W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2018

Wystawić kandydata a wygrać wybory, to dwie różne sprawy

2018-04-18

Z Janem Kochanowskim, byłym radnym i posłem, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21519.jpg

- Ciągnie pana jeszcze do polityki?

- Jeżeli praktycznie przez całe dorosłe życie byłem w różnej formule związany z polityką, to normalne jest, że obecnie stale czegoś mi brakuje. Na pewno bardziej energicznego tempa życia, większej liczby różnych ciekawych spotkań, dyskusji. Z drugiej strony, jako emeryt wiodący spokojne życie, mam do wszystkiego dystans. I co w tym najważniejsze, to że przez ostatnich kilka lat mogłem na wiele spraw spojrzeć z boku, na co nie było wcześniej czasu.

- Bardziej interesuje pana ta większa czy mniejsza polityka?

- Przeszedłem praktycznie wszystkie szczeble, bo zaczynałem jako radny Gorzowa przez dwie kadencje. Potem byłem w sejmiku województwa gorzowskiego i od 1997 roku przez cztery kadencje posłem. Zawsze mnie ciągnęło do regionu. Może dlatego, że byłem aktywny przy tworzeniu obecnego województwa lubuskiego. Pamiętam, że odwiedziłem w tamtym czasie chyba wszystkie lubuskie gminy i robiłem wszystko, żeby to nasze województwo znalazło swoje miejsce na nowej mapie administracyjnej kraju. Natomiast jestem mieszkańcem Gorzowa i naturalnym jest, że na sercu leżą mi wszystkie sprawy lokalne.

- Do sejmu pana nie ciągnie?

- Do tego, jaki w tej chwili obserwujemy, to zdecydowanie nie. Spędziłem na Wiejskiej cztery kadencje i nigdy nie mieliśmy takiego parlamentu, jak obecnie. Oczywiście, tak zwana dyscyplina partyjna istniała, ale przynajmniej w naszym klubie nikt nie głosował za ważnymi ustawami bez wcześniejszego zapoznania się z nimi. Prezydent Aleksander Kwaśniewski czy  premierzy z ramienia SLD musieli mocno się napracować, żeby przekonać swoich posłów do popierania rządowych czy prezydenckich ustaw.  

- Czasy, o których pan teraz mówi były bardzo dobre dla polskiej lewicy, do której pan należy, ale w którymś momencie zaczęliście mocno tracić. Czy dzisiaj wie pan dlaczego?

- Powodów zapewne było sporo, ale jednym z nich było to, że w czasach naszych rządów trochę zaniedbaliśmy sprawy socjalne, ponieważ był to okres intensywnych działań dostosowujących nasz kraj do wejścia do Unii Europejskiej. Musieliśmy wtedy na czymś się skupić, coś wybrać. Albo bycie w Europie, albo na jej obrzeżach. To nie były łatwe sprawy. Musieliśmy się wzajemnie z opozycją przekonywać do wyboru odpowiednich rozwiązań.

- Dzisiaj mamy ciekawą sytuację. Do Unii Europejskiej wprowadzała nas lewica wywodząca się z poprzedniego systemu ustrojowego, a dzisiejsza demokratyczna prawica sprawia wrażenie, jakby jej nie do końca było po drodze z Europą. Jak to wytłumaczyć?

- To nie tak, że ci co wprowadzali Polskę do Unii wcześniej budowali inny system ustrojowy w kraju. My się po prostu urodziliśmy w systemie socjalistycznym. Innego nie było. Świat jednak się zmieniał, wszyscy doskonale to widzieliśmy i w którymś momencie wspólnie zaczęliśmy to również zmieniać. Chichotem historii zaczyna być jednak to, że ci, którzy dawniej walczyli o demokrację w sporej części teraz chcą wprowadzić system funkcjonujący u nas pół wieku temu. Kiedy to sądy były podporządkowane władzy, kiedy rozwinięta była cenzura, a jakiekolwiek opozycji oczywiście już nie było.

- Skoro dzisiejsza władza ma jednak duże poparcie w społeczeństwie to może oznaczać, że spełnia wolę suwerena?

- Myślę, że to kwestia czasu, że ludzie zorientują się, iż są nabierani. Do tej pory zdecydowana większość zwolenników władzy rządzącej zwraca uwagę na korzyści socjalne, jakimi jest obdarowywana. A wiadomo, że niemal każdy z nas stawia na bezpieczeństwo rodziny i byt. Już widzimy jednak pierwsze symptomy niezadowolenia. Może dlatego, że koniunktura gospodarcza się napędza, bezrobocie jest małe, pensje powoli rosną i ta pomoc państwa nie jest w wielu przypadkach aż tak istotna. Przychodzi zaś refleksja i pytanie skąd potem jako państwo spłacimy te rozdawane dzisiaj miliardy złotych. Przecież te pieniądze nie biorą się z niczego. W którymś momencie kasa będzie pusta i zabraknie na wszystko, zapewne też na emerytury przy takim rozdawnictwie, jakie obecnie obserwujemy.

- To jakich spodziewa się pan wyników wyborczych, najpierw samorządowych, a potem parlamentarnych?

- Wybory samorządowe pokażą rządzących, że nie wszyscy ślepo im wierzą, natomiast w przyszłym roku w wyborach parlamentarnych PiS zostanie odsunięty od władzy.

- Czy tylko polityka dzieli Polaków?

- Polityka jest wszędzie i ma wpływ na każde nasze działania. Nie ma innego systemu, wybór dotyczy, czy przyjmujemy zasady państwa demokratycznego czy innego. Jeżeli jedna partia próbuje zawłaszczyć sobie wszystkie instytucje państwa, to mamy problem. A udawanie, że czyni to legalnie przypomina mroczne przedwojenne czasy w Niemczech. Obecna władza w Polsce rządzi przez konflikt, dlatego tak mocno polityka zaczęła nas dzielić. Dobrym przykładem niech będzie budowa wizerunku ludzi zaradnych. W wielu krajach bycie bogatym jest powodem do dumy i szacunku otoczenia. U nas polityka rządu zniechęca społeczeństwo do osób zamożnych. Kiedy co chwilę w telewizji rządowej są pokazywani ludzie w kajdankach i mówi się o nich, że mają duże majątki, w domyśle nielegalnie wypracowane, to jaki tworzy się obraz osób mających nieco więcej niż przeciętny Kowalski? I tu nie chodzi wcale o udowodnienie winy, o skazanie, bo najczęściej nie ma ku temu żadnych podstaw. Tu chodzi, żeby gonić króliczka, ale przypadkiem go nie złapać. Dochodzimy do sytuacji, że ludzie są na siebie napuszczani, trudno też stworzyć definicję osoby zamożnej. Jak ktoś ma dom, jest już złodziejem czy jeszcze nie? Dzielenie przez status ekonomiczny nie zaprowadzi nas w dobrym kierunku. Chyba że władza działa według hasła ,,wszystkim po równo, skoro mamy takie same żołądki’’.

- Jak podobają się panu zmiany zachodzące w samym Gorzowie? Idą we właściwym kierunku?

- Przed niespełna czterema laty pojawiła się tendencja odświeżenia jakości rządzenia w mieście. Nie tylko zresztą w Gorzowie, ale w wielu sąsiednich gminach. Dlatego idąc do wyborów mieszkańcy często głosowali przeciw temu co było. Niekoniecznie szukając optymalnego rozwiązania. Dzisiaj, po 3,5 latach, moja ocenia poczynań nowej gorzowskiej władzy nie jest pozytywna. Od razu wyjaśnię dlaczego. Co by nie mówić, prezydent Tadeusz Jędrzejczak miał koncepcję całości miasta. Można mu wiele zarzucić, ale miał wizję. Dzisiaj sporo jego projektów jest realizowanych, choć w wielu przypadkach często wcześniej zepsutych.

- Proszę o przykład?

- Dobitnych przykładem jest ulica Kostrzyńska. Nie można robić czegoś na dzisiaj. Za kilka lat będziemy soczyście przeklinali, że mamy jednopasmówkę, z jednym torem tramwajowym. Trzeba być laikiem, żeby podjąć taką decyzję w sytuacji, kiedy mamy potężną strefę przemysłową oraz dojazd do drogi S-3. Pamiętam, jak budowaliśmy ulicę Piłsudskiego.  Żeby wejść na działki, przez które miała przebiegać droga, trzeba było zakładać kalosze. Pytano się nas po co nam taka szeroka droga? Dzisiaj mamy na niej korki. Podobnie będzie na Kostrzyńskiej po remoncie.

- Słowem jest pan rozczarowany?

- Jak spoglądam na realizację Centrum Edukacji Zawodowej i Biznesu, to jak nie mogę czuć się rozczarowany? Praktycznie wszystkie większe inwestycje, mające mieć wpływ na Gorzów w perspektywie kolejnych lat, zaczynają być mocno okrajane. Do tego to tempo prac, a właściwe brak. Nie mogę się zgodzić, że w całym kraju są problemy, bo brakuje dobrych wykonawców. Nie zgadzam się z tym, ponieważ w wielu ośrodkach radzą sobie z tym doskonale. Nie wiem czemu tak jest. Może są sprytniejsi, może potrafią lepiej zarządzać…

- Czy to jest dla gorzowian moment do zastanowienia się, głębszego namysłu?

- Czego mi brakuje, to rozmów. Małą inicjatywę wykazuje tutaj prezydent Jacek Wójcicki, bo powinien przedstawić wszystkim siłom politycznym realną koncepcję rozwoju miasta. Gorzów jest  zbyt małym miastem, żeby uprawiać u nas wielką politykę. Żeby osiągnąć cel musi być zgoda wszystkich. Dobrym przykładem jest Zielona Góra. Janusz Kubicki w pewnym momencie odciął się od SLD, z którego się wywodził i mogę mieć do niego o to pretensje, ale on uczynił to w interesie miasta. I nie ma tutaj znaczenia o jakich partiach zaczniemy rozmawiać. Chodzi o to, żeby samorządy maksymalnie odpartyjniać. My w Gorzowie kłócimy się o Kostrzyńską, a w Zielonej Górze już budują obwodnicę na potrzeby XXII wieku. Bo się dogadali ponad podziałami.

- Co jest z lewicą w Gorzowie? Był klub radnych, ale został zlikwidowany, zaś radni z SLD zaczęli popierać prezydenta miasta pod neutralnym szyldem. Czy oznacza to, że SLD nie ma w sobie siły, żeby działać na gorzowskim podwórku?

- Zacznę od przypomnienia, że SLD na szczeblu krajowym nadal nie podjęło decyzję, jak iść do wyborów samorządowych? Niestety, ale ciągle nie możemy przeboleć ostatnich porażek w ramach nawiązywanych koalicji. Mamy obawy, czy budowanie kolejnych koalicji będzie właściwym rozwiązaniem, choć przecież jesteśmy realistami i wiemy, że działając w silnej grupie możemy odsunąć PiS od władzy. W maju odbędzie się nasza konwencja i wtedy zapadną wiążące decyzje. Osobiście uważam, że powinniśmy budować szerokie koalicje. Jeżeli chodzi o politykę miejską, to tu o wszystkim będzie decydowała rada miejska partii.

- O jakiej koalicji może być mowa w Gorzowie, skoro już widać, że każda siła chce iść własną drogą, poczynając od PO, poprzez ruchy miejskie połączone z Nowoczesną a kończąc na lewicy.

- Ja niewiele tutaj mogę powiedzieć. Skoro radni mający legitymację SLD uważają, że prezydent Wójcicki czegoś się nauczył przez ostatnią kadencję i chcą go dalej promować, to niech przynajmniej spiszą z nim konkretną umowę, żeby potem realizował on wspólny program, a nie tylko własny.

- Może lewica powinna jednak wystawić własnego kandydata?

- Nie jest to proste, bo wystawić kandydata a wygrać wybory, to dwie różne sprawy. I nie dotyczy to ewentualnego kandydata lewicy, ale także innych. Moim zdaniem z PO kandydować będzie Robert Surowiec i nie widzę szans, żeby mógł on pokonać Wójcickiego. Podobnie Sebastian Pieńkowski, ale on może prześliznąć się do drugiej tury, a wtedy końcowy wynik będzie sprawą otwartą. Z tymi kandydatami jest o tyle ciężko, że nie każdy wierzy w sukces. A nawet, jak wierzy, to musi chcieć jeszcze startować i mieć silne poparcie we własnym środowisku społeczno-politycznym. Dlatego są takie kłopoty ze znalezieniem dobrych kandydatów, zaś stawianie na słabego mija się z celem.

- Do startu wyborach do sejmików wojewódzkich SLD zachęca m.in. byłych swoich parlamentarzystów SLD. Pan wybiera się do Zielonej Góry?

- Nie rozpycham się łokciami, żeby startować. Jak wspomniałem, przeszedłem wszystkie szczeble polityczne i mnie aż tak nie korci powrót do nawet lokalnej polityki. Jeżeli natomiast pojawi się racjonalna potrzeba pomocy, to nie odmówię. Może przeciętni wyborcy nie wiedzą, ale wybory wojewódzkie są o tyle utrudnione, że trzeba bardzo logicznie skonstruować listy wyborcze. Liderzy list muszą być znani i cenienie nie tylko w swoim regionie, ale przynajmniej w kilku powiatach. Swoją drogą uważam ten pomysł za bardzo dobry. Podobnie jak i ten, żeby byli nasi premierzy, którzy jeszcze żyją, startowali do parlamentu europejskiego. Wiedzę doświadczonych członków należy wykorzystywać na każdym szczeblu. Zarówno samorządowym, krajowym, jak i europejskim.

- Po przegranych wyborach w 2011 roku zachęcał pan do zmian w SLD. Niewiele one dały, bo lewicy nie ma w parlamencie. Jakie zostały popełnione błędy?

- Do końca chyba nikt nie wie. Na szczeblu krajowym promowaliśmy Wojciecha Olejniczaka, potem Grzegorza Napieralskiego i wielu innych młodszych kandydatów, ale okazało się, że zabrakło im doświadczenia. Inną sprawą jest, że nasi wyborcy byli konserwatystami i woleli znane oraz sprawdzone twarze. Może dlatego, że jako SLD mamy naprawdę duże osiągnięcia w wolnej Polsce. Mówiłem już o czasach wejścia Polski do Unii Europejskiej, ale także za naszych czasów weszliśmy do NATO, braliśmy aktywny udział w konstruowaniu konstytucji i nowego ustroju prawnego wolnej Polski.  

- Nie obawia się pan, że jeżeli zostaną obniżone pensje samorządowcom, to chęć kandydowania będą zgłaszać głównie bezrobotni?

- Obecnie obowiązujące widełki finansowe dla prezydentów, burmistrzów i wójtów nie do końca są prawidłowo skonstruowane. Wynika z nich, że wójt może zarabiać tyle, ile prezydent największego polskiego miasta. To jest krzywdzące, bo zupełnie inna jest skala odpowiedzialności. Żeby prezydentom dużych miast jakoś to wynagrodzić wysyła się ich do rad nadzorczych lub daje im się godziny wykładowe na uczelniach. Pytanie, po co? Byłbym zwolennikiem, żeby zarobki wynikały ze średnich w danych gminach, oczywiście przemnożonych przez określony współczynnik. Na przykład razy trzy. Jeżeli w danej gminie społeczeństwo zaczyna zarabiać więcej, niech włodarz też ma wyższą pensję. Propozycja pana Kaczyńskiego z kolei to nic innego, jak zwykły populizm.

- A parlamentarzystom należy się 20-procentowana obniżka?

- Nie. Posłowie i senatorowie żyją na dwa domy i z tego powodu ponoszą spore wydatki. Otrzymywana dieta często nie wystarcza na pokrycie dodatkowych kosztów. Oczywiście, że na tle zarobków pań w kasach w hipermarketach czy pielęgniarek w szpitalach zarobki parlamentarzystów są wysokie, ale bardziej powinniśmy dążyć do tego, żeby podnosić płace najmniej zarabiających a nie szukać tylko pozornych oszczędności. Pomijam już to, że doszliśmy do kuriozalnej sytuacji, że na mównicę wychodzi szeregowy poseł i chce wszystkim jak leci obciąć zarobki. Mało tego, każe jeszcze przelewać nagrody na wybraną przed siebie instytucję.

- Czy jako wielki miłośnik piłki ręcznej, przypomnę, że był pan prezesem Wojewódzkiego Związku Piłki Ręcznej w Polsce, już zaciera pan ręce na oglądanie meczów szczypiornistów Stali Gorzów w nowej hali?

- Jakoś na horyzoncie nie widzę tej nowej hali, ale wierzę, że wykorzystamy szansę i  obiekt zbudujemy. Jesteśmy jednym z nielicznych, jeżeli nie jedynym miastem wojewódzkim nie posiadającym porządnej hali sportowej. Nie będzie ona służyła jedynie piłkarzom ręcznym, lecz też innym dyscyplinom i dobrze. 

- Czy dzięki hali będzie można rozwijać szczypiorniaka w mieście?

- Porządna baza jest ważna, ale najważniejsze są pieniądze. Ich na sport na najwyższym poziomie brakuje w mieście. Nie ma silnych sponsorów. Cieszę się i szanuję decyzję władz Stali Gorzów, że przygarnęła piłkę ręczną do siebie, ale sami nie pociągną. Muszą mieć wsparcie z różnych kierunków. W przyszłości klub nie poradzi sobie z utrzymaniem na wysokim poziomie żużla i ręcznej. Warto o tym już myśleć i zachęcać do tego władze miasta. Nie chodzi tu o wykładanie pieniędzy z budżetu, chodzi bardziej o motywowanie i zapraszanie do współpracy inwestorów gospodarczych, którzy prowadzą działalność na obszarze miasta. Mam wrażenie, że nasze strefy przemysłowe są zapełnione firmami, ale nie widzę aktywności tych firm w życiu miasta. Nie tylko sportowym, ale również kulturalnym i społecznym. Tu jest duże pole do popisu.

- Dziękuję za rozmowę.