W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Albina, Wandy, Zenona , 23 czerwca 2018

Od ataku słownego do agresji jest tylko krok

2018-06-13

Z Moniką Wilk-Kang, etnologiem, dyrektor Biblioteki Gminnej w Bogdańcu rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22028.jpg

- Nadal prowadzi pani w szkołach i przedszkolach zajęcia dla dzieci, w których przybliża pani wiedzę o cudzoziemcach i uchodźcach?

- Naturalnie. To bardzo ważne, żeby młodzież, dzieci wyczulić na problemy ludzi z innych krajów. Chodzi o to, żeby być tolerancyjnym, więcej rozumieć z tego świata, który nas otacza. Im mniej znamy innych, tym mniej jesteśmy otwarci na świat, tym bardziej zamykamy się we własnych czterech ścianach. Jeśli nie znamy innych to się ich boimy. A te lęki trzeba przełamywać, przekuwać na znajomość kultury innych krajów. Dzieci nie mają uprzedzeń. Dla nich nie liczy się kolor skóry. I to jest bardzo dobry moment, żeby uczyć ich tolerancji. I tylko edukacja może tutaj spowodować zmianę postaw, budowę właściwe zachowania wobec innych. Należy uczyć otwartości na świat.

- Ma pani męża Chińczyka. Czy z tego tytułu spotkał panią kiedykolwiek ostracyzm?

- Nie. Ale spotykały mnie takie komentarze, że dobrze wybrałam, bo nie mam za męża Araba, albo Czarnoskórego, albo, co mnie najbardziej drażni, ciapatego. Moim zdaniem, to jest jedno z najohydniejszych określeń drugiego człowieka. Ale z drugiej strony zdarzają się i przyjemne wydarzenia. Czasami są to zabawne, czasami zaskakujące zdarzenia - takie jakie spotykają przecież każdego z nas.

- Jak pani sądzi, z czego wynika negatywna postawa wobec obcokrajowców?

- Coś się zmieniło. Zwyczajnie zmieniło się podejście do osób z innych krajów. Ja zwyczajnie nie wierzyłam, że coś się zmienia. Wydawało mnie się, że to dotyczy jakichś skrajnych organizacji, gdzieś tam daleko. Wydawało mi się, że nietolerancja, rasizm dotyczy skrajnych środowisk prawicowych. Ale okazało się to nieprawdą. Niestety, polityka i straszenia obcymi przynosi efekty. Pamiętam, kilka lat temu każdy obcokrajowiec był przyjmowany z uśmiechem, z zaciekawieniem. Nie było niegrzecznych zachowań. Natomiast dziś, kiedy rozmawiam z ludźmi, zwłaszcza z takimi, którzy nie wiedzą, że mam za męża cudzoziemca, słyszę różnego rodzaju komentarze pod adresem obcokrajowców – żeby nie przyjeżdżali. Czasami jak ktoś wie o moim mężu, to stara się to skomentować tak, jak mówiłam wcześniej, że dobrze, że nie jest kimś tam. Ja zawsze odpowiadam, że najważniejsze jest, jakim on jest człowiekiem. Jednocześnie muszę stwierdzić, że my osobiście – ja, mój mąż, syn, córka, tu, gdzie mieszkamy, nigdy nie doświadczyliśmy złych czy negatywnych zachowań. Może to wynikać z tego, że Bogdaniec nie jest duży i wszyscy wiedzą, że Lipu to mój mąż. I siłą rzeczy nie jest on osobą anonimową. Mój mąż jest bardzo pozytywnie odbierany. Dużo bardziej pozytywnie, niż się spodziewałam. Mąż chodzi na zakupy i w sklepie ludzie go czymś częstują. Albo się śmieją, że się nie mogą z nim dogadać, bo na przykład poszedł po kurczaka, a przyniósł wieprzowinę. Nie ma kłopotów czy w Urzędzie Gminy, czy w szkole, bo przecież mąż odprowadza dzieci do szkoły i przedszkola. Zresztą, syn też nie ma kłopotów, wręcz przeciwnie, jest bardzo lubiany. Wszyscy chcą się z nim bawić i to jest bardzo dobre. Ogólnie obaj są pozytywnie odbierani. Ale czasami zmienia się to, kiedy mąż jedzie do Gorzowa.

- Dla przykładu, co się dzieje?

- My z mężem rozmawiamy po angielsku. No i na ulicach słyszę nierzadko za nami komentarze, a ja zresztą dość chińsko wyglądam, więc ktoś może przypuszczać, że nie rozumiem tego co mówią. No i słyszę różne rzeczy. Ale nie tłumaczę ich mężowi. Bo i po co. Ale podczas weekendu byliśmy nad morzem i znów wszyscy super odbierali zarówno męża, jak i syna. Nie było żadnych rasistowskich komentarzy. Ale chciałabym wrócić do Gorzowa. Mnie w ubiegłym roku zaskoczyło jedno wydarzenie. To było jeszcze przed przyjazdem męża. Utrzymywałam już wówczas kontakty z Chińczykami, chciałam wiedzieć, co może go spotkać. I od nich usłyszałam, że teraz na zakupy to oni wychodzą trójkami. No i zwyczajnie nie mogłam uwierzyć, że w Gorzowie ktoś może się czuć zagrożony. Tym bardziej, że miasto jest wielokulturowe. A tu się okazuje, że jak Chińczycy wychodzili pojedynczo, to byli zaczepiani, komentowano ich obecność negatywnie. I to przez jakichś tam nastolatków. No i tu mi się zapaliła czerwona lampka – dlaczego? Jak coś takiego może się wydarzać. I to w mieście, gdzie tych ludzi jest sporo, bo pracują w całkiem sporej fabryce. Przyjechali tu do pracy, a nie na czyjś koszt. Było to dla mnie trudne do zrozumienia. Opowiem jeszcze jedno zdarzenie. Otóż jak ostatnio byłam w Gorzowie, to zaszłam do pewnego kebabu, który prowadzi Hindus. On mówi słabo po polsku, ale zwrócił uwagę na fakt, że ktoś jak wchodził do jego baru to nazwał go terrorystą. To już totalny brak wiedzy, że o kulturze tej osoby nie wspomnę.

- I to się dzieje w Gorzowie?

- Tak, w Gorzowie. Szczególnie takie zachowania zdarzają się wieczorami. Ten człowiek z Indii z tego kebabu usłyszał kilka razy, jak ktoś mówił do niego ciapaty. Ale najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że jeszcze jakiś czas temu chciał do Gorzowa sprowadzić rodzinę. Ale teraz już tego nie zrobi. Zwyczajnie zaczął się bać. I dla mnie to jest prosty wskaźnik, że coś jest mocno nie tak, skoro ktoś się boi sprowadzić tu rodzinę. Zwłaszcza jeśli chodzi o kogoś, kto tu mieszka, żyje i pracuje. Mówię o tym, bo nagle gdzieś zaczęło pokutować pojęcie, że ci ludzie żyją z naszych podatków. Ja zresztą bardzo nie lubię takich uogólnień, że oni chcą, oni żyją z naszych podatków. Mało kto wie, że aby przyjechać do Polski i dostać status uchodźcy, to trzeba pokonać olbrzymie trudności, masę biurokracji i trwa to bardzo długo. No i status uchodźcy dostaje zaledwie pięć procent ludzi, którzy się o to ubiegają. Ponadto obcokrajowcy, którzy nie są uchodźcami, także żeby pracować i żyć w Polsce muszą sporo się nachodzić po urzędach. Niczego nie dostają za darmo. Pracują dokładnie tak samo jak Polacy na całym świecie. Chcą po prostu godnie żyć.

- Od pewnego czasu w mieście i powiecie, podobnie jak i w kraju, pracuje sporo Ukraińców. Jak pani ocenia zachowania wobec tej nacji?

- Różnie. Wystarczy wejść w Internet i poczytać sobie bardzo niewybredne komentarze właśnie pod adresem Ukraińców. Lub się ustawić w kolejce w McDonalds w Gorzowie, to słychać mocno niewybredne komentarze wobec tych pań, które tam pracują, że powinny mówić lepiej po polsku. I powiem, że bardzo mnie boli, kiedy słyszę takie komentarze. Wydaje mi się, że od ataku słownego do agresji jest tylko krok. Trzeba się takim zachowaniom przeciwstawiać z mocą, choćby tym, że wchodzimy i mówimy w sklepach dzień dobry, uśmiechamy się do obcokrajowców, jak trzeba, to mocniej się przeciwstawiamy.

Chciałabym jeszcze dodać kilka pozytywnych zachowań w Gorzowie, bo przecież to moje rodzinne miasto, często tu bywam. Nie jest tak, że wszyscy są dla nas niemili, czy się nie uśmiechają. Tak nie jest. Mamy wielu przyjaciół, spotykamy się z ludźmi i rozmawiamy. Po prosto złe zachowania są bardziej widoczne, ja osobiście bardziej je przeżywam, bo przecież dotyczą mojej rodziny. Ale jest też wielu naprawdę pozytywnych ludzi, oni nie raz nam pomogli i skłamałabym, gdybym uważała, że moje rodzinne miasto składa się z ludzi źle wychowanych i nietolerancyjnych. Chciałabym wrócić do początku mojej rozmowy. Uczmy ludzi tolerancji, otwartości - zacznijmy od szkół i miejmy nadzieje, że pomału wrócimy do otwartości i gościnności z której słynęliśmy na całym świecie.

- Dziękuję.

Fot. Archiwum Moniki Wilk-Kang