W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2018

Wolimy wymyślać sami, najczęściej bezskutecznie

2018-07-11

Z Ryszardem Broniszem, gorzowianinem zaangażowanym w sprawy miasta, prezesem PTTK-Stilon, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_22256.jpg

- Gorzów przez ostatnie cztery lata zmienił się na korzyść?

- Odpowiem krótko: uległ zamrożeniu. I to w odniesieniu do wszystkiego. Nie chcę tutaj nikogo krytykować, na nikogo narzekać, ale mam wrażenie, że na tym etapie ulegliśmy hibernacji i dalej w niej  tkwimy.

- Kiedyś jednak ten lód musi się stopić?

- Nie potrafię przewidzieć przyszłości. Życzę sobie i mieszkańcom oby jak najszybciej.

- Ale gdzieś te pierwsze łopaty zostały wbite, stare tramwaje zniknęły, a lepiej to dopiero ma być?

- Być może. Wierzę w to. Co z tych wielkich planów wyjdzie, zobaczymy za kilka lat. Wtedy będziemy oceniać. Dlaczego tak mówię? Jak obserwuję prowadzone w tej chwili inwestycje to widzę, że tylko kilkanaście procent prac jest realizowanych na odpowiednio wysokim poziomie.

- Czyli coś tam się dzieje, a nawet potrafimy coś zrobić?

- Raczej nie my, a firmy. Czasami uda się trafić i wybrać profesjonalistów, którzy bez specjalnego nadzoru potrafią budować na europejskim poziomie. I wykorzystują do tego nowoczesne rozwiązania. Niemniej nadal dominuje bylejakość. I to warto w pierwszej kolejności szybko zmienić. Głównie tzw. nadzór właścicielski.

- Jak przysłuchuje się pan lokalnej debacie o mieście, to co pan sobie myśli?

- Mam wrażenie, że nie potrafimy rozmawiać, a już na pewno nie potrafimy doprowadzić pewnych spraw do końca. Takim klasycznym przykładem były słynne alejki lipowe przy ul. Marcinkowskiego. To one tak naprawdę zmiotły poprzedniego prezydenta i stały się trampoliną dla nowej siły politycznej w mieście. Niedawno byłem na Marcinkowskiego i zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy. Tak się zastanawiam, po co nad czymś dyskutować, również w mediach społecznościowych, jak słowa i tak trafiają w próżnię.

- Może chodziło tylko, żeby gonić króliczka, a nie go od razu złapać?

- Jak rozmawiam ze znajomymi na temat rozwoju miasta, to niemal wszyscy są zgodni, że najlepiej wychodzi nam gra w ,,pomidora’’. Nawet jak ktoś powie coś naprawdę bardzo mądrego, wartego szerszej dyskusji, najczęściej słyszy ,,pomidor’’. Każdy jest przy własnym zdaniu, nawet gdyby było ono nie najlepsze.

- Dyskusja na miejskie tematy powinna być chyba sprowadzona do prezentacji konkretnych pomysłów i propozycji, z uniknięciem elementów partyjno-politycznych?

- Najczęściej rozdzwaniają się dzwoneczki, pojawiają się zapowiedzi, konsultacje, ludzie przestawiają pomysły i zapada głęboka cisza. Po czasie dowiadujemy się, że to czy tamto zostaje odłożone w czasie. Jestem za tym, żebyśmy nie tworzyli wielkich planów na kilka lat, ale w miarę naszych możliwości skonkretyzowali, co chcemy zrobić w najbliższym czasie, na co nas stać i zacznijmy to robić.

- Niedawno powstała Gorzowska Rada Seniorów. Czy oznacza to, że lokalne władze chcą korzystać z doświadczeń starszych mieszkańców?

- Nie tylko ze względu na wiek mam szeroki kontakt z seniorami ale również jako prezes Oddziału Zakładowego PTTK-Stilon. W naszym stowarzyszeniu działa 250 osób, z których zdecydowana większość to emeryci. Nie odczuwam tego, żebyśmy byli proszeni i zachęcani do dzielenia się naszym doświadczeniem, wiedzą. W Gorzowie jest około 30 tysięcy seniorów. To jest potężna armia wyborców, która w każdej chwili może przewrócić każdą władzę w mieście. Lokalni politycy zdają sobie z tego sprawę. Dlatego ja postrzegam te działania jako chęć przeciągnięcia ich na swoją stronę.

- Nie za ostra to ocena?

- Może są to mocne słowa, ale tak to odbieram. A dlaczego? Bo widzę, że dla młodych ludzi świat tak naprawdę powstał z chwilą ich pojawienia się na nim. I to co oni teraz wymyślają jest najlepsze, idealne i jedynie mądre. A naprawdę w mieście mamy sporą grupę osób dojrzałych, bardzo mądrych, z dużym potencjałem intelektualnym i dorobkiem zawodowym, które mogłyby jeszcze dużo wnieść w rozwój miasta. Dobrą rzeczą było na pewno utworzenie Karty Seniora, bo dla jest wielu emerytów o skromnych dochodach, dla których oszczędność każdej złotówki jest ważna.

- Od wielu lat mamy otwarty świat, mieszkamy w pobliżu kilku dużych miast, a nawet jednej stolicy bardzo ważnego państwa europejskiego. Jako gorzowianie umiemy czerpać od nich wzorce?

- Bardziej konsumujemy niż czerpiemy przykłady. Ze względów rodzinnych mam okazję często jeździć do Berlina i znam sporo osób, które chętnie tam się wybierają, żeby korzystać z dobrodziejstw kulturalnych, sportowych czy innych, jakie oferuje to miasto. Podobnie jest z Poznaniem czy ze Szczecinem. Koszty dojazdów, szczególnie w większych grupach są niewielkie. Można wybrać się nawet na jeden dzień i sporo ciekawych rzeczy obejrzeć. Natomiast nie czerpiemy wzorców, nie staramy się adaptować ciekawych rozwiązań na gorzowski grunt. Wolimy wymyślać sami, najczęściej bezskutecznie.

- Dlaczego?

- Ponownie muszę dokonać pewnego podziału wiekowego. Inaczej na to wszystko spoglądają osoby, które w dawnych czasach mogły tylko pomarzyć o wyjeździe za granicę, a inaczej ci, dla których to jest coś naturalnego. I zapewne w trakcie tych wyjazdów nie zwracają uwagi na detale. Dla nich wszystko jest normalne. Poza tym, ktoś musiałby zawodowo  tym się zająć?

- Prezydent, urzędnicy, radni…. Oni przecież też jeżdżą po świecie i chyba nie są obojętni na ciekawe pomysły, którymi potem mogliby wykorzystać w swej pracy?

- Przyznaję tu rację. Niedawno byłem z grupą z PTTK-u na wycieczce objazdowej szlakiem winnic i miodu wokół Zielonej Góry. Wszyscy byliśmy zachwyceni. Podobny szlak jest w rejonie Mierzęcina, gdzie znajduje się kilka winnic wcale nie gorszych od tych na południu województwa. Myślę, że takie rzeczy powinny być szerzej eksponowane także przez Gorzów, jako stolicę północnej części województwa. To tylko drobny przykład.

- A czy potrafimy współpracować z sąsiednimi gminami w zakresie turystyki?

- Nie potrafimy stworzyć nawet porządnego punktu informacji turystycznej, a co dopiero mówić o szerokiej współpracy. Naprawdę nie trzeba tutaj wielkich fajerwerków. Wystarczy pojechać do Zielonej Góry i zobaczyć w ratuszu jak powinien wyglądać porządny punkt informacyjny. Zachęcam, żeby odpowiedzialny za promocję miasta urzędnik przejechał się do naszych sąsiadów. Od tego należałoby zacząć.

- Co potem?

- Odpowiedzieć sobie na pytanie, w jakim celu i po co goście mieliby przyjeżdżać do Gorzowa? Nie jesteśmy Poznaniem czy Szczecinem, ale posiadamy sporo walorów. Jednym z nich są wnukowie landsberczyków, którzy chętnie przyjeżdżają do nas. Przez nich można byłoby naprawdę się dobrze promować, ale trzeba stworzyć ku temu warunki. Powinniśmy jeszcze mocniej otworzyć się na historię miasta. Miasto nie ma nawet własnego muzeum. Również poprzez współpracę z gminami warto stworzyć dogodne warunki wypoczynkowe, traktując Gorzów jako główną bazę. Na razie jednak jest tak, że jak my robimy Dni Gorzowa, to w Santoku robią swoje dni. Dlaczego nie można ich połączyć z wykorzystaniem potencjału  Warty?

- Ostatnio miał pan okazję zwiedzić kraje skandynawskie. Co by pan przeniósł stamtąd na nasz grunt?

- Komunikację kolejową. Ona nie jest doceniana, zwłaszcza w obszarze częstotliwości i punktualności kursowania pociągów w najbliższym otoczeniu. To nie muszą być duże składy. Chodzi o to, żeby na powrót przyzwyczaić ludzi do poruszania się pociągami na krótkich trasach. Bardzo dobrze zaczyna to wyglądać już w Wielkopolsce, gdzie ruszyła Poznańska Kolej Metropolitarna. Grupuje ona dziewięć miast w rejonie Poznania. Przejazd przykładowo z Wągrowca do Poznania trwa niespełna pół godziny. Samochodem jedzie się przynajmniej godzinę, a autobusem jechaliśmy 2,5 godziny.

- Gorzów sam w sobie nie ma takich możliwości, żeby zbudować taką siatkę połączeń z najbliższymi miejscowościami.

- Zgadza się, ale trzeba zachęcać kolej do takich działań. Mamy przecież linię kolejową  z Kostrzyna przez Gorzów do Krzyża i dalej w Polskę. Gorzów przez PKP zawsze traktowany był  po macoszemu.  Dostrzegam brak współpracy władz miasta z PKP. Przykładem jest kładka na moście.

- Pytanie, czy byłoby zainteresowanie ze strony pasażerów?

- Z takim samymi wątpliwościami borykali się w Poznaniu. Najważniejsze jest przekonanie do korzystania z kolei, która zaczyna być pod wieloma względami najatrakcyjniejszą formą przewozów. Przy stacjach muszą być parkingi, żeby ludzie mogli zostawić na kilka godzin auto lub rower i dalej poruszać się pociągiem. Proszę spojrzeć, że były obawy z połączeniami z Kostrzyna do Berlina i dalej do Gorzowa. Okazuje się, że ludzie chętnie jeżdżą. Dobrze byłoby tylko, żeby w okresie letnim ostatni pociąg ze stolicy Niemiec wyjeżdżał nieco później niż teraz ma to miejsce.

- Zapewne Gorzowska Kolej Metropolitalna to melodia przyszłości. A co by pan przeniósł ,,od ręki’’?

- Porządek. Ja tam nigdzie nie widziałem pojemników z odpadami na ulicach. Przestrzeń jest wolna od niechlujnych banerów i różnej maści reklam. Widać, że tamtejsza ustawa krajobrazowa działa prawidłowo. Do tego widać, że elewacje budynków są robione pod czujnym okiem architektów. U nas jak spojrzymy choćby na dachy budynków od strony Wału Okrężnego, to od razu na myśl przychodzi brzydkie powiedzenie ,,każdy dach z innej hurtowni’’. Skoro już coś remontujemy róbmy to z sensem. Mamy ładny bulwar, zaraz będzie ładna estakada i oczy dalej będą kierowane na brzydkie budynki. Tego powinniśmy unikać, zwłaszcza że mamy architekta odpowiedzialnego za nadzór. Rozumiem, że nie wszystkich stać na efektowne remonty, ale niech będzie przynajmniej schludnie.

- Nie będzie arboretum na błoniach za Gorzowską Filharmonią. Choć sam pomysł jest ciekawy, to mam wątpliwości, czy dojrzeliśmy do tego, żeby fundować sobie ogród dendrologiczny. A pan?

- Jako gorzowianin zawsze będę za tym, co ubogaca miasto. Jestem pełen podziwu dla inicjatora utworzenia arboretum. W przypadku jednak arboretum jest za dużo niewiadomych, żeby zabrać tu rozsądny głos. Akurat troszkę na tym się znam, jestem kolekcjonerem drzewek bonsai i wiem, ile trzeba serca wkładać w utrzymanie takich roślin. Dlatego zachęcałbym najpierw do uporządkowania pięknych parków, których w mieście nie brakuje. Mamy Park Kopernika, Siemiradzkiego, Wiosny Ludów czy nawet kompletnie zaniedbany park przyszpitalny przy Walczaka. Nauczmy się dbać o przyrodę. My, póki co, nawet nie potrafimy utrzymać miejskiej zieleni w należytym porządku. Ostatnio zwróciłem uwagę, że wzdłuż nieczynnego torowiska tramwajowego niedaleko Hotelu Gorzów rosną krzaki na wysokość dwóch metrów. Za rok potrzebni będą pilarze, żeby  je usunąć.

- Dużo mówi się o rozwoju gospodarczym miasta, cokolwiek to miałoby znaczyć. Na co by pan postawił: przemysł czy innowacyjne usługi?

- I znowu padają tylko hasła. Co oznacza pojęcie ,,innowacyjne usługi’’? Kiedyś pracując w dawnym Społem w komórce innowacyjno-wdrożeniowej opracowywaliśmy nowe rodzaje chleba. Mając do dyspozycji wspaniałych technologów nie było to trudne. Problemem było zdobycie odpowiednich surowców. Potrafiliśmy wtedy wyprodukować kilkanaście rodzajów chleba. Dzisiaj jest to już powszechne. O innowacyjności moglibyśmy mówić wtedy, gdybyśmy dysponowali odpowiednio przygotowanymi ośrodkami i wykwalifikowaną kadrą. Takie jakie są choćby w Krakowie. Tam znajdują się centra pracujące dla potrzeb firm europejskich. A u nas, co mamy? Kiedy byłem w Estonii miałem przyjemność być w ośrodku innowacyjno-wdrożeniowym w pobliżu Tallina, który działa w ramach Unii Europejskiej. Tam projektowane są trasy przebiegu Rail Baltica, czyli kolei wokół Bałtyku. Pracuje się nad koncepcją budowy tunelu między Tallinem i Helsinkami. Młodzi inżynierowie zastanawiają się nad formułą przewozów z wykorzystaniem kapsuł magnetycznych. Analizują też lory wagonowe. To pokazuje, jak świat biegnie do przodu, a innowacyjność to nie proste słowa. Za tym kryją się ogromne pieniądze. Dlatego mówmy o konkretach, które są realne do zrealizowania.

- Oczywiście nie mogę zapytać o kierowany przez pana oddział zakładowy PTTK-Stilon, który w ubiegłym roku obchodził 50-lecia działalności. Dlaczego ciągle w nazwie jest zakładowy oraz Stilon, skoro z przedsiębiorstwem nie macie już nic wspólnego?

- Nie w nazwie rzecz, a w aktywności. To również sentyment. Stilon zawsze kojarzony jest i będzie z Gorzowem.  Jesteśmy stowarzyszeniem nie prowadzącym działalności gospodarczej. Działamy na rzecz naszych członków na zasadzie wolontariatu. Sami zbieramy środki na działalność, wynajmujemy małe biuro, ale najważniejsze, że potrafimy w ciągu roku zorganizować ponad 30 ciekawych imprez. Różnych, od jednodniowych do nawet dziesięciodniowych. Naszą tegoroczną sztandarową wyprawą będzie sierpniowy wyjazd na Roztocze, w rejon Kazimierza i Zamościa.  Jak wspomniałem, mamy 250 członków płacących składki, ale do tego należy doliczyć grupę sympatyków, którzy  jeżdżą z nami po całej Polsce na ciekawe wydarzenia muzyczno-kulturalne.  W tym gronie brakuje młodzieży i osób ze średniego pokolenia, ale nie dlatego, że nie są oni zainteresowani turystyką. Wolą jednak bardziej ekstremalne wypady. My jesteśmy bardziej zachowawczy. Ostatnio byliśmy w Sudetach po stronie czeskiej i zaplanowaliśmy sobie wejścia na takie „górki” aby wszyscy mogli na nie wejść i zejść.  Były to górki o wysokości niewiele ponad 1200 metrów. Oczywiście byli tacy, którzy mogliby pójść dużej wyżej, ale nie w tym rzecz. Chodzi, żebyśmy wszyscy czerpali przyjemność z wędrowania.

- Dziękuję za rozmowę.