W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Leoncjusza, Michała, Renaty , 23 maja 2018

Daleko z takim myśleniem nie zajedziemy

2018-05-02

Z Sebastianem Pieńkowskim, przewodniczącym Rady Miasta i kandydatem na prezydenta Gorzowa, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21657.jpg

- Decyzją komitetu politycznego PiS został pan desygnowany na kandydata na prezydenta Gorzowa z ramienia reprezentowanej przez pana partii. Czy czuje pan już ciężar, jaki zapewne spadnie na pańskie barki w chwili rozpoczęcia kampanii wyborczej?

- Oczywiście, z jednej strony czuję spokój, ponieważ mam czas by wraz z moją drużyną dobrze się przygotować do kampanii, z drugiej czuję dużą odpowiedzialność jaka na mnie ciąży. Będę jak zawsze mocno pracował dla mieszkańców Gorzowa, by zdobyć ich zaufanie.

-  Ostatnio można zaobserwować dobrą współpracę radnych PiS z prezydentem Jackiem Wójcickim. Czy w tej sytuacji możliwe będzie pokazanie w kampanii wyborczej innych propozycji dla miasta od tych, co przedstawi prezydent?

- Mając obecnie tak duże możliwości pozyskiwania środków rządowych, przede wszystkim z pomocą pani minister Elżbiety Rafalskiej na czele, ale także z posłami PiS czy wojewodą, współpracowalibyśmy z każdym prezydentem, by nasze miasto się rozwijało, a mieszkańcy byli zadowoleni. Przecież nie będziemy sobie na złość odmrażać uszów tylko dlatego, że prezydent Gorzowa nie jest członkiem naszej partii i mamy do jego działań bardzo wiele uwag. Przy czym od razy wyjaśnię, że najważniejsze w kampanii będzie zaprezentowanie naszego programu wyborczego, merytoryczne pokazanie błędów w zarządzaniu miastem przez Jacka Wójcickiego oraz pokazanie mieszkańcom nowej jakości oraz tego, że będąc u władzy nasze możliwości jeszcze wzrosną w stosunku do tego, co obecnie  robimy dla miasta.

- Proszę chociaż o jeden przykład negatywnych działań prezydenta Wójcickiego?

- Choćby problemy z realizacją inwestycji. Umowy są często zbyt restrykcyjne i przez to wielu potencjalnych wykonawców nie zgłasza się do przetargów. I to mówią sami wykonawcy – trzeba się tylko wsłuchać w ich głos i zastanowić, dlaczego tak mówią. Dalej, brak zaplecza kadrowego u prezydenta Wójcickiego powoduje, że do wielu zadań nie jest on w stanie optymalnie się przygotować. Brak długoterminowej strategii działania w wielu dziedzinach życia, jak edukacja, podatki, kultura, sport. My z kolei mamy duże zaplecze, szerokie grono ludzi merytorycznie przygotowanych do różnych zadań. Jeżeli uda nam się wygrać wybory, to już mamy przygotowane plany działania na następną kadencję oraz ludzi, którzy będą realizować poszczególne punkty programu.

- Rusza budowa ulicy Kostrzyńskiej. Czy nie powinniśmy z tej okazji zorganizować hucznej imprezy miejskiej, jakiegoś święta?

- Najpierw ją zbudujmy, a wtedy zapewne pojawi się okazja do świętowania, choć jak dla mnie, ta inwestycja zawsze będzie stanowiła rozczarowanie. Czekaliśmy na nią 30 lat, ale za kolejne 30 lat będziemy mieli problem by przejechać tą ulicą. Bardzo żałuję, że zwyciężyła opcja skromności, a nie racjonalności. W ostatnich dwóch latach byłem w wielu polskich miastach na wschodzie kraju i zwróciłem uwagę, że niemal wszędzie drogi wjazdowe i zarazem wyjazdowe z miasta są dwupasmowe. Kostrzyńska u nas tym bardziej powinna być taka, gdyż prowadzi do węzła S-3. Jestem rozgoryczony również tym, że będziemy mieli tylko jeden tor tramwajowy. To są pozorne oszczędności, ponieważ powinniśmy ze swoją wizją rozwoju miasta iść kilka pokoleń do przodu, a nie myśleć tylko o najbliższych paru latach. Jako klub radnych PiS od początku kadencji walczyliśmy o realizację projektu pozostawionego przez poprzedniego prezydenta.

- Wkrótce wystartuje remont ulicy Kazimierza Wielkiego, trwają pracę przy ul. Sikorskiego. Tylko z tą droga wylotową na Walczaka nie mamy jakoś szczęścia. Dlaczego?

- Ponieważ władza wykonawcza w naszym mieście nie przewidziała zmian na rynku wykonawców. Problemy tkwią w zarządzaniu. Jest to o tyle zaskakujące, że mówiono o tym od pewnego czasu. Wiadomo było, że z chwilą napływu unijnych i rządowych środków, szczególnie na modernizację i budowę dróg, nastąpi zwiększone zainteresowanie wyborem firm budowlanych i należało to przewidzieć. Wystarczyło przyjąć, że każdy przetarg,  w którym  najkorzystniejsza oferta będzie nieco wyższa od zaplanowanych wydatków zostanie rozstrzygnięty, a nie unieważniony. Jeżeli mówimy o czekającej nas modernizacji ulicy Walczaka w kierunku Różanek, to drugi przetarg był o sześć milionów droższy od planowanego. Trzeba było wtedy zgodzić się na ten wybór, przesunąć pieniądze w budżecie kosztem nawet innej, mniejszej inwestycji i działać. Dzisiaj czeka nas piąty przetarg i nie wiadomo, jak on się zakończy. A proszę pamiętać, że mamy tu dofinansowanie na poziomie 49,5 miliona złotych. Obyśmy nie stracili tych pieniędzy.

- Tego zapewne gorzowianie nie wybaczyliby obecnej władzy?

- Proszę zwrócić uwagę, że Gorzów ma swoje pięć minut. Po pierwsze konsumujemy środki unijne, jak zresztą każde miasto, ale co jest istotne, dostajemy spore środki rządowe. Często o tym wspominam, ale warto o tym mówić, że obecny rząd zmienił filozofię zarządzania państwem. Przestał tym samy kierować największe środki tylko do dużych miast, ale zaczął wzmacniać całą Polskę. Dotychczas wysysano pieniądze z mniejszych miejscowości i kierowano do aglomeracji. Teraz stawia się na rozwój miast średniej wielkości, miasteczek i wsi, czyli całego kraju. Do tego mamy swojego przedstawiciela w rządzie i pani minister Elżbieta Rafalska jest osobą, która skutecznie przekonuje do racji i potrzeb naszego miasta.

- Na każdym kroku podkreśla pan, że dzięki rządowi PiS do Gorzowa płynie spory strumień pieniędzy. Jaki jest wkład lokalnych polityków w to, że miasto jest zauważane w kręgach rządowych?

- Do tej pory, to jest przez 2,5 roku w różnej już postaci do Gorzowa trafiło lub jest zapisanych ponad 575 milionów złotych. To są fakty łatwe do sprawdzenia. Pani minister oczywiście bardzo dużo pomaga i bez niej Gorzów dużo by stracił. Jesteśmy jednak drużyną i się nawzajem uzupełniamy. Od tego, żeby wszystko przygotować, zwrócić uwagę na najistotniejsze sprawy, ale też musimy lobbować za inwestycjami strategicznymi z punktu widzenia przyszłości miasta. Nie chodzi jednak tutaj o to, żeby się chwalić, bo nie w tym rzecz. Chcę jedynie zwrócić uwagę, żebyśmy wszyscy w Gorzowie zaczęli działać w wspólnym kierunku, bo na inwestycjach zyskam ja, ale zyska również pan, zyskają też wyborcy Platformy Obywatelskiej i innych partii. Na wspieraniu mniejszych ośrodków zyskują gorzowianie i to jest tutaj najważniejsze. Dziś głosowanie na PiS daje naszemu miastu bardzo duże i realne pieniądze. A pieniądze to rozwój miasta i lepsze życie gorzowian.

- Cieszą nowe drogi, budynki, w planie jest nawet kładka dla pieszych przez Wartę. Ja jednak ciągle jestem zdania, że za mało mówimy o rozwoju stref przemysłowych.

- Błąd został popełniony na początku kadencji obecnego prezydenta, który przychodząc do magistratu nie zajął się z miejsca sprawami przygotowania terenów inwestycyjnych. Dopiero teraz zaczyna o tym myśleć, ale te 3,5 roku nam już uciekło. Najlepszym momentem na przyciągnięcie atrakcyjnych inwestorów jest obecna koniunktura. Ona właśnie się pojawiła, ale my nie jesteśmy na nią przygotowani. Nie wiem dlaczego prezydent Wójcicki nie zajął się tym tematem od razu, choć zachęcaliśmy go do tego. Zapewne wszystkie problemy prezydenta biorą się z tego, że wygrał on wybory, o czym już wspomniałem, bez odpowiedniego zaplecza i nie był przygotowany do objęcia tego urzędu. A nawet, jak miał tam jakiejś zaplecze, to szybko z nim się pokłócił czy razem się pokłócili. Nie mi to rozstrzygać. Mieszkańcy powinni wyciągnąć z tego wnioski. W Gorzowie mamy także ciekawe tereny, które są niezależne od prezydenta. Mowa choćby o obszarze w pobliżu drogi S-3, gdzie znajdują się areały Instytutu Hodowli Roślin. Nie jest to temat łatwy do szybkiego załatwienia, ale trwają działania, żeby dostać te tereny na potrzeby inwestycyjne.

- Z chwilą powołania AJP wydawało się, że w mieście skończy się podział na dwie uczelnie, choć do ich połączenia nie doszło. Niestety, okazuje się, że widoczny jest podział, choćby w radzie miasta. To zapewne nie sprzyja budowie silnego ośrodka akademickiego w Gorzowie?

- Oczywiście, że nie sprzyja. Każdy konflikt, podział, znacząca różnica zdań niczemu dobremu nie sprzyja. Osobiście jestem tym zdziwiony. Każdy, kto choć trochę poznał historię doskonale wie, że na przestrzeni wieków najsilniejszymi i najbogatszymi ośrodkami były zawsze te posiadające uczelnie, ośrodki naukowe. Dzisiaj jest podobnie. Dlaczego? Bo kto ma intelektualistów, kto ma inżynierów, słowem kto ma ludzi wykształconych, ten może pozwolić sobie na szeroki rozwój w różnych kierunkach. Część radnych z PO, Nowoczesnej czy LDM nie rozumie podstawowego mechanizmu, że bez dobrej edukacji nie ma postępu gospodarczego. Ubolewam nad tym.

- Mówi pan, że część polityków gorzowskich, kiedy w pierwszym podejściu odrzuciło uchwałę, na podstawie której miasto miało kupić od AJP budynek, zadziałało wręcz na szkodę uczelni. Skąd taka odważna ocena?

- Nie przeczę, że publicznie powiedziałem wtedy, że przez takie głosowanie stworzyli listę hańby. I podtrzymuję to zdanie, pomimo, że uchwała w drugim podejściu otrzymała wymaganą większość. Ja naprawdę prosiłbym wszystkich, którym zależy na Gorzowie, żeby przyjęli do wiadomości, że jesteśmy jedynym miastem w kraju, dla którego powstała spec-ustawa w sprawie powołania akademii. Chodziło o to, że rząd i parlament zgodzili się nam pomóc w zbudowaniu uczelni o wyższym stopniu edukacyjnym. Bez pieniędzy tego jednak nie zrobimy. Przez ostatnie lata nie mogliśmy liczyć na widoczną pomoc z samorządu wojewódzkiego, który wolał pompować środki na uczelnie znajdujące się na południu województwa. Podam liczby. Od 2007 roku województwo zainwestowało z naszych wspólnych środków 220 milionów złotych w Uniwersytet Zielonogórski i 48 milionów w PWSZ w Sulechowie, która jest już integralną częścią uniwersytetu. Natomiast w tym samym czasie na PWSZ w Gorzowie i ZWKF łącznie przeznaczono 44 miliony złotych, czyli mniej niż na samą uczelnię w Sulechowie. To pokazuje, że jak sami nie zaczniemy działać, to na samorząd wojewódzki na pewno nie możemy liczyć.

- Z drugiej strony ci radni, którzy nie są do końca przekonani do ciągłego inwestowania w AJP przekonują, że zapomina się o ZWKF. Może trzeba to zrozumieć?

- Przecież miasto niedawno wspomogło ZWKF kupując od nich halę przy ul. Słowiańskiej i stadion lekkoatletyczny za kwotę siedmiu milionów złotych. Nikt w radzie nie oponował. W zamian uczelnia miała połączyć się z PWSZ i stworzyć silną akademię. Do tego, jak wiemy, nie doszło. Powiedzmy sobie otwarcie, to wszystko co się dzieje wokół AJP dla radnych Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej jest niczym innym, jak zwykłą polityką. Im uczelnia kojarzy się z naszą partią. Jest to oczywiście naprawdę nieistotne teraz, kto był ojcem chrzestnym dawnej PWSZ. Jak nie wykonamy wynikających z prawa obowiązków wobec akademii, to uczelnia upadnie. I kto będzie wtedy świętował? Warto jeszcze dodać jedną rzecz. Dzięki temu, że akademia jest akademią może ona corocznie startować w różnych konkursach i pozyskiwać znaczące kwoty. W tym roku może to być nawet 15 milionów złotych. Te pieniądze trafiają do Gorzowa, co ma również wpływ na rozwój miasta. Oczywiście nie zbudujemy Uniwersytetu Jagiellońskiego w Gorzowie, ale od czegoś trzeba zacząć, na coś postawić i powoli rozwijać. Apeluję do wszystkich, żeby nie utrudniali tego, bo to jest w interesie wszystkich nas. Nie jednej czy drugiej partii. Zacznijmy grać do jednej bramki.

- Dlaczego Gorzów nie może doczekać się konkretnego pomysłu na remont najpiękniejszych kamienic w centrum miasta, które mogłyby stanowić architektoniczną wizytówkę?

- Od momentu, kiedy jestem radnym i zorientowałem się jak choćby Szczecin prowadzi program renowacji starej substancji cały czas namawiam prezydenta, żebyśmy wzięli wzory od nich, bo ich program daje po prostu wymierne efekty. Tym powinna zająć się miejska spółka, która powinna prowadzić remonty kamienic i znajdujących się tam mieszkań. Potem część odnowionych mieszkań na wysokim poziomie można sprzedać, żeby zwróciły się koszty remontu. Do tego w wielu budynkach można na parterze wybudować lokale użytkowe. Mówię oczywiście tak ogólnie, bo szczegóły należałoby dopracować. Nawet nie trzeba byłoby powoływać spółki, może powinno tym się zająć Gorzowskie Towarzystwo Budownictwa Społecznego. Nie wiem czemu temat ten jest odpychany przez kolejnych prezydentów. 

- Jest pan za tym, żeby na błoniach za Filharmonią Gorzowską powstał ogród botaniczny?

- Każdy tego rodzaju pomysł na pierwszy rzut oka wydaje się być atrakcyjny i godny podjęcia dyskusji. Jako przewodniczący Rady Miasta zorganizowałem w tej sprawie spotkanie z udziałem pomysłodawców oraz szefami klubów radnych, a także z prezydentami Jackiem Szymankiewiczem i Agnieszką Surmacz. Na 9 maja obiecali oni przygotować koncepcję. Mnie interesują nie tylko mocne strony pomysłu, ale przede wszystkim te słabsze. Obawiam się, że największym problemem byłoby sfinansowanie całego projektu. Już nieoficjalnie słyszałem, że sama budowa może kosztować powyżej dziesięciu milionów złotych, a potem rocznie na utrzymanie potrzebnych będzie od dwóch do czterech milionów. Pojawi się więc pytanie, czy stać nas w obecnej chwili na takie wydatki?

- Tym bardziej, że tych wydatków prospołecznych ostatnio jest sporo, a takim symbolem w tej chwili jest Kwadrat. Mieszkańcy pokazują, że cieszą ich tego rodzaju inwestycje, ale właśnie pojawia się pytanie, czy nas stać na tego rodzaju miejsca zabaw?

- Powinniśmy myśleć długodystansowo i najpierw zbudować mocne dwa filary rozwoju miasta. Pierwszy filar, o którym również mówi prezydent i w tej kwestii z nim się zgadzam, to edukacja. Bo tylko dobrze rozwinięta nauka na różnych szczeblach da nam dobrze wykształcone kadry, które potem mogą rozwijać przemysł. I drugi filar to właśnie przemysł. W tym celu musimy zurbanizować tereny i sprowadzić inwestorów z zaawansowaną technologią, która daje produkty z dużą marżą i zyskiem. To nam przyszłościowo da pieniądze do budżetu i wtedy bez problemu rozwiniemy kolejne atrybuty miasta, jak turystykę, kulturę czy sport wg naszych potrzeb.

- To jest zapewne melodia przyszłości?

- Niekoniecznie. Uważam, że przy ścisłej współpracy wszystkich sił polityczno-społecznych jesteśmy w stanie zbudować oba filary w ciągu dwóch-trzech kadencji. Trzeba tylko chcieć. W tej chwili próbujemy zbudować pierwszy filar i część radnych uderza w podstawę tego filaru. Podobnie jest z budową stref przemysłowych. Daleko z takim myśleniem nie zajedziemy.

- I na koniec, od 1 września ubiegłego roku jest pan dyrektorem oddziału terenowego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. Proszę coś więcej powiedzieć o tej nowej w sumie instytucji?

- Przejęła ona zadania Agencji Nieruchomości Rolnych i część zadań Agencji Rynku Rolnego. Pozostała część zadań trafiła do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Obie wcześniej wymienione agencje zostały natomiast zlikwidowane, zaś Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa powstał z mocy ustawy. Zmiany te miały na celu zoptymalizowanie działań, bo powiedzmy sobie uczciwie, że Agencja Rynku Rolnego to była taka wydmuszka, z ogromną liczbą dobrze płatnych stanowisk. W naszym województwie były 24 etaty, a po zmianach organizacyjnych okazało się, że do nas przyszło sześć osób i chyba tyle samo do ARiMR. Czyli połowa etatów była zbędna. W skali kraju są to już setki etatów. Dalej, w obu agencjach było siedmiu dyrektorów i zastępców, teraz jest nas dwóch. Oszczędności pieniędzy podatników idą w grube miliony.

- A czy to wszystko, o czym pan mówi, usprawniło działanie nowej jednostki organizacyjnej?

- Skoro nie mamy skarg ze strony rolników, to oznacza, że działamy dobrze. Myślę, że ważnym krokiem było poszerzenie rady społecznej o inne organizacje, choćby pszczelarzy. Staramy się konsultować wszystkie istotne sprawy bezpośrednio z tymi organizacjami, wychodząc z założenia, że lepiej zażegnywać ewentualne konflikty przed uruchomieniem danego procesu a nie po, bo wtedy może być już za późno na zmiany. Dodam jeszcze, że kupiliśmy budynek przy ul. Myśliborskiej na terenie dawnej jednostki wojskowej, z czego powinniśmy być zadowoleni jako mieszkańcy, gdyż za rządowe pieniądze zostanie on ładnie wyremontowany i tam będzie nasza nowa siedziba. Jako Oddział Terenowy KOWR w Gorzowie jesteśmy po pierwszym kwartale 2018 roku na pierwszych miejscach w najważniejszych aspektach naszej działalności w kraju na 17 oddziałów. To znaczy, że dajemy radę.

- Dziękuję za rozmowę.