W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Albina, Wandy, Zenona , 23 czerwca 2018

My dominujemy, ale śmietankę zawsze spijają inni

2018-06-06

Z dr. Robertem Nogą, dziennikarzem oraz znawcą historii żużla i autorem książek o tej tematyce, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_21962.jpg

- W pierwszych latach powojennych żużel stał się jedną z najbardziej popularnych dyscyplin sportowych w Polsce. Z czego to wynikało?

- Złożyło się na to sporo czynników. Każdy naród ma jakąś swoją ulubioną dyscyplinę. Przykładowo Czesi i Słowacy są zakochani w hokeju, my się zaraz po wojnie zakochaliśmy w żużlu. Może dlatego, że Polacy byli zafascynowani motorami jeszcze przed wojną. Trzeba dodać, że władze PRL-u mocno stawiały akurat na żużel, a dobitnym tego przykładem było to, że sport ten znalazł się w planie sześcioletnim, który zawierał budowę podstaw socjalizmu na lata 1950-55. Żużel był sportem uprawianym głównie przez robotników i rolników. Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, ale mówiąc wprost był hołubiony przez prostych ludzi, co władzy ludowej pasowało. Oni nie stawiali na sport akademicki. Jeszcze innym czynnikiem było to, że władza chciała promować w społeczeństwie motoryzację. Nie było nikogo stać na produkcję, potem zakup samochodów. Z motocyklami było łatwiej. O tym, jak ważny był żużel dla władzy ludowej świadczy przykład, o którym kiedyś opowiedział mi pierwszy dwukrotny mistrz Polski Włodzimierz Szwendrowski. Zresztą jako pierwszy Polak pokonał on na torze aktualnego w tamtym czasie mistrza świata Petera Cravena. Za swoje zasługi był przyjmowany na politycznych salonach, między innymi przez premiera Józefa Cyrankiewicza, co stanowiło wielkie wydarzenie.

- To dlaczego w 1951 roku postawiono na centralizację w formie zrzeszenia, rozpoczynając tym samym proces upadku żużla w mniejszych ośrodkach?

- To był jeden z wielu socjalistycznych paradoksów. Chciano coś rozwijać, a zaczęto zwijać, wzorując się na systemie panującym w ZSRR. Choć też trzeba obiektywie powiedzieć, że tworząc zrzeszenia mocno wzmocniono żużel w głównych ośrodkach. Poza tym nie było w tym czasie specjalistycznego sprzętu. Angielskiej JAP-y trzeba było kupować za dewizy i chodziło również o to, żeby nie było zbyt wielu ośrodków, bo wtedy nie trzeba było kupować za wiele tych motocykli. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że w niektórych przynajmniej ośrodkach żużel na tyle okrzepł, że dał podstawy do budowy silnej dyscypliny w kraju. Kiedy na bazie politycznej odwilży, jak i dzięki rozpoczęciu produkcji polskich motocykli FIS, zapalono zielone światło dla wszystkich żużel trafił na podatny grunt w wielu miastach. I jak choćby w Gorzowie, gdzie rozmawiamy, czy w moim Tarnowie zaczęto budować podwaliny pod silne potem drużyny ligowe.

- Skoro władza chciała rozwoju żużla, to dlaczego tak późno polscy zawodnicy zaczęli rywalizować z ówczesnymi potęgami żużlowymi, jak Anglia czy Szwecja?

- W czasach stalinowskich była blokada na różnego rodzaju kontakty z przedstawicielami państw zachodnich. Dopiero w drugiej połowie lat 50. zaczęliśmy się przebijać i dosyć szybko złapaliśmy ten kontakt, bo w 1961 roku nasi żużlowcy zostali pierwszy raz drużynowymi mistrzami świata, a potem pojawiły się brązowe medale najpierw Antoniego Woryny w 1966 roku, potem Edwarda Jancarza dwa lata później w indywidualnych mistrzostwach świata. Natomiast trudno było rozwijać się naszym żużlowcom w strefie socjalistycznej, bo Rosjan to my uczyliśmy żużla, gdyż wcześniej oni jeździli praktycznie tylko na lodzie. Czesi natomiast byli słabsi, zaś wszędzie indziej praktycznie dopiero stawiano pierwsze kroki lub nie jeżdżono w ogóle.

- Dlaczego tak naprawdę nigdy nie udało nam się rozwinąć produkcji sprzętu żużlowego, przez co zawsze byliśmy skazani na innych?

- W tym przypadku zadziałały prawa rynku. Nie mając dostępu do sprzętu żużlowego rozpoczęła się u nas produkcja wspomnianych FIS-ów, ale kiedy Czechosłowacy rozpoczęli produkcję Eso, potem Jawy, okazało się, że jest to lepszy sprzęt i tak upadła produkcja FIS-ów. Eso zresztą było już w latach 50. testowane na wielu polskich torach.

- Co jest największym problemem dzisiejszego żużla?

- Komercjalizacja. Imprezy żużlowe zaczynają przypominać show, wielkie widowiska. Za mało w żużlu jest samego żużla, za dużo natomiast cyrku. Nie rozumiem, i zapewne nie tylko ja, dlaczego odchodzi się od pięknej tradycji finałów drużynowych mistrzostw świata? Dlaczego ileś lat temu zlikwidowano mistrzostwa świata par, a teraz próbuje się je wskrzesić pod dziwaczną nazwą Speedway of Nations. Mało tego, dalej nie wiemy, czy to są w ogóle jakieś mistrzostwa czy kontynuacja komercyjnych zawodów Speedway Best Pairs organizowana od kilku lat przez polską firmę One Sport. Martwi też malejąca liczba zawodników jeżdżących na owalach, coraz mniejsza grupa żużlowców obstawia coraz więcej impreza. To zły kierunek.

- Czy można coś zrobić, żeby powrócić do tamtego żużla, choć w nowoczesnym opakowaniu?

- Wszystkie karty w ręku mają działacze FIM i FIM-Europe. To są agendy zarządzające tym sportem i od ich poczynań zależy, czy żużel zacznie na nowo zdobywać popularność. Na pewno nie zacznie, jeżeli kontynuowana będzie działalność likwidująca tradycję. Przy czym pamiętajmy też, że wszędzie główną barierę, często nie do pokonania, są kwestie finansowe. Dzisiaj tak naprawdę światowy żużel utrzymuje Polska.

- Za nami półmetek rundy zasadniczej w PGE Ekstralidze. Czy pana zdaniem, to była dobra runda dla najważniejszych krajowych rozgrywek?

- To wszystkiego zależy od tego, kto to ocenia? Zapewne dla kibiców Fogo Unii Leszno była to znakomita runda, bo ich drużyna nie przegrała meczu. Inne nastroje panują choćby w Grudziądzu czy Toruniu. Moim zdaniem pierwsza część sezonu niczym specjalnym nie zaskoczyła. Nie mieliśmy jakiś zaskakujących rozstrzygnięć. Powiem więcej, typy ekspertów co do układu tabeli mniej więcej się sprawdziły. Prawda jest też taka, że na prawdziwe emocje trzeba poczekać do play off. Pamiętam, jak w 2014 roku Unia Tarnów wszystkich lała, przyszedł play off, pojawiły się kontuzje i ledwo udało się tej drużynie zdobyć brązowy medal. W zeszłym roku najlepszy był Falubaz, a zakończył rok bez medalu. Uważam, że już dzisiaj można wskazać przynajmniej trzy drużyny, które pojadą o medale. Są to ekipy z Leszna, Wrocławia i Gorzowa. Zagadką jest to, który zespół uzupełni czwórkę? Ciekawie zapowiada się walka o utrzymanie. Myślę, że walka rozstrzygnie się pomiędzy Tarnowem, Grudziądzem i Zieloną Górą.

- Która z tych drużyn jest pańskim zdaniem w najtrudniejszym położeniu? 

- Wiele wyjaśni rewanżowy mecz pomiędzy MrGarden GKM Grudziądz z Grupą Azoty Unią Tarnów. Obiektywnie rzecz biorąc właśnie te dwa zespoły mają najsłabszy potencjał, aczkolwiek w meczach rewanżowych będzie można powalczyć o większą pulę, bo dojdą bonusy i dlatego wszystko może się wydarzyć. Nawet to, że słabsze drużyny gdzieś tam zdołają zdobyć punkty w najmniej oczekiwanym momencie. Niespodzianki w sporcie zawsze są i tak przypuszczam będzie teraz. Czasami wystarczy przypadek, jakieś nieprzewidziane zdarzenie czy wprost mówiąc, kontuzja.

- Trwają rozgrywki Grand Prix. Widzi pan Polaków w gronie faworytów?

- Zawsze przy takich okazjach mówimy o szansach Polaków i zawsze życzymy, żeby któryś stanął na najwyższym stopniu podium. Historia tych rozgrywek pokazuje jednak, że nie jest to proste do zrealizowania zadanie. Biało-czerwoni w całej historii indywidualnych mistrzostw świata mają mniej tytułów niż sam Nicki Pedersen. Jakoś tak już bywa, że mamy kozaków potrafiących wygrywać turnieje Grand Prix, zdobywać medale, ale po tytuły sięgają inni.

- Dlaczego nikt nie potrafi postawić tej przysłowiowej kropki nad ,,i’’?

- To jest pewien paradoks, że będąc od lat centrum światowego żużla, mając najlepsze i najbogatsze rozgrywki ligowe, organizując najwięcej turniejów Grand Prix, dominując w rywalizacji drużynowej, indywidualnie nie możemy sięgnąć po złoto od czasów, kiedy na najwyższym stopniu stanął Tomasz Gollob. Nie potrafię racjonalnie powiedzieć czego brakuje. Zawsze w danym sezonie znajdzie się ktoś lepszy.  Przypomnę, że Gollob przez 20 lat dążył do wywalczenia złotego medalu i tylko raz mu się udało. A walczący z nim Tony Rickardsson sięgnął w tym okresie po sześć złotych medali.

- Może naszym brakuje jeszcze pełnego profesjonalizmu, umiejętności budowania hierarchii wartości imprez?

- Myślę, że nie jest to zależne od nacji, a indywidualnie od każdego zawodnika. Jeden walczy na maksimum umiejętności w każdych zawodach, drugi mobilizuje się na z góry określone rozgrywki. Nie zmienia to faktu, że coś w tym jest, że my dominujemy, ale śmietankę zawsze spijają inni. Może w tym sezonie to się zmieni.

- Dziękuję za rozmowę.

Robert Noga – doktor nauk humanistycznych. Wykładowca akademicki, dziennikarz, którego zainteresowania koncentrują się wokół historii sportu i kultury fizycznej. Autor lub współautor książek o tej tematyce. Jego praca ,,Żużel w PRL’’ była pierwszą w kraju rozprawą doktorską poświęconą historii sportu żużlowego i została potem wydana w formie książkowej. Publicysta prasowy oraz komentator radiowy i telewizyjny, współpracował między innymi z Wizją TV, TVP Sport, Polskim Radiem. Laureat wielu nagród dziennikarskich.