W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Sławy, Sławosza, Żelisławy , 23 lipca 2018

Każdy starszy człowiek jest otoczony szacunkiem i opieką

2018-04-25

Z Robertem Patrykiem Dolińskim, szefem Stowarzyszenia Romani Cieheń, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_21595.jpg

- Panie Robercie, zespół przez pana prowadzony Romani Cierheń cały czas koncertuje. Co się stało, że nagle macie tyle koncertów?

- Staliśmy się trochę bardziej rozpoznawalni, dlatego nas zapraszają. Może trochę też z mojej inicjatywy, bo przy różnych okazjach rozmawiam z różnymi ludźmi. No i to wszystko sprawiło, że zespół koncertuje.

- Jak można obecnie zespół określić? Bo przecież zaczęło się wszystko od pana projektu dla dzieci romskich.

- Dokładnie tak było. W lipcu zeszłego roku pojęliśmy decyzję o powołaniu Romani Cierheń także w wersji dla dorosłych. I to się okazało korzystne, bo współpracujemy z różnymi artystami jak Katiusha Kerstin Kozubek czy Anna Dębicka z Gorzowa. Powiązaliśmy to wszystko w jeden cały romski program. No i widzę, że się powoli rozwija.

- Ale w zespole w dalszym ciągu tańczą romskie dzieci?

- Oczywiście.

- Co ten zespół ma na celu: kultywowanie tradycji, czy pokazywanie, że romska kultura jest piękna?

- Jest to bardziej kultywowanie romskiej tradycji. Przecież samo machanie spódnicami już jest wszystkim bardzo dobrze znane. My chcemy zachować romską tradycję właśnie przez taniec i śpiew.

- Ja mam wrażenie, że w Gorzowie nie ma problemu ze stykiem Polacy – Romowie. Czy może się mylę?

- Nie, u nas na płaszczyźnie gorzowskiej nie ma nic takiego.

- A były kiedyś problemy?

- Myślę, że były, zresztą tak jak i wszędzie indziej. Ale to już przeszłość.

- To dlaczego pan nie mówi, że w romskim Romani Cierheń tańczą też polskie dzieci?

- Przecież to chyba oczywiste. To zespół integracyjny. To trzecia odsłona naszego zespołu. Owszem, tańczą polskie i romskie dziewczynki. Podobnie, jak i w tej starszej wersji. W przypadku zespołu starszego zaczęło się tak, że pewna mama przyprowadzała swoją córkę na próby do zespołu dziecięcego. A po jakimś czasie włączyła się w próby zespołu starszego i do dziś tańczy.

- Jednym słowem, udała się panu ta sztuka, która się rzadko komu udaje. Do zespołu romskiego włączył pan nie Romów i to z sukcesem.

- Myślę, że tak, choć nie mnie to oceniać, aczkolwiek jestem faktycznie bardzo dumny i zadowolony z tego.

- Do tego dochodzi jeszcze projekt romska restauracja. Na jakim etapie w tym projekcie jesteście?

- Zbliżamy się ku końcowi. Mam nadzieję, że na dniach uda nam się w końcu tę Restaurację u Babci Nońci, bo tak się będzie nazywała, otworzyć. Będzie tam kuchnia romska, ale też będziemy w tym miejscu kultywować inne romskie tradycje. Mamy zamiar urządzać różnego rodzaju wieczorki i spotkania, na których będziemy się starali integrować kulturę polską i romską.

- Ale jednak dobrze by było, żeby restauracja ruszyła. Bo przecież leży tuż obok Kwadratu, dziś bardzo popularnego miejsca.

- To niestety jest projekt europejski, wszystko ma swoje terminy. Zwyczajnie iluś działań nie można przyspieszyć. W otwieraniu restauracji wspiera nas LOWES – Lubuski Ośrodek Wsparcia Ekonomii Społecznej w Gorzowie, tu szczególnie panie Katarzyna Miczał i Marta Kowalska. To one są mentorkami tego projektu. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z przepisami i stąd może wrażenie, że wolno.

- Panie Robercie, pan zaczynał swoją karierę jako asystent romski w Szkole Podstawowej nr 1. To pan zaczynał przekonywać Romów, że dziecko musi umieć czytać, pisać i dobrze by było, żeby liczyć też umiało. Jak to teraz jest z kształceniem romskich dzieci? Nadal pan musi przekonywać rodziców do szkoły?

- Sytuacja się poprawiła diametralnie. Absolutnie nie jest tak jak kiedyś, kiedy rodzice jednak nie mieli świadomości, czym jest szkoła. Bali się, że romskie dzieci nie dadzą sobie rady. Obecnie rodzice sami kładą nacisk na kształcenie, na edukację swoich dzieci. Zdają sobie sprawę z tego, że czasy się zmieniły, jest trudno i szkoła, wykształcenie się liczy. No i mają na pewno nadzieję, że dzieci będą normalnie pracować, jak inni, funkcjonować na rynku pracy. Romowie przekonali się, że bez edukacji się nie da. Ale trzeba pamiętać, że to jest proces, zresztą jak w każdej innej sprawie. Proces przekonywania do edukacji trwał kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. No i teraz mamy pozytywne skutki tego procesu.

- Czyli już się nie spotyka takich sytuacji, że dzieci kończą podstawówkę i jest to koniec edukacji?

- Ależ skąd. Każde dziecko idzie dalej. Poza tym nie przymusimy dziecka do szkoły, do nauki, póki nie zmienimy mentalności rodziców w tej sprawie. Teraz, od pewnego czasu akurat ta kwestia idzie do przodu. I dodam, na dziś już nie muszę rodziców przekonywać, że trzeba dziecko posłać do szkoły.

- Oznacza to, że ta cała praca, którą pan włożył w tę kwestię w latach 90. teraz procentuje?

- Dokładnie. Tym bardziej, że asystent już obecnie nie pracuje w Szkole Podstawowej nr 1, a w świetlicy romskiej i jest mentorem między właśnie świetlicą i szkołą. Wiadomo, że dzieci są tylko dziećmi i zawsze jakieś problemy się tworzą. Zresztą jak wszędzie. Asystent edukacji romskiej jest od tego, aby pośredniczyć w takich sytuacjach.

- Bardzo często w Gorzowie jest tak, że na ulicach słyszy się romani. Jak idą mamy z dziećmi to rozmawiają ze sobą w tym języku. Ale nie ma żadnego problemu, aby i mamy, i dzieci natychmiast przeszły na polski. Jak to jest z tą dwujęzycznością?

- To jest automat. W domach od małego dzieci poznają romani, bo w tym języku się w domach mówi. A jak podrastają, mają te trzy czy cztery latka, zaczynają chwytać polski. Uczą się same polskiego, choćby przez zabawę czy przez kontakty z polskimi rówieśnikami. Ale także w domu słyszą polski, bo to jest naturalne. I dlatego dzieci romskie, podobnie jak i dorośli, są dwujęzyczne.

- A w jakim języku pan myśli?

- Po romsku, oczywiście że po romsku.

- No to teraz o innej ważnej kwestii. Wiadomo, że Romowie przywiązują olbrzymią wagę do tradycji, między innymi do stroju, w tym ubioru kobiet. Ale od czasu do czasu na ulicach, zwłaszcza zimą, widać na ulicach malutkie dziewczyneczki ubrane w spodnie czy kombinezony. Coś się jednak pozmieniało.

- Może i trochę. Do pewnego wieku takie małe dziewczynki, o których pani mówi, dzieci właśnie, mogą sobie pozwolić na taki strój. Ale potem, jak już ma te 10 lat, tradycja nakazuje, aby ubierały się tak jak trzeba. Rodzice decydują, że dziecko musi się ubierać tak, jak nakazuje właśnie tradycja.

- Oznacza to, że dziewczyna musi chodzić w długiej spódnicy i w bluzce, która zasłania łokcie?

- Tak, dokładnie tak jest.

- Ale to wy, polscy Romowie tego przestrzegacie. Bo przecież jak na Romane Dyvesa przyjeżdżają Romki, dajmy na to z Rosji, to już tego nie ma.

- Banalnie powiem, co kraj, to obyczaj. U nas jednak te obyczaje są pielęgnowane bardzo restrykcyjnie. Nas tego uczyli nasi rodzice, ich nasi dziadkowe, a ich z kolei pradziadkowie. A co będzie dalej? Zobaczymy, przecież wiadomo, że cywilizacja zmienia oblicze człowieka. Cywilizacja też wkrada się do kultury romskiej. Ale muszę zastrzec, że my jednak pilnujemy bardzo, aby tradycje jednak przestrzegać. Jesteśmy mniejszością i nie chcemy zaginąć. No bo co, zostaniemy Polakami?

- Ale przecież jesteście Polakami.

- Fakt. Jesteśmy Polakami. Ale jednak cygańskiej krwi.

- Skoro przy tradycji jesteśmy, to chciałabym jeszcze o jedną kwestię zapytać. Pamiętam, jak pana babcia, Alfreda Markowska, Babcia Nońcia, odbierała tytuł Honorowej Obywatelki Miasta Gorzowa, była w drodze na salę obrad Rady Miasta eskortowana przez pana i pana ciocię. I widać było wielki szacunek. Jak to z tym jest? Z tym szacunkiem u was?

- U nas szacunek dla starszych był, jest i będzie. To jeden z najważniejszych elementów kultury i naszej tradycji. A w praktyce codziennej to wygląda tak, że ja sobie nie wyobrażam dnia bez wizyty u mojej babci. Bez rozmowy z nią, choć to bywa trudne, bo babcia jest już wiekowa i różnie się czuje. Każdy starszy człowiek jest otoczony szacunkiem i opieką. Jak trzeba, to się babcię prowadzi pod rękę, zwraca się do niej z szacunkiem zawsze.

- Swoje dzieci pan też tego uczy?

- Oczywiście, przecież to podstawa. No i nie mogę narzekać, dają się kształtować.

- Panie Robercie, czym dla was, Romów, było przyznanie Babci Nońci tytułu Honorowej Obywatelki Miasta?

- Jak już kiedyś wspomniałem, to było pokazanie tego, że Alfreda Markowska, moja babcia, jest doceniona nie tylko przez nas, ale i przez innych. Ktoś dostrzegł jej zasługi, Romki, i to docenił. Dla nas, dla mnie, to było coś bardzo ważnego. Bardzo istotnego.

- Dziękuję bardzo.