W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Maury, Milany, Tomasza , 22 września 2018

Zielona Góra wyznacza szlaki dla nas obecnie nieosiągalne

2018-06-27

Z Jerzym Synowcem, adwokatem, radnym i działaczem sportowym, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_22148.jpg

- I po co panu to było?

- Mówi pan zapewne o działalności piłkarskiej?

- Tak.

- Od kilkudziesięciu lat mam wewnętrzną potrzebę działania w sporcie. Kiedyś nawet uprawiałem dyscyplinę, o której dzisiaj możemy tylko poczytać w książkach. Mowa o szermierce. Byłem zawodnikiem Warty Gorzów, moim trenerem był znany w tamtych latach Wiktor Kapczyński. Walczyliśmy na stosunkowo wysokim poziomie, jeździliśmy nawet na zagraniczne zawody, co było dużym wydarzeniem. Bardzo często walczyliśmy z kolegami z Zielonej Góry, którzy też mieli silną sekcję.

- To jest jedyny powód, dla którego postanowił zostać pan działaczem sportowym?

- Nie. Kiedy w mieście zaczął jednak upadać żużel poczułem potrzebę, jako kibic, pomóc Stali. Oczywiście nie sam, ale z grupą przyjaciół. I tak spędziłem tam 11 lat. Odszedłem, ponieważ wyczerpały się możliwości. Pozostawiłem jednak razem z kolegami z zarządu parę medali w klubowym skarbcu. I nie tylko. Zorganizowaliśmy finał indywidualnych mistrzostw świata juniorów, co w tamtych realiach było sporym wydarzeniem. Podobnie jak to, że ściągnęliśmy do Gorzowa największe żużlowe gwiazdy, Billy Hamilla, Jasona Crumpa czy Tony Rickardssona. Dzisiaj wszystko tak spowszedniało, że wystarczą tylko pieniądze, a zorganizowanie Grand Prix nie jest żadnym problemem, nie mówiąc o zakontraktowaniu mistrza świata.

- Przed piłką nożna był jeszcze tenis stołowy i Gorzovia.

- Grałem i gram w tenisa stołowego amatorsko i kiedyś zostałem poproszony o pomoc klubowi, który pałętał się gdzieś w regionalnej lidze i swoje mecze rozgrywał w wiejskich salkach. Przez siedem lat byłem przy klubie. W tym czasie drużyna awansowała do najwyższej klasy rozgrywek, zdobyła trzy medale w lidze, Puchar Polski oraz Superpuchar. Doczekała się pięknej hali w centrum miasta. Zostawiłem klub w dobrej sytuacji finansowo-organizacyjnej.

- I tak doszliśmy do futbolu i Stilonu. Znowu przypadek zadecydował o tym, że znalazł się pan przy tym klubie?

- Tak. Kiedy klub obejmowali tak naprawdę kibice pod przewodnictwem Mariusza Stanisławskiego redaktor Robert Gorbat zachęcił mnie, żebym włączył się do działań. Powiedziałem, że na piłce nie znam się na tyle, żeby się szarogęsić i wymądrzać, ale zgodziłem się lobować na rzecz Stilonu. Pomagałem również w zdobywaniu środków finansowych i przez pięć lat wszystko toczyło się nieźle. Zawodnicy terminowo otrzymywali niewielkie wypłaty, klub się powoli rozwijał i miało być już tylko lepiej. Niestety, nagle wszystko się zawaliło. Zarówno organizacyjnie, jak i sportowo.

- Tak z ręką na sercu, jest pan kibicem żużla, tenisa stołowego czy piłki nożnej?

- Generalnie jestem kibicem gorzowskiego sportu. Jeszcze jako młody człowiek jeździłem po kraju za naszymi żużlowcami, ale i piłkarzami, kiedy awansowali do drugiej ligi. Chodziłem również na hokej, potem na koszykówkę kobiet.

- Przez ostatnie lata słyszeliśmy, że problemem Stilonu są złe władze samorządowe. A może najpierw środowisko tego klubu powinno spojrzeć na siebie i powiedzieć, czy wykorzystało ostatnich kilka lat na odbudowę futbolu w klubie?

- Nie można oczywiście mówić, że władze samorządowe uprzykrzały życie Stilonowi. Jeżeli coś można zarzucić prezydentom i radnym kilku kadencji, to trochę lekceważące podejście do piłki, która – czy to się komuś podoba czy nie – dominuje w świecie. Pokazuje to choćby mundial w Rosji. Nie można tej dyscypliny porównywać do jakiekolwiek innej, bo żadna nie zdobędzie takiej popularności. Nie tylko w sensie promocyjnym czy ilości interesujących się tym sportem kibiców, ale szczególnie w sensie zainteresowania młodzieży. Proszę spojrzeć, ilu młodych ludzi kopie piłkę? W samym tylko Gorzowie. To są setki dzieci, niekiedy wręcz zabijają się one o miejsce w akademiach piłkarskich. I moja pretensja do miasta jest tylko jedna. Nigdy nie postawiono sobie za cel zbudowanie porządnej bazy sportowej, w tym kameralnego stadionu. To jest warunek budowy dobrej piłki oraz rozwijania szkolenia. Pomimo petycji, zbierania podpisów, różnych obietnic temat ten dalej stoi w martwym punkcie, a bez tego jest naprawdę cokolwiek trudno rozwinąć. Miasto koncentruje się na żużlu, teraz stawia na budowę hali i ciągle odpycha od siebie piłkę.

- Problem ten zapewne nie dotyczy tylko Stilonu?

- Dotyczy całego lubuskiego piłkarstwa. Jest ono bardzo słabe organizacyjnie, czego przykładem jest brak choćby jednej drużyny w drugiej lidze. Władze lubuskiej piłki nie mają żadnego pomysłu, jak rozwijać ten sport w regionie. Podobnie wygląda to w Stilonie, szczególnie w ostatnich dwóch sezonach, w trakcie których mieliśmy czterech prezesów. Do tego nie udało się zbudować porządnego środowiska sponsorskiego, które w sposób stabilny wspierałoby nasz futbol.

- Jakie zostały popełnione najpoważniejsze błędy w samym klubie?

- Wrócę jeszcze do historii. Nieszczęście wzięło się z chwilą odejścia prezesa Sylwestra Komisarka w 2011 roku. Wielkim błędem, którego skutki do dzisiaj odczuwamy, było to, że miasto w tym czasie nie wsparło organizacyjnie i finansowo klubu, bo można było uratować pierwszą ligę. Dochodzenie z powrotem do tego miejsca może trwać kilkanaście lat. Przypomnijmy, że w podobnej sytuacji wcześniej znalazł się żużel. Miasto w najtrudniejszym czasie wspomogło klub, desygnowało nawet swoich przedstawicieli do nowych władz i Stal z czasem się fajnie rozwinęła. Jeżeli chodzi o sam klub, to na pewno zabrakło tutaj osoby z charyzmą, prezesa o silnej osobowości, dominującego nad resztą, ale i potrafiącego skupić wokół siebie ludzi o sporych możliwościach finansowych. Spójrzmy na Legię Warszawę. Tam od kilku lat trwały wieczne kłótnie pomiędzy właścicielami, bo każdy miał inną wizję. Obecnie całkowitą władzę ma jeden człowiek i przypuszczam, że zaprocentuje to coraz wyższym poziomem prezentowanym przez ten zespół. Oczywiście nasze problemy należy mierzyć inną miarą, ale mechanizm wszędzie jest podobny.

- Mówiąc trochę ironicznie można powiedzieć, że Stilon właśnie powrócił na czołówki w mediach, ale nie w aspekcie sportowym. Czy taka wizerunkowa porażka i strata jest do nadrobienia w perspektywie najbliższych tygodni, bo już trzeba myśleć o nowym sezonie?

- Sytuacja jest oczywiście trudna pod wieloma aspektami. Po pierwsze, zadania ratowania klubu tak naprawdę podjął się jeden człowiek. Mówię tutaj o nowym prezesie, Piotrze Biłko. Jedna osoba to za mało. Musi on szybko dobrać sobie dwóch lub trzech sprawnych współpracowników i zacząć działać z nimi. Druga sprawa, o której pan mówi, to odbudowa wizerunkowa klubu. Jest to możliwe pod warunkiem wprowadzenia przejrzystości funkcjonowania stowarzyszenia. Dalej, trzeba mieć zaufanie do trenera, który zbuduje drużynę w oparciu o miejscowych piłkarzy lub z okolic. To są oczywiście ruchy doraźne, bo w dłuższej perspektywie czasu trzeba po prostu zbudować profesjonalnie działający klub.

- Co można zrobić, że przyciągnąć sponsorów, bez których gra nawet w trzeciej lidze jest niemożliwa?

- Przede wszystkim stworzyć nowocześnie działający pion marketingowy. Nie mogą do niego trafić przypadkowe osoby, ale potrafiące poruszać się w obecnych realiach. Nie może to też działać na zasadzie wolontariatu. Powiem więcej, szef takiego pionu powinien stać się kluczową osobą w klubie. Mówiąc o budowie takiego działu nie mam na myśli samo zbieranie pieniędzy, ale przyciągnięcie z powrotem na stadion kibiców. Zainteresowanie futbolem w mieście jest bardzo duże, lecz nie przekłada się to na frekwencję.

- Stać Gorzów na dwa piłkarskie ośrodki, czyli Stilon i Wartę, które w nowym sezonie występować będą na tym samym poziomie rozgrywek?

- Oczywiście, że stać. Są miasta o podobnej wielkości jak Gorzów, mające także po więcej niż jeden klub. Choćby Bielsko-Biała, Bytom, Częstochowa. Nie w liczbie klubów jest problem. W Gorzowie jest miejsce na żużel, dwa kluby piłkarskie i na inne dyscypliny. Miasto się bogaci, nasi mieszkańcy również, a Gorzów zawsze stawiał na silny sport i powinien czynić to dalej.

- Czy jako prawnik uważa pan, że sprawa zniknięcia z klubowych kont sporej ilości pieniędzy zostanie szybko wyjaśniona, żeby nie stała się też pewnym garbem i obciążeniem dla Stilonu?

- W każdej sprawie od jej wszczęcia do zakończenia musi upłynąć sporo czasu. Myślę, że trzeba tutaj rozdzielić dwie sprawy. Pierwsza dotyczy klubu. Nowy prezes powinien za kilkanaście dni podać do publicznej wiadomości aktualny stan rzeczy i skupić się już na otwarciu nowej karty. Natomiast postępowania prokuratorskie, potem ewentualnie sądowe będą się toczyć niezależnie już od działalności klubu. Nowe władze zgłosiły wszelkie nieprawidłowości do prokuratury, niedawno mieliśmy kolejne przykre zdarzenie, ponieważ jeden z działaczy dokonał włamania do siedziby klubu i w tym przypadku też toczy się już postępowanie.

- Teraz trochę o lokalnej polityce. Dlaczego pana zdaniem działalność gorzowskiej rady miasta skutecznie zniechęca do aktywności samorządowej?

- Ponieważ rada miasta jest zbyt mocno upolityczniona. Uważam, że to ciało powinno zajmować się tylko sprawami miejskimi, zaś barwy partyjne powinny mieć drugo, trzecio-, a może nawet pięciorzędne znaczenie. Niestety, szczególnie w obecnej kadencji polityka odgrywa istotną rolę w działaniu radnych. Takim najbardziej upolitycznionym klubem jest PiS. Ponadto część radnych działa w sposób koniunkturalny. Chcą być w radzie tylko dla pożytków. Takim klubem konfiturowym jest Gorzów Plus. Mam nadzieję, że w nadchodzących wyborach szansę dostaną ludzie, dla których praca w radzie będzie służbą dla miasta, a stać za nimi będzie ich dorobek zawodowy oraz społeczny na rzecz miasta i mieszkańców. Nie może być tak, że są radni, którzy przez całą kadencję nie są w stanie otworzyć choć raz ust i ja nie znam nawet ich głosu. Gdyby w miejscu, gdzie oni siedzą, posadzić kartonowe figury nikt nawet nie zauważyłby ich nieobecności. Naprawdę to są rzeczy niebywałe, że są radni nie mający zielonego pojęcia o mieście.

- Czym się powinni zajmować radni, bo jako mieszkaniec miasta mam wątpliwości, czy powinny to być zapchane studzienki, remont jednego czy drugiego garażu oraz podejmowanie decyzji o podniesieniu czynszu za wynajem kiosku z lodami?

- Na pewno radni powinni mieć stały kontakt z wyborcami i pomagać im nawet w najdrobniejszych sprawach, ale w pełni uzasadnionych. Trudno spodziewać się, żeby radni załatwiali komuś pracę, wyciągali ludzi z więzień czy rozwiązywali problemy w rodzinach. A często tak bywa, że na dziesięć przychodzących do mnie osób osiem chce żeby załatwić im prywatne sprawy. Nie mogę na to się obrażać, gdyż jest to koszt funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Najważniejszą sprawą jest, o ile chce się działać skutecznie, mieć większość w radzie. Wtedy jest się partnerem dla prezydenta i można zrobić naprawdę mnóstwo fajnych rzeczy, ponieważ każdy prezydent musi taką współpracę podjąć. Ustawowa władza prezydenta miasta jest na pewno bardzo duża, ale można ją zrównoważyć, jeżeli większość w radzie stanie się podmiotem a nie zwykłą maszynką do głosowania. Dlatego zachęcam, żeby wyborcy myśleli, poprzez głosowanie, o zbudowaniu dobrej większości w radzie. Zadaniem radnych powinno być pchanie miasta do przodu, a nie zajmowanie się mało istotnymi sprawami czy prowadzeniem działalności zmierzającej do poprawy własnego bytu.

- Czy w obliczu zmniejszenia wynagrodzeń samorządowcom opłaca się startować w wyborach prezydenckich?

- Jest to problem całej Polski, nie tylko Gorzowa. Jest to w ogóle problem naszych elit politycznych. Zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym. Bez względu na to, czy zmniejszymy zarobki czy byśmy je utrzymali generalnie nie są one na tyle atrakcyjne, żeby ludzie z dużym dorobkiem życiowym, zawodowym szukali miejsca w polityce. Oczywiście, do polityki nie powinno się iść dla pieniędzy, ale żeby rządzić przykładowo miastem ten poziom wynagrodzenia musi znajdować się na akceptowalnym poziomie. Praca prezydenta miasta to w rzeczywistości praca na półtora, a może i dwa etaty, z weekendami włącznie. Prezydent nie może dorobić sobie, dlatego płaca na poziomie sześciu tysięcy złotych plus dodatki nie jest kwotą zachęcają kompetentnych ludzi do startu w wyborach. Dzisiaj w firmach prywatnych na wcale nie najwyższych stanowiskach zarabia się więcej. Obawiam się, że coraz częściej prezydentami, burmistrzami i wójtami oraz ich zastępcami zostawać będą co najwyżej pasjonaci o niewielkich kompetencjach.

- Dlatego mamy taką sytuację, że niektórzy znani już nam kandydaci, szykujący się do kampanii wyborczej, z jednej strony mówią, że chcą wygrać, z drugiej marzą jednak o pozostaniu na obecnych stanowiskach, gdzie zarabiają dwu lub trzykrotnie więcej?

- Oczywiście. Sam zresztą rozmawiałem z paroma osobami mogącymi spróbować sił w wyborach, ale powiedzieli mi wprost, że jest to wykluczone. Byłaby to dla nich tak duża degradacja finansowa, że nie mogą sobie na to pozwolić. Prezydent takiego miasta jak Gorzów tak naprawdę zarządza firmą mającą ponad 100 tysięcy udziałowców, dysponującą kilkusetmilionowym budżetem, a zarabia mniej niż wielu przedstawicieli małych firm.

- A zabrałby pan diety radnym?

- To jest zupełnie coś innego. Radnymi powinni być ludzie działający na rzecz miasta społecznie. Pozostawiłbym niewielką dietę, będącą pokryciem utraconego zarobku na czas bycia na komisjach, sesji oraz na pokrycie dojazdów. Niech to będzie na poziomie dwóch dni, kwota wyjątkowo symboliczna. Faktem jest, że radni obecnie nie dostają szalonych pieniędzy, bo jest to na poziomie około 1.400 złotych miesięcznie, aczkolwiek dla niektórych jest to ważny dochód w budżecie rodzinnym. Chodzi tylko o to, żeby dieta nie stanowiła żadnego argumentu przy podejmowaniu decyzji o starcie w wyborach.

- Przed czterema laty mówił pan z dużym optymizmem, że po wyborach w Gorzowie dużo się zmieni. I tak też się stało, czego przykładem był wybór nowego prezydenta. Czy dzisiaj powtórzyłby pan te słowa w obliczu zbliżających się kolejnych wyborów?

- Jeżeli chodzi o wybór prezydenta, to nie spodziewam się jakiś zaskakujących rozstrzygnięć. Kandydatów jest niewielu, obecny prezydent wcale nie musi wygrać, ale też nie należy spodziewać się wygranej kogoś, na kogo dzisiaj nikt nie stawia. Natomiast liczę na spore przetasowania w radzie miasta. Moim celem będzie stworzenie większości. Tylko w ten sposób możemy wspomagać prezydenta, jeżeli będzie miał dobre pomysły, pchające miasto do przodu. Jeśli dalej będzie preferował pomysły szkodzące miastu, wtedy trzeba będzie go blokować. Są na to sposoby.

- Dlaczego często zachęca pan, żeby brać przykład z Zielonej Góry?

- Bo to miasto wyznacza szlaki dla nas obecnie nieosiągalne. Mam tutaj szczególnie na myśli edukację. Uniwersytet Zielonogórski rozwija się bardzo dynamicznie, posiada nowoczesne kierunki. U nas trwa zaś dyskusja co jest ważniejsze: Akademia im. Jakuba z Paradyża, nazwana akademią trochę na wyrost czy Zamiejscowy Wydział Kultury Fizycznej. Przez to studentów mamy tyle, co kot napłakał, a stworzone kierunki naprawdę niewielu już interesują. My się kłócimy, a w Zielonej Górze się konsolidują. Druga sprawa to gospodarka. Ciągle w Gorzowie mówimy o rozbudowie przemysłu. Rozumiem, że pamiętamy czasy Stilonu, Ursusa, Silwany, Stolbudu. Rozumiem, że tęsknimy do tamtych lat, ale zacznijmy myśleć o przyszłości. Postawmy na wysoko kwalifikowane usługi, bo to one nadają trend rozwoju miasta, a nie zakichany przemysł. Mamy wystarczającą liczbę różnych montowni, w których kadrę zarządzającą tworzą głównie ludzie spoza Gorzowa i Polski. Nasi mieszkańcy zajmują się zaś wiązaniem kabelków czy pakowaniem telewizorów. W Zielonej Górze powstało mnóstwo rodzimych firm, które już dominują nie tylko w kraju, ale znane są w Europie. Dominują, bo wdrażają nowoczesne technologie w usługach. A jak coś się buduje, to stymulatory dla samolotów. Myśl technologiczna zaczyna być tam bajkowa, a my zastanawiamy się nad kolejnymi fabrykami azbestu i nawozów sztucznych. Na południu województwa myślą o 22 wieku, my ciągle jesteśmy w 19 wieku. 

- Dlaczego klub Kocham Gorzów zwleka ze wskazaniem kandydata na prezydenta?

- Zapewniam, że ciężko pracujemy a ta praca została podzielona na trzy etapy. Pierwszy właśnie dobiega końca i dotyczy przygotowania solidnych list do rady miasta, na których znajdą się bardzo znane i szanowane postacie. W lipcu chcemy zakończyć sprawy programowe, a w sierpniu zaczniemy kampanię wyborczą. Zaczniemy ją z chwilą ogłoszenia daty wyborów, bo tak pozwala prawo. Nie chcemy go łamać, jak czynią to inni prowadzący już taką kampanię. W tym też czasie prawdopodobnie zgłosimy naszego kandydata na prezydenta. Na razie jeszcze go nie mamy. Jak wspomniałem, ci, których widzielibyśmy w tej rywalizacji za bardzo nie chcą, a ci co chcą, nie mają naszej akceptacji.

- Dziękuję za rozmowę.