W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Fryderyka, Małgorzaty, Seweryny , 20 lipca 2018

Dla klubów i kibiców to wyniki ligowe są priorytetem

2018-04-04

Ze Stanisławem Chomskim, trenerem żużlowców Cash Broker Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21383.jpg

- Który to już pański sezon żużlowy w ekstralidze w roli trenera?

- Szkoleniem zajmuję się od 1981 roku, przy czym w pierwszych latach terminowałem u bardziej doświadczonych trenerów. Samodzielnie pracę ze Stalą Gorzów rozpocząłem w 1987 roku i od razu wywalczyliśmy w lidze brązowy medal. Pracowałem ponadto w Pile, Gdańsku oraz krótko w Toruniu. Kilka sezonów z niektórymi drużynami spędziłem na zapleczu ekstraligi. Jak tak szybko policzyłem, wychodzi mi, że przede mną jest 24 rok jazdy w ekstralidze. Do tego należy doliczyć osiem lat pobytu w pierwszej lidze.

- Co jest najważniejsze w przygotowaniu młodych zawodników do wyjazdu na tor?

- Przygotowanie mentalne. Nie wszyscy może na to zwracają uwagę, ale w pracy z zawodnikami bardzo ważne jest uświadomienie im celu, do jakiego tak naprawdę powinni dążyć. Nie w najbliższych zawodach, nawet nie w najbliższym miesiącu. Cel należy wyznaczyć z dużym wyprzedzeniem i jednocześnie wprowadzić pośrednie etapy. Zachowując przy tym obecny stan własnej wartości oraz umiejętności. Trzeba też potrafić ocenić posiadane zaplecze oraz własne predyspozycje na daną chwilę.

- Czyli wyskakiwanie na początku kariery ze słowami, iż marzy mi się mistrzostwo świata jest działaniem szkodliwym?

- Nie. Nikt nikomu nie zabrania marzyć o mistrzostwie świata. Młodzi powinni nawet stawiać przed sobą ambitne plany. Inaczej lepiej nie zaczynać kariery, bo nie ma nic gorszego, jak skupianie się na małych celach. Ważne, żeby potrafili systematycznością, z pokorą oraz szacunkiem do pracy pokonywać kolejne etapy na drodze do tego wymarzonego punktu.

- Kiedy już młodzi żużlowcy znajdą się na torze, na co trzeba zwrócić uwagę, żeby po pierwszych udanych startach nie uderzyła im popularna woda sodowa?

- To jest pewien problem, zwłaszcza kiedy dany junior wygra jeden, drugi bieg z zawodnikiem ze światowej czołówki. Są to chwile, że wydaje im się, iż osiągnęli już optymalny poziom. Nie biorą pod uwagę przykładowo tego, że akurat trafili w dobry silnik lub w słabszą dyspozycję rywala. Potem przychodzi okres, że adept przegra kilka, kilkanaście biegów z rzędu i zaczyna się narzekanie na… sprzęt. Bywa, że początkujący żużlowcy nie szukają przyczyn w sobie, we własnych błędach, ale wszędzie rozpowiadają, że ich słabsza jazda jest związana ze słabszymi motocyklami.

- Co wtedy?

- W takich chwilach buduje się charakter zawodnika. Dzisiaj o wynikach najczęściej decydują niuanse. I poza oczywiście wyszkoleniem technicznym, smykałką do jazdy ważne jest umiejętne czytanie toru oraz przekazywanie mechanikom uwag dotyczących ustawienia sprzętu w danej chwili. To nie jest przypadek, że zawodnicy topowi nie schodzą poniżej określonego poziomu. Bo nawet, jak mają dołek formy lub kłopoty sprzętowe, zawsze są w stanie doświadczeniem, sprytem wyciągnąć określoną liczbę punktów. Dobry zawodnik umie również na bieżąco analizować wnioski i nawet po wygranych wyścigach reagować na ustawienie sprzętu. Kto tego nie czyni, później jest zaskakiwany. I zdziwiony, że pierwszy bieg wygrał niemal o prostą, a potem przyjeżdża daleko z tyłu. Młodzi zawodnicy na ogół nie interesują się detalami i przez to dużo tracą. Nie rozumieją, że źródłem sukcesu jest umiejętność sprzedania mechanikom i tunerom jak najwięcej wartościowych informacji o sprzęcie.

- W którym momencie poziom napięcia związanego z jazdą na żużlu osiąga najwyższy pułap?

- Takich chwil u każdego jest wiele. Adept wyjeżdżający na tor najczęściej obawia się wypadku. Jak już dobrze opanuje jazdę i zacznie startować w zawodach, to kolejną barierą jest umiejętność radzenie sobie z porażkami. Przegrane mogą być spowodowane różnymi przyczynami. Najtrudniejsze chwile zawodnicy przeżywają jednak po powrocie na tor po ciężkim wypadku. Szczególnie, kiedy te powroty odbywają się zbyt szybko. Jeszcze z niezaleczonymi urazami. W takich chwilach prawie każdy ma gdzieś z tyłu głowy zakodowany ten wypadek. Mowa przede wszystkim o młodych żużlowcach. Oni przed powrotem na tor powinni być fizycznie do tego przygotowani, bo wtedy łatwiej jest popracować nad psychiką. Trudne są ponadto porażki po serii zwycięstw. Zawodnicy często nie wiedzą czemu tak się dzieje i wpadają w spiralę obawy, czy uda im się powrócić na prezentowany już wcześniej wysoki poziom?

- Słabsze wyniki to także rosnąca krytyka otoczenia, która nie sprzyja raczej odbudowie dyspozycji.

- Z tą krytyką mamy coraz większy problem. Wcześniej gdzieś w gazecie napisano jedno zdanie, w radiu dopowiedziano drugie i wszyscy z tym sobie radzili. Dzisiaj mamy internet, z którego wręcz wylewa się hejt. Nie krytyka, bo z nią można sobie poradzić.

- Jak sobie w takich chwilach najlepiej radzić?

- Bardzo ważna jest wspomniana już tu praca mentalna. Trzeba nauczyć się odizolować od wszystkich zewnętrznych źródeł, które mogą mieć jakikolwiek negatywny wpływ na osiągnięcie wyznaczonego celu. Nie jest to proste, bo nie zawsze jest zależne od samego zawodnika. Takim przykładem niech będą telewizyjne wywiady w trakcie meczów. Dziennikarze lubią wracać do przykrych dla zawodników zdarzeń i często pytają o ostatnie wypadki. Dodawanie kolorytu, że żużlowcy są rycerscy, są wręcz gladiatorami świetnie sprzedaje się w mediach, ale z punktu widzenia psychiki zawodnika nawiązywanie do tych zdarzeń na gorąco jest bardzo negatywne.

- Na ile ważna w takich momentach jest pomoc psychologa?

- Jeszcze jak pracowałem w Polonii Piła, Hans Nielsen mówił mi, że korzysta z pomocy psychologa, ponieważ dochodząc do najwyższego w tym czasie poziomu sportowego szukał dodatkowych rezerw w sobie. Nie w sprzęcie, bo miał idealny. Nie w technice jazdy, bo miał świetną. On szukał tych rezerw w głowie, czyli w psychice. Wielu zawodników szuka wsparcia w coachingu, ale tego nie można porównywać do pracy psychologa. To są dwie różne sprawy, co nie oznacza, że żużlowiec ma nie pracować z coachem. Psycholog stara się zdiagnozować procesy zachodzące u konkretnego sportowca. I poprzez różne zajęcia, ćwiczenia dąży do zbudowania u zawodnika silnej psychiki. To jest zaś podstawa do osiągania najwyższego poziomu. Nie wszyscy zawodnicy nadal jednak doceniają rolę psychologów w sporcie, choć znam paru żużlowców, którzy od wielu lat korzystają z pomocy, ale tego nie uzewnętrzniają. Przy czym od razu trzeba zaznaczyć, że można pracować z psychologiem godzinami, dniami, tygodniami i wcale nie ma się gwarancji osiągnięcia sukcesu.

- Przejdźmy do strony sportowej. Jest pan zadowolony ze stopnia zimowego przygotowania drużyny?

- System zimowych przygotowań został wypracowany przez wieloma laty. Potem zostały wprowadzone pewne modyfikacje. Pewne nowości zaproponował też Piotr Paluch, bo nie wolno zapominać o jego istotnej roli w codziennej pracy. Proszę zwrócić uwagę, że w tej chwili pod opieką mamy głównie juniorów oraz adeptów, ponieważ praca w grupie zawsze przynosi więcej korzyści. Podsumowując ten okres powiem, że wszystko zostało zrealizowane zgodnie z planem.

- Dawniej miał pan do dyspozycji cały zespół, poza obcokrajowcami. Obecnie niemal wszyscy seniorzy pracują indywidualnie. Nie wpływa to negatywnie na poziom wytrenowania tych zawodników oraz konsolidację drużyny?

- Co do jakości przygotowania nie mam żadnych powodów do narzekań. To są profesjonaliści i kiedy spotykamy się na obozie widać efekty ich ciężkiej, wielomiesięcznej pracy. Badania wydolnościowe to tylko potwierdzają. Oczywiście, że wspólna praca niesie w sobie wiele pozytywnych cech, w tym budowanie więzi. Mniej pracy należy wtedy wkładać w budowę relacji interpersonalnych. W tej chwili tego czasu jest jednak niewiele, ale każdorazowo staramy się go maksymalnie wykorzystać.

- Przed każdym sezonem zarząd klubu wyznacza drużynie i sztabowi trenerskiemu konkretny cel do zrealizowania. Co tym razem usłyszał pan od prezesa Ireneusza Macieja Zmory?

- Nie jest żadną tajemnicą, iż podstawowym celem jest awans do pierwszej czwórki. Jeżeli już tam się znajdziemy będziemy walczyli o jak najlepszy wynik. Podobnie było w poprzednim sezonie. Bardzo chcieliśmy awansować do wielkiego finału. Wyszło jak wyszło. Był mały finał pocieszenia, co wielu kibiców odebrało jako porażkę. Dla mnie i zawodników to też była bolesna lekcja. W sumie nie można kibicom się dziwić, bo po latach posuchy od kilku sezonów Stal walczy o medale. Po powrocie do elity już zdobyliśmy pięć medali, w tym dwa złote. Tym samym klub sam postawił bardzo wysoko poprzeczkę. To sprawia, że przy wygranej jest wielka radość, ale w razie drobnego potknięcia trzeba zmierzyć się z falą krytyki.

- Przy ośmiozespołowej lidze nie można sobie pozwolić praktycznie na chwilę słabości, bo można nie zdążyć na pociąg z napisem play off. Czy pomimo licznych trudności z ostatnim etapem przygotowania zespołu jest pan spokojny o formę zawodników na progu rozgrywek?

- Można powiedzieć, że problemy dotyczą wszystkich, ale torunianie, z którymi zmierzymy się na inaugurację mają akurat najlepsze warunki torowe. W chwili, kiedy rozmawiamy mamy za sobą sporo jazd treningowych, ale kłopot tkwi w tym, że nie było dotychczas warunków pozwalających na rozpoczęcie dopasowywania sprzętu, który albo jest po remontach albo w ogóle nowy. Najbliższe dni mają być pogodne. Mam nadzieję, że zdążymy z wszystkim do inauguracji ligowej, aczkolwiek musimy być też przygotowani, że do końca nie będziemy pewni swojej dyspozycji.

- Nie czas jednak, żeby odejść od zbyt wczesnego planowania inauguracji ligowej kosztem przerwy lipcowej?

- Niedawno przeczytałem wypowiedź byłego mistrza Polski Zdzisława Dobruckiego, ojca Rafała, obecnego trenera Sparty Wrocław i młodzieżowej reprezentacji Polski. Zaproponował on, żebyśmy z ligą ruszali dopiero na początku maja, może pod koniec kwietnia. Ze względu na kapryśność pogody trudno jest szybko przygotować zespoły do bezpiecznej jazdy. Chodzi również o kibiców. Żużel jest sportem stadionowym, widzowie chcą oglądać mecze w dobrych warunkach pogodowych. Kiedy jest zimno wolą siadać przed telewizorem i wtedy cierpią na tym widowiska oraz klubowe budżety.

- Był pan trenerem reprezentacji Polski, zdobywającej drużynowe mistrzostwo świata w 2005 roku. Czy z powodów komercyjnych nie pośpieszono się z likwidacją tych rozgrywek, stawiając na nikomu nic nie mówiący Speedway of Nations?

- Rzeczywiście, sama nazwa sprowadza te rozgrywki na nikomu nieznany obecnie poziom. Kibice, nie tylko w Polsce, przez dziesiątki lat przyzwyczaili się najpierw do mistrzostw świata, potem pucharu, ale nowa nazwa chyba nie przebije się, bo nic nie mówi. Niestety, światowy żużel zaczyna się cofać. Naprawdę łatwiej jest coś utrzymać nawet w okresie kryzysu, niż niszczyć a potem odbudowywać. To samo obserwujemy w rozgrywkach ligowych, tak samo jest z utrzymaniem klubów. Pamiętam, jak kiedyś mieliśmy czwórmecze młodzieżowe i zespoły liczyły z rezerwowymi po pięciu juniorów. Potem zmniejszono liczbę startujących i efektem tego dzisiaj jest malejąca liczba szkolących ośrodków, a każdy junior zaczyna być na wagę złota.

- Czyli nie wróży pan świetlanej przyszłości tym rozgrywkom?

- Nie chcę czegoś skazywać od razu na porażkę, choć mam krytyczny stosunek do wybranego kierunku. Zobaczymy jak będzie. W Polsce zapewne kibice będą chodzić na te zawody, ale ciekawi mnie, jak będą wyglądały zagraniczne stadiony, kiedy tam trafią te rozgrywki.

- Kto powalczy o indywidualne mistrzostwo świata?

- Chciałbym, że wreszcie był to Polak, bo przecież tyle lat dominujemy, ale ciagle mamy na koncie tylko dwa złote medale wywalczone w dużych odstępach czasowych. Pierwszy tytuł wywalczył Jurek Szczakiel, drugi Tomek Gollob. Problemem naszych zawodników jest to, że traktują oni wszystkie starty bardzo poważnie. Zarówno te najbardziej prestiżowe, jak i te zdecydowanie mniej. Trudno jest jeździć na najwyższych obrotach wszędzie. Czasami jest potrzebne odprężenie. Nie zawsze polscy zawodnicy to potrafią zrobić, zagraniczni są gotowi odpuścić nawet najważniejsze mecze ligowe w Polsce, jeżeli walczą o mistrzostwo świata. Takie mam przynajmniej wrażenie, obserwując całą otoczkę. Swoją drogą pewnym problemem jest to, że często po sobotnich turniejach Grand Prix mamy w kraju ligę. A gdzieś ta adrenalina związana z jazdą w Grand Prix musi mieć swoje ujście. U niektórych zawodników tym momentem jest właśnie liga, o co potem pretensje mają działacze. Co jest zrozumiałe, bo dla klubów to wyniki ligowe są priorytetem.

- Słuchając pańskiej opinii mam wrażenie, że ta ocena ta pod wieloma względami pasuje do Bartosza Zmarzlika. Czy rzeczywiście wielka ambicja tego zawodnika nie jest przeszkodą w walce o najwyższe trofea?

- To jest umiejętność standaryzacji celów, do których się dąży. Bartek ma jednak syndrom zwycięzcy i zawsze jak staje pod taśmą jedzie na pełen gaz. Nie można go za to krytykować, bo w sporcie największą wartością jest dążenie do zwycięstw. Takim samym zawodnikiem jest Nicki Pedersen. Poza parkingiem wyluzowany, w rozmowach prywatnych bardzo sympatyczny człowiek. Jak wsiada na motocykl to robi się wulkanem. Może po tych ostatnich kontuzjach trochę ostygł, ale on nigdzie nie odpuszczał. Obojętnie jakie to były zawody, zawsze jechał na maksimum. Bartek doskonale wie, że musi wprowadzić w swoje poczynania trochę więcej swobody i zapewne wcześniej czy później to nastąpi.

- Dziękuję za rozmowę.