W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2018

Strach się bać tego, co się może wydarzyć

2018-05-09

Ze Stanisławem Czerczakiem, prezesem firmy AJ LEX, a przede wszystkim działaczem społecznym, rozmawia Renat Ochwat

medium_news_header_21706.jpg

- Staszek, mam ciebie w oczach, jako zbuntowanego chudego operatora w jednej z telewizji. A przede mną siedzi szef jednej z gorzowskich firm. Jakie drogi cię tu zawiodły?

- Myślę, że przede wszystkim spotkanie z mecenasem Jerzym Synowcem i jego małżonką Anną. Zagrała między nami chemia, jak to się mówi, i to pani Anna zaproponowała mi pracę tutaj, czyli w firmie AJ LEX. No i jak patrzę z perspektywy trzech czy już czterech lat, to mogę stwierdzić, iż wielkie szczęście mnie spotkało. Zresztą ja mam ogólnie szczęście do ludzi. A w tej konkretnej firmie, to mam pracę, poza tym realizuję się jako współpracownik mecenasa Synowca. Z wykształcenia jestem prawnikiem administratywistą. No i moja działalność jest taką okołoprawną. Choć nie ukrywam, że swoje doświadczenia, te dobre, ale i te niedobre, jakieś obserwacje, wykorzystuję do działalności społecznej. No i dzięki tej pracy mam czas i możliwości, aby się realizować w takiej działalności. A jeśli chodzi o rozdział pod tytułem – szczupły chłopak z kamerą, to bardzo miło wspominam ten okres w moim życiu, ale praca w mediach charakteryzuje się pewną niestałością, a kiedy na studiach przyszedł już czas, żeby założyć rodzinę, zacząłem szukać innych możliwości – szukałem normalnej stałej pracy, aby spinać budżet. Ale przyznam, że z sentymentem wracam do tamtych czasów. Mam swoje archiwum, przecież pracowałem swego czasu też dla TVN24. Bywa, że czasami tęsknię do tamtego życia. Zdarza mi się czasami zrobić zdjęcia – tak, jak ostatnio dla przyjaciół, a dokładniej dla ich córki na komunii. Wszyscy byli zadowoleni. Pokłosiem tamtego życie jest album „Stu miejsc wstydu”, który wydaliśmy z mecenasem Jerzym Synowcem, teraz pracujemy nad „Stoma najpiękniejszymi miejscami”. To kwestia jeszcze dwóch miesięcy, jak widzisz pasja do fotografii, video została.

- No właśnie, zacząłeś się też dość mocno angażować w działalność na rzecz miasta.

- Może nie tak. Nie jest żadną tajemnicą, że jako nastolatek trafiłem do subkultury skinheadów, kiboli stadionowych. Szczęściem, dość szybko się z tego wyleczyłem. Jednak mam wrażenie, że to doświadczenie odcisnęło piętno na moim życiu. Prawie siedem lat temu poznałem śp. Marcina Kornaka, założyciela Stowarzyszenia Nigdy Więcej. On mnie zaraził pasją do działalności społecznej. Powiedział wówczas, że nawet w skali kraju te moje doświadczenia i ta moja chęć opowiadania o tym, że nietolerancja, ekstremizmy to jest złe, jest na tyle ważna i istotna. To on powiedział wówczas, że trzeba tę pasję wykorzystywać. To on mnie przekonał, aby o tym głośno mówić, opowiadać. Marcin zmarł, a ja zostałem z tym, żeby tę jego misję kontynuować. Obecnie jest tak, że zakończyłem swoją współpracę z Nigdy Więcej. Ale jest krok następny. Powołujemy nowe stowarzyszenie, tu na Ziemi Lubuskiej. I wydaje mi się, że będzie to unikat w skali kraju, bo nikt jeszcze nie zajmował się pomocą osobom, które były w różnych ruchach ekstremistycznych. Ja wiem, że chcę to robić, chcę pomagać takim osobom.

- Ma to być ruch, który dla przykładu będzie wyprowadzał ludzi z kibolstwa na prostą drogę?

- Może być kibolstwo, może być ekstremizm lewicowy czy prawicowy. W Polsce z ekstremizmem lewicowym raczej nie mamy problemów. Potwierdza to choćby fakt, że mamy kilkaset fanklubów sportowych, ale żaden nie legitymizuje swojej działalności proweniencją lewicową. A raczej jest tak, że cały kraj jest zarażony tą proweniencją prawicową, co zresztą wyraźnie widać w sieci – po memach internetowych, po zdjęciach. Wydaje mi się, że jest już ten moment, że coś z tym trzeba robić, a zwłaszcza ja z doświadczeniami takimi, a nie innymi, powinienem coś z tym robić. Tym bardziej że RPO Adam Bodnar podczas spotkania w Lęborku powiedział o takiej rzeczy, o której ja jeszcze nie myślałem, a przecież już się i ty, i ja zetknęliśmy na gruncie gorzowskim. Mam na myśli atak na sklep Ukraińskie Delikatesy Ukrainoczka. Adam Bodnar powiedział, że już w którymś z kolei miast polskich miała miejsce antyukraińska manifestacja. I spójrz, mamy okres koniunktury gospodarczej. Bezrobocie w Gorzowie oscyluje w okolicach 4 procent, a więc jest bardzo niskie. Jak jest koniunktura, to ci pracownicy z Ukrainy, których jest przecież bardzo dużo, już spotykają się z aktami niechęci, czego mieliśmy przykład właśnie w kontekście Ukrainoczki – to był atak niechęci, a wręcz agresji. A co będzie, jak się skończy koniunktura? Bo przecież się skończy. Prawa gospodarki są nieuchronne. My musimy się na taką sytuację przygotować tak, aby sobie z tym mentalnie poradzić. I mówiąc kolokwialnie, strach się bać tego, co się może wydarzyć. Dlatego uważam, że jest czas, aby właśnie o tym mówić. Mówić o nieuchronnym końcu koniunktury. I co wówczas stanie się z tą mniejszością ukraińską? Dlatego uważam, że zawczasu trzeba o tym myśleć, zawczasu trzeba coś robić, przygotować ludzi na to, że przecież żadną winą mniejszości jest to, że buduje tu pewną wartość, są tu potrzebni. Słowa Adama Bodnara zostały mi w głowie, bo tych aktów nienawiści jest jednak coraz więcej.

- A jak myślisz, z czego to wynika, z czego wynikał atak na Ukrainoczkę?

- Moim zdaniem z braku wyobraźni. Z głupoty po prostu, bo przecież autor tego ataku w pewnym momencie się zreflektował i jednak wycofał. Ten atak był kalką tego, co znany ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski wykonał w 2015 roku podczas wizyty prezydenta Ukrainy, kiedy też domagał się ściągnięcia maków, jakie ukraińska delegacja miała przypięte do klap. A przecież mak jest międzynarodowym symbolem kombatantów. A w Gorzowie to był znak jakieś gry, działań społecznych. Jeśli coś, jakaś myśl pada na podatny grunt, łatwo to wykorzystać. Pamiętam, jak byłem nastolatkiem, choć wychowanym w domu, gdzie była i wiedza, i książki oraz otwartość na innych, a jak weszła MTV i te drogie samochody, markowe trampki, a nie mieliśmy do tego dostępu, my chłopaki w Gorzowie, to ktoś nas też zaraził taką myślą, że może to wina tego bogatego Żyda z Nowego Jorku, albo jakichś innych, którzy rzekomo zabierali nam pieniądze. To ten sam mechanizm. Wiesz, trudno jest znaleźć realne rozwiązania problemu – róbmy coś, aby faktycznie poprawić stan naszego bytu, czyli stan gospodarki, budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Najłatwiej, najprościej, ale i najbardziej prostacko jest wskazać jakiegoś wroga. Tyle tylko, że ten jeden mityczny Żyd z lat 90. z Nowego Jorku nie ma żadnych podstaw, aby czuć się zagrożonym, to o tyle pracownik z Ukrainy już ma. A wystarczy tylko poznać tych ludzi. Zobaczyć, jak są pracowici. Bo są, zresztą tak samo, jak my na Zachodzie. Ukrainoczka przecież tak naprawdę dodaje jedynie kolorytu temu miastu. Oraz dobrego jedzenia, co nie jest bez znaczenia. I ten atak to była taka prostacka, głupia próba przyczynienia sobie popularności, publicity. Nie wiem, czy robienie sobie poklasku przez akty nienawiści jest dobrym kierunkiem. Ja byłem wychowany w rodzinie katolickiej, ale mnie tam nauczono innego katolicyzmu, takiego otwartego. Ale nie ukrywam, że teraz też się od tego oddaliłem, bo jak patrzę na ludzi, którzy nagle się pokazują z tymi ideami, to tego nie rozumiem. Dodam, uczestniczyłem w pielgrzymkach do Częstochowy. Dobrze to wspominam, utrzymuję kontakty z niektórymi ludźmi. A jak patrzę teraz na pielgrzymkę „kibiców” na Jasną Górę, to nie rozumiem. Bo na Jasnej Górze wisi flaga z napisem – Biała dumna Europa. A za rok, jak będzie ta pielgrzymka, to zawieszą Młot Thora i, powiem nieco przewrotnie, Szwedzi uznają ten potop za udany, choć w Szwecji panują obecnie inne standardy. Trzeba reagować.

- Wróćmy teraz do innego rozdziału w twoim życiu. Jak pamiętasz Christę Wolf?

- Pamiętam bardzo dobrze. To było dość doniosłe wydarzenie. Christa Wolf przyjechała do nas do domu. To była taka osoba z dystansem, jakby ponad, u mnie – wówczas małego chłopca budziła tym swoim majestatem szacunek. Zresztą i u moich rodziców, ale i gości, którzy wówczas do nas przychodzili. Wspominam to spotkanie bardzo dobrze, bo przecież to były czasy fotografii analogowej, nikt nie latał z telefonem, bo nie takie czasy to były, a na każdym zdjęciu, na którym ona była, jestem ja. Nawet napisała mi taka karteczkę – To dla mojego przyjaciela Stanisława. I ja, nie ukrywam, dzisiaj jestem tak zaszczycony tym faktem, że byłem przyjacielem Christy Wolf. Wiesz, ja lubię książki, sięgałem po jej literaturę i dopiero niedawno, za którymś razem udało mnie się przejść, bo to jest naprawdę literatura wysokich, bardzo wysokich lotów. Bardzo inteligentna proza. A potem, już pracując z mecenasem Jerzym Synowcem mogłem uczestniczyć w projekcie postawienia tej rzeźby.

- Znakiem tego, dumny jesteś z faktu, że w centrum Gorzowa siedzi na ławeczce Nelly, alter ego Christy Wolf?

- Bardzo i bardzo mnie cieszy ten fakt, że jako członek Towarzystwa Miłośników Gorzowa mogłem dołożyć swoich palców do tego, że jest. Bo znałem pisarkę, bo powtórzę – określiła mnie mianem swego przyjaciela, bo w mojej głowie cieszyła się zawsze szacunkiem. W jakiś sposób przeżyłem te ataki na nią. Śledziłem bowiem jej losy. I jak odsłanialiśmy tę rzeźbę, to byłem zaszczycony, ale i wzruszony. Zresztą uważam, że idea pielęgnowania dualizmu historii naszego miasta bardzo mi pasuje. Bo to łączy, buduje.

- Czyli ty uważasz, że należy pamiętać?

- Oczywiście. Ja mam tylko same dobre myśli na ten temat. Christa Wolf to jedno. Ale mam w pamięci, jako dziecko, radość z paczek, jakie nam w siermiężnych latach przysyłała rodzina z Niemiec. Wówczas w Polsce nic nie było, bo wszystko było deficytem, a my jednak coś tam z Berlina dostawaliśmy. Niemcy o nas pamiętali. Muszę to powiedzieć, mam wielki szacunek do tego narodu, jaką wielką woltę wykonał po II wojnie. I też chciałbym, abyśmy my poszli w tę stronę, abyśmy mentalnościowo byli otwarci. Wiesz, ja się urodziłem w tym mieście, a pokutuje takie powiedzenie – urodzić się pod kodem pocztowym 66-400, czyli z punktu zmarnowane życie. A ja akurat tak wcale nie uważam, bo ja to miasto zwyczajnie kocham. Ja tu przeżyłem pierwsze miłości, tu przelałem pierwszą krew. Ojciec mnie od dziecka oprowadzał po tym mieście, opowiadał o jego historii, tłumaczył ją. I spójrz, przecież ja studiowałem w Poznaniu, mieszkałem chwilę w Warszawie, w Londynie, ale zawsze tu wracałem i już się nigdzie nie wybieram. Bo to moje miejsce, mogę i chcę tu wychowywać swoje dzieci. I robię to samo, co robił mój ojciec, czyli zabieram je na przechadzki i tłumaczę. I choć nie myślę o śmierci, bo jednak jestem jeszcze dość młody, to chciałbym, aby tu właśnie spoczęły moje kości. Patetycznie to brzmi, ale jednak tak myślę.

- Staszku, to w takim razie o jeszcze jedną kwestię chciałam cię zapytać. Jakie są twoje związki z panem prezydentem Bronisławem Komorowskim?

- Opowiem ci jak to dokładnie wygląda. Tutaj przy ulicy Wyszyńskiego jest dom sióstr zakonnych i współzałożycielką tego domu była pani Zofia Komorowska, ciocia Zyta. Ciocia Zofia Komorowska była kuzynką mojej świętej pamięci babci.

- Masz rodzinne związki z prezydentem Bronisławem Komorowskim. Opowiesz?

- Dokładnie tak. Ciocia Zofia była najbliższą krewną mojej babci. Nie miała własnej rodziny w sensie mąż, dzieci. I ona do Gorzowa wprost przyjechała za moją babcią. No i prezydent Komorowski, jak jeszcze nie był prezydentem, bardzo często gościł w naszym domu. W latach 80. często się nawet tu ukrywał przed komuną. Odwiedzał ciocię Zofię, Zytę, kiedy tylko mógł. Bo to była bardzo bliska jego sercu osoba. Jak ciocia zmarła, a to też ciekawa historia, bo wydarzyło się tak, że zmarła najpierw moja babcia, a tydzień po niej Zofia, to te związki nieco się rozluźniły, ale prezydent Bronisław Komorowski, człowiek z wielka klasą, jednak o gorzowskich konotacjach zawsze pamiętał. Bo nawet jak po raz ostatni gościł w Gorzowie, to nie omieszkał, wspomnieć o tym, że swoje myślenie o tych ziemiach zawdzięcza mojemu ojcu. Bo to mój ojciec go tego nauczył. Ja czasami do prezydenta Komorowskiego piszę liścik. Ale dla mnie te związki to zaszczyt. I nie ukrywam, że jak słyszałem i słyszę okropne słowa pod jego adresem, to mam pretensje do ludzi, którzy to robią. Nikt nie chce pamiętać tej dobrej, zaszczytnej karty.

- I na koniec. Proszę, określ w trzech słowach, trzech zdaniach miasto Gorzów.

- Kiedyś miasto wojewódzkie, dziś miasto powiatowe. Moje miejsce na ziemi. Miejsce, w którym się realizuję i na które chciałbym mieć wpływ.

- Dziękuję bardzo za rozmowę.