W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2018

Dziś Gorzów wydaje się być najbrudniejszym miastem w Polsce

2018-05-30

Z Martą Bejnar Bejnarowicz, szefową klubu radnych ,,Kocham Gorzów’’, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21902.jpg

- Decydując się na nazwę nowo powstałego klubu radnych ,,Kocham Gorzów’’ chciała pani razem z radnymi z Nowoczesnego Gorzowa pokazać, że inni nie do końca kochają własne miasto?

- Często słyszę pytania: „Po co pani to robi? Kosztem rodziny, pracy, świętego spokoju…?”. Nie mam innej odpowiedzi jak ta, że ja po prostu kocham to miasto. Klub powstał z chęci wspólnego działania najbardziej zaangażowanych radnych, których na przestrzeni ostatnich kilku lat łączyły wspólny cel: poprawa jakości życia naszych mieszkańców. To pokazuje jedynie, że nazwa jest odzwierciedleniem pobudek, dla których działamy. Robimy i będziemy robić wszystko, aby ustrzec miasto przed kolejnymi błędami, opóźnieniami i kosztami, jakie z tych błędów wynikają. Przykładem jest 50 milionów straty za nieporadne działania w kolejnych czterech postępowaniach przetargowych na DK22, czy znana już wszystkim Kostrzyńska, która po trzech latach dziwacznych zbiegów okoliczności w końcu dochodzi do skutku, a efekt jest taki, że za te same pieniądze zamiast czteropasmowej ulicy będziemy mieli dwupasmową.
- Jak należy rozumieć miłość do własnego miasta czy regionu?

- Pewnie trochę tak, jak miłość matki do swojego problematycznego dziecka: czasem przyniesie dwóję, czasem się pobije z bratem, czasem wybije szybę, czasem wpadnie w złe towarzystwo – ale to dobre dziecko. Z potencjałem. I tak jak dziecku z problemami, tak i miastu trzeba poświęcić wiele czasu i pracy, ale przede wszystkim wytyczyć mu dobre kierunki. Pokazać, w co warto inwestować czas, jak być ciekawym i interesującym. I z miastem tak właśnie jest. Ile zaangażowania w nie włożymy, tyle będzie lepsze, atrakcyjniejsze i… kochane.

 - Czy pani zdaniem obecnie urzędujący prezydent miasta Jacek Wójcicki nie utożsamia się z nim?

- Tożsamość to relacja. Relacja z historią, lokalnymi uwarunkowaniami, identyfikowanie się z mieszkańcami. Tożsamość to zwyczaje, świadomość. Mnie bardzo podobają się miasta, na przykład holenderskie, ale nie czuję z nimi takiego ,,połączenia”, jak z Gorzowem. Nie mam takich wspomnień, tak dobrze ich nie znam. Studiowałam w Szczecinie i mam tam kilka ulubionych miejsc, budynków, placów – gdy tam jestem, wracają mi dobre wspomnienia. Ale nie czuję się tam, jak w domu. A o dom się dba, dom się buduje stale, w domu się pilnuje ogniska, tworzy się ciepło, miłość, poczucie bezpieczeństwa. Jacek Wójcicki bardzo się starał udowodnić, że „jest stąd”, nawet zainwestował spore pieniądze w akcję promującą to hasło, jednak po jego działaniach widać, że nie zrozumiał dokąd płynie statek o imieniu Gorzów i kręci tym sterem - to w prawo to w lewo. To kupi biurowiec, to sprzeda działkę, to chce budować instytut Papuszy, to bibliotekę, to coś rozkopie, coś zamknie, coś otworzy. A inne miasta suną do przodu w jasnym, klarownym kierunku. W tym tempie jutro będziemy miastem powiatowym.

- Jakie największe błędy popełnił prezydent w mijającej kadencji?

- Nie słuchał ludzi mądrych. Mądrzy są niepokorni, ciągle szukają, myślą, analizują, próbują, testują, nie boją się. Mądry człowiek to trudny partner do rozmowy, trzeba być przy nim ciągle na wysokich obrotach, dorównać mu intelektualnie. Trzeba przy mądrych umieć przyznać się do niewiedzy, do błędów i przyjąć krytykę czy inne rozwiązania. Być dojrzałym i pokornym, ale ciągle równać w górę. To trudne. Łatwiej zainwestować w powiedzonko „fajnie” i  słuchać pochlebców. To przyjemniejsze, jednak niestety nie rozwija. Prezydent źle odpowiedział sobie na pytanie, czy lepiej być głową myszy, czy ogonem lwa.

 - A pani, jako radna, szefowa klubu, który liczył na początku siedmiu radnych, potem jednak zmniejszył stan posiadania do zaledwie czterech radnych, jest bez skazy?

- Moja skaza jest wielka i niestety się nie zmniejszyła. Ja wierzę w ludzi. Decyzje zawsze chciałam podejmować kolegialnie, w oparciu o dyskusję, argumenty, analizę ,,za i przeciw”. W pewnym momencie okazało się, że w moim zespole nie każdy jest zainteresowany treścią. Nie zgodziłam się na polityczne „deale”, układanki i stałe koalicje partyjne. Chciałam rozmawiać na konkretne tematy. Jeśli projekt był dobry, to go popierałam bez względu na to kto go zgłaszał. Jeśli niósł zagrożenia, to chciałam go zmieniać. Panowie, z którymi szliśmy do wyborów, którzy obecnie zapisali się do tzw. klubu „konfiturowego” byli - jak to sami określili – za Jackiem. A ja jestem za Gorzowem. Te drogi się w czasie kadencji rozeszły, bo nie było sposobu, aby bezrefleksyjnie wspierać prezydenta bez względu na to co robi i jednocześnie być za rozwojem miasta. Ale jak to mówią: „Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć”. Dziś nasz klub ma znów siedmiu radnych, a zmiana jakościowa jest widoczna gołym okiem.

- Będąc pierwszą kadencję w radzie miasta co najbardziej panią zaskoczyło?

- Ludzie i ich koniunkturalizm. Brak merytoryczności w radzie i dbałość o interesy partii, a nie miasta. I zaskoczyło mnie zaskoczenie innych, że można zaangażować się na sto procent w pełnienie mandatu radnego.

- Mając obecny bagaż doświadczeń co by pani zmieniła w swojej działalności?

- Towarzystwo. Co zresztą zrobiłam. Od Jerzego Synowca, Jerzego Wierchowicza i Krzysztofa Kochanowskiego dostaję bardzo dużo wsparcia. Wiele kompensuję czerpiąc z doświadczenia. W połączeniu z zaangażowaniem Marcina Kazimierczaka czy Grześka Musiałowicza jest to naprawdę zacny team.

- Jakie widzi pani przed Gorzowem najważniejsze priorytety na kolejną kadencję?

- Wyznaczenie celów strategicznych w oparciu o szeroką dyskusję merytoryczną na temat kierunków rozwojowych (think-tanki), także z osobami, które mają inne zdanie. Jeżeli chodzi o przygotowanie miasta pod nowy profil inwestora strategicznego, postawiłabym na usługi. Bardzo ważna jest wysoka jakość inwestycji miejskich, jak też zrównoważenie po kilku latach „padaczki” inwestycyjnej zamiast kumulacji w roku wyborczym. Dalej, postawiłabym na racjonalne wydatkowanie pieniędzy publicznych. Wspierałabym inicjatywy obywatelskie i realizację potrzeb mieszkańców, zgłaszanych w budżecie obywatelskim - chodniki, drogi, komunikacja miejska. Ważne jest podniesienie jakości nauczania w szkołach, zwiększenie liczby miejsc w  żłobkach i przedszkolach. Do tego oczywiście dochodzi czystość i porządek. Dziś Gorzów wydaje się być najbrudniejszym miastem w Polsce.

- Trwa ożywiona dyskusja na temat budowy nowej strefy przemysłowej. W którym miejscu powinna ona powstać?

- Stworzyłabym strefę usługową a nie przemysłową. Natomiast wracając do pytania: według ustawy o ochronie środowiska strefę przemysłową tworzy się, jeżeli nie mogą być dotrzymane standardy jakości środowiska. Zatem, jeśli ma to być taka strefa - to nigdzie. I tu nie chodzi o mchy i porosty, ale o to, że zaczynają nas dziesiątkować nowotwory, bo pijemy skażoną wodę, oddychamy skażonym powietrzem i jemy żywność naszprycowaną chemią. Co z tego mamy? Najniższe zarobki w kraju, wyjeżdżającą z miasta młodzież i tysiące już ludności napływowej z Ukrainy, która zastąpi nas ochoczo w pracy za 13 zł, jeśli my już nie damy rady wyżyć od pierwszego do pierwszego. Z dostępnych analiz ogólnopolskich tendencji rynkowych wynika, że czas na przemysł w polskich miastach już dawno minął. Rozwój w najbliższych dziesięcioleciach będzie się opierał na usługach. Kto się wstrzeli w dobrą niszę - będzie mógł budować. Pozostali zostaną w tyle.

- Gorzów, zmieniając przeznaczenie terenów rekreacyjnych i usługowych na przemysłowe zamknie sobie drogę do rozwoju w przyszłości?

- Oczywiście. Do tego koszty uzbrojenia terenu i budowy dróg dojazdowych do Mironic, o tym rejonie rozmawiamy, będą większe niż cena, jaką miasto uzyska ze sprzedaży działek. A pieniądze z tej sprzedaży i tak pewnie pójdą na imprezy, samochody, nowe logo i stare biurowce. Inwestorzy, którzy kupili tam działki pod mieszkaniówkę już dziś sygnalizują, że mogą wystąpić z roszczeniami wobec miasta z powodu obniżenia wartości i atrakcyjności terenu. Społeczeństwo Gorzowa się starzeje – potrzebna jest opieka medyczna, rehabilitacyjna, przyjazne miasto, dostosowane do pieszych, porządna komunikacja miejska  - a na to potrzeba ogromnych pieniędzy. Specjalne strefy ekonomiczne są zwolnione z podatków, zatem od nich nie dostaniemy finansowania dla naszych potrzeb. Bezrobocia w Gorzowie praktycznie nie ma, więc nie bardzo wiadomo, kto miałby pracować w kolejnej montowni? Zapłacimy sowicie z własnych kieszeni za drogi i sieci do nowych, prywatnych magazynów a sami będziemy się tłuc po dziurawych chodnikach z lat osiemdziesiątych. Ponadto pod potrzeby strefy zostanie z czasem zabudowany klin napowietrzający całe miasto. Dziś tego nie czujemy, bo wiatry zachodnie niosą do miasta masy świeżego powietrza przez niezabudowane tereny przy Mironicach. Po zabudowie tego terenu bardzo się to zmieni. I to na zawsze.

- Skoro miasta nie stać na remont takich zabytków, jak wille Jaehnego czy Pauckscha, to nie ma pani obaw, że remont starych obiektów przy Obotryckiej na potrzeby magistratu pozostanie w sferze marzeń?

- Po pierwsze, miasto stać na ten remont. Co roku w kasie miejskiej pozostają niewykorzystane środki a do tego zupełnie nie skorzystano z możliwości, jakie daje dziś partnerstwo publiczno- prywatne. Z planowanych na ten rok inwestycji zrealizowano nieco ponad 60 procent. Podobnie rok wcześniej. Prawdziwy problem jest taki, że prezydent sobie nie radzi z inwestycjami. W mojej ocenie remont zabytków jest możliwy, a poza tym to nasz obowiązek. Praca tych kilkudziesięciu projektantów, którzy włożyli serce w pomysły na piękniejszy Gorzów nie może być zmarnowana.

- Jaki ma pani pomysł na remont starych kamienic, znajdujących się głównie w śródmieściu, ale i też na Zawarciu?

- Większość kamienic to własność prywatna, właścicielami są członkowie wspólnoty. Niezbędny jest specjalny program wspierający remonty tych kamienic, na wzór innych miast. Są też środki zewnętrzne, jak na przykład z programu ,,Mieszkać Lepiej”.

- Odnowiony ,,Kwadrat’’ cieszy się sporym zainteresowaniem, co widać po liczbie bawiących się i wypoczywającym na tym skwerze. Czy nie powinniśmy starać się na każdym osiedlu zbudować takie miejsce wspólnego wypoczynku?

- Bardzo słuszny kierunek, wynika on zresztą z najnowszych trendów planowania przestrzennego. A te z kolei odzwierciedlają potrzeby mieszkańców osiedli satelitarnych. Decentralizacja jest kierunkiem, który gorąco popieram. Pierwszym krokiem do budowania silnych społeczności lokalnych są dzielnice. Gdyby w Gorzowie były dzielnice, mielibyśmy dobrą reprezentację osiedli i większą wiedzę na temat ich realnych potrzeb. To od nich powinniśmy czerpać wiedzę, czy na Górczynie potrzebny jest drugi Kwadrat czy może jednak wybieg dla psów albo parking. Osiedle Europejskie być może zrezygnowałoby z placu na rzecz żłobka. Nie wrzucajmy nikomu pomysłów z kosmosu, bo jak widać dzisiaj, choćby po zamknięciu ulicy Sikorskiego, nie kończy się to zwykle radosnym oberkiem.

- Będzie pani kandydowała na prezydenta czy, co sugerują politycy Platformy Obywatelskiej, dojdzie do porozumienia i jako  klub ,,Kocham Gorzów’’ będziecie popierać w wyborach Roberta Surowca?

- Bawi mnie kreatywność w tej sprawie kolegów z Platformy, ale nie będziemy wspierać żadnej partii politycznej. Partie szkodzą samorządom lokalnym. Zachęcamy ich natomiast do wsparcia naszego kandydata. Mamy na pokładzie doświadczonych ludzi: Jerzego  Synowca, Jerzego Wierchowicza, Krzysztofa Kochanowskiego, Alinę Czyżewską czy Arnolda Siwego. A Robertowi Surowcowi, póki co, życzę sukcesów w maratonach!

- Dziękuję za rozmowę.