy agresywne i niekulturalne. Także wobec innych gości. Jeżeli odbywa się to na moim profilu to bywa, że wprowadzam blokadę dla konkretnych osób. Występuje to w skrajnych przypadkach, ale już byłem do tego zmuszony.

- Okazją do takich dyskusji są także imprezy sportowe. Oglądając przykładowo piłkę czy skoki na bieżąco można wymieniać się opiniami.

- To jest duży plus, bo czasami ma się wrażenie, że mecz nie jest ciekawy i na gorąco można skonfrontować te opinie z innymi kibicami. Podobnie jak na gorąco można komentować decyzje sędziów, zachowanie trenerów czy poszczególnych zawodników.

- Nie obawia się pan, że przez takie życie w internecie w niedługim czasie całkowicie zaniknie bezpośredni kontakt pomiędzy ludźmi?

- Świat się zmienia. Długofalowo istnieje zagrożenie, że bezpośrednich kontaktów będzie mniej, co widać po zachowaniach młodego pokolenia. Ono nie potrafi już żyć bez telefonów komórkowych w ręku. My tego świata nie zmienimy. Ja staram się zachować jednak ten bezpośredni kontakt, stąd jako radny wprowadziłem dyżury przy kawie. I powiem panu, że trafiłem z tym pomysłem. Spotykam się z fantastycznymi ludźmi, z którymi rozmowy są bardzo przyjemne i wiele wnoszą w moją późniejszą aktywność społeczną.

- Powoli wchodzimy w okresie dokonywania pierwszych ocen mijającej kadencji samorządowej. Zapytam pana jako lidera klubu PO, jak ocenia pan aktywność radnych ze swojego klubu?

- Staram się nie oceniać innych, ponieważ jestem człowiekiem, który w pierwszej kolejności stawia wysokie wymagania przed sobą. I mam wiele zastrzeżeń. Uważam, że powinienem być jeszcze bardziej aktywny. Podobną opinię mógłbym oczywiście wyrazić wobec całego naszego klubu. Przy czym na tle innych działających w radzie, w mojej ocenie, należymy do tych bardziej widocznych, prezentujących sporo ciekawych pomysłów i rozwiązań. Nie wszystkie przynoszą oczekiwane efekty, jak choćby sprawa bulwersująca mieszkańców i dotycząca zmian nazw ulic, bez wcześniejszych konsultacji z nimi. Tutaj wyraźnie przegraliśmy z polityką.

- Czy eksperyment, żeby wprowadzić do rady obok doświadczonych samorządowców również debiutantów ocenia pan jako udany?

- Tak, choć może tej aktywności tak wyraźnie na zewnątrz nie widać. Nie mniej, zarówno Izabela Piotrowicz, jak i Artur Andruszczak, wręcz kipią pomysłami, są aktywni na spotkaniach klubowych i mają duży wpływ na nasze inicjatywy.

- Największą porażką było zapewne rozbicie klubu, bo z ośmiu radnych pozostało pięciu?

- Tego nie mogliśmy przewidzieć i przygotowując listy wyborcze planowaliśmy, że obok sporej grupy doświadczonych samorządowców wejdzie też młodzież. Ten późniejszy podział nie wynikał z nieporozumień w naszym gronie, lecz bardziej z czynników pozagorzowskich. Swoją drogą nasza współpraca z kolegami z klubu Nowoczesny Gorzów przebiega bez kłopotów.

- A co wymieniłby pan jako największy sukces w mijającej kadencji?

- Bardzo się cieszę, że za naszą sprawą została powołana Gorzowska Rada Seniorów, cieszę się też z ostatniej inicjatywy wprowadzenia biletu Junior dla naszych uczniów. To jest coś, co mieszkańcy pozytywnie odczują, a ja najbardziej liczę na to, że nasza młodzież nauczy się jeździć komunikacją miejską i w niedalekiej przyszłości zmniejszy się ruch samochodów. Zwłaszcza, że inwestujemy setki milionów złotych w nowy transport, który stanie się dla wszystkich przyjazny.

- Kto będzie kandydatem na prezydenta ze strony PO i kogo możemy spodziewać się na listach do rady miasta?

- Na listach do rady miasta znajdą się znane i szanowane osoby. Mamy zgłoszenia od wielu ludzi chcących się zaangażować w lokalną politykę. Są to osoby znane, o sporym już dorobku zawodowym i społecznym. Ze względu na zmianę ordynacji wyborczej listy zostaną odchudzone i zamiast dziesięciu kandydatów w każdym okręgu będzie można wystawić jedynie siedmiu. To nas ogranicza, ale wiem, że nasze listy będą mocne. Jeżeli chodzi o kandydata na prezydenta, decyzję podejmiemy niebawem.

- Czy porozumienie co do wspólnych list PO i Nowoczesnej zostanie zawarte jedynie na poziomie sejmiku wojewódzkiego czy także w wyborach do gorzowskiej rady miasta?

- Rozmawiamy na ten temat, zwłaszcza że – jak wspomniałem – mamy bardzo dobre relacje z Jerzym Synowcem i Jerzym Wierchowiczem. Zastanawiamy się, jaki wariant będzie najlepszy. Jestem przekonany, że porozumienie z Nowoczesną jest możliwie i potrzebne.

- Dziękuję za rozmowę.