W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Franciszka, Kazimiery, Ruty , 21 sierpnia 2018

Przecież dla kota i tak najważniejsze są wąsy

2018-07-17

Z Małgorzatą Jakubowską, prezes Fundacji Obrony Praw Zwierząt Anakonda w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22302.jpg

- Czym jest Anakonda?

- Fundacją, która zajmuje się zwierzętami i ich prawami od siedmiu już lat. Dokładnie 26 sierpnia mija siedem lat działalności, trudnej bardzo, związanej z ratowaniem zwierząt, ale także z podejmowaniem niekiedy bardzo trudnych decyzji. Działalność nasza to także szukanie domów dla tych zwierzaków, co jest bardzo miłe. Równie fajne jest, kiedy zwierzaki wychodzą z różnych chorób, albo nagle okazuje się, że taki psiak czy kociak bez nogi nagle biega i świetnie sobie daje radę.

- Nie zostaje się członkiem takiego stowarzyszenia, jeśli się nie lubi zwierząt. Pani jest kociarą, koniarą czy psiarą?

- Ja jestem wszystko, ale najbardziej chyba jednak lubię koty. Mam psy i koty, ale od chwili, kiedy kilka lat temu w moim domu pojawił się pierwszy kot, to okazało się, że jednak jestem kociarą. Ale fundacja miała już pod opieką dwa konie, teraz ma jednego. Miewamy ptaki, choć u nas nie ma zbyt wielu ludzi, którzy się zajmują ptakami, właściwie to jest jedna taka osoba. Inna rzecz, że różne zwierzęta się u nas przewijają. Była nawet sarna, był szop, czyli jak widać bardzo różne zwierzęta.

- Jak w pani ocenie gorzowianie traktują swoje zwierzęta?

- Myślę, że coraz lepiej. Jak zaczynaliśmy kilka lat temu, było trochę inaczej. Trzeba było wiele rzeczy tłumaczyć, jak choćby konieczność sterylizacji zwierząt. To jest priorytetem naszych działań. I moim zdaniem, powinno być priorytetem innych organizacji zajmujących się zwierzętami. My wspólnie z Fundacją Przyjaciele Czterech Łap, która jest pomysłodawcą projektu Mopsik polegającym na propagowaniu właśnie sterylizacji i kastracji zwierząt właścicielskich, ale też wolno żyjących kotów przede wszystkim, robimy to od czterech lat. Trzeba powiedzieć, że gorzowianie są już w miarę przekonani do sterylizacji zwierząt. Poza tym uczą się, jak dbać o zwierzęta. Mamy coraz więcej zgłoszeń o łamaniu praw zwierząt. Ludzie zwyczajnie przestali się bać informować, że sąsiad źle traktuje swego psa czy kota. A jeszcze jakiś czas temu obowiązywała zasada, że nic się o sąsiadach nie mówiło. Jednym słowem, traktowanie zwierząt idzie w dobrym kierunku.

- A jak pani ocenia pomysły co niektórych ludzi, którzy mieszkają na czwartym piętrze w bloku lub kamienicy i trzymają tam dużego psa, jak owczarek niemiecki czy husky?

- Nie mam nic przeciwko temu, pod warunkiem, że właściciel zapewni tym psom odpowiednie warunki poza tym domem, czyli mają odpowiedni wybieg. Opiekunowie tych zwierząt mają czas na to, aby je wybiegać, zadbać o te wszystkie potrzeby, jakie te zwierzęta mają. Ja sama mam husky’ego i jestem przeciwnikiem trzymania tej rasy w mieszkaniach. Ten, który do nas trafił, dziś to starszy pan, bo kończy 13 lat, był zakupiony dla dziecka jako prezent właśnie do mieszkania. I po dwóch miesiącach okazało się, że pies nie chce być absolutnie w mieszkaniu. On wiecznie leżał przy drzwiach, bo tam miał chłodno, albo chciał siedzieć na balkonie z tego samego powodu. I właśnie dlatego trafił do mnie. I Kofi, bo tak  ma na imię, przez pierwszy tydzień chciał siedzieć w domu, ale potem miał życzenie, że o drugiej lub trzeciej trzeba wyjść z nim na dwór. No i życzenie było też takie, że ja miałam tam siedzieć z nim. Ostatecznie został na dworze, absolutnie nie chce mieszkać w domu. Na podwórku ma wszelkie wygody. Nie powinno się takich ras, jak właśnie husky, malamut trzymać w mieszkaniach. Dla nich tam jest zdecydowanie za ciepło. Te psy się męczą. Poza tym one potrzebują naprawdę dużo czasu, muszą być wybiegane. I jak do tej pory spotkałam może ze dwie osoby, które mieszkają w bloku i rzeczywiście poświęcają tym psom tyle uwagi, ile one potrzebują.

- A jeśli ktoś w mieście jednak chce mieć psa w domu, to jaką rasę powinien wybrać?

- Najfajniejsze są kundelki (śmiech). Natomiast jeśli ktoś chce rzeczywiście rasowego psa, to przede wszystkim powinien on kupiony w renomowanej hodowli. Na pewno można adoptować zwierzę ze schroniska lub z organizacji prozwierzęcej, jak choćby nasza. A o do wielkości, to tak naprawdę trzeba brać siły na zamiary. Bo może to by wilczur, ale pod wieloma warunkami. Inna rzecz, że dla każdego psa, którego mamy w domu, musimy mieć czas. Mnie zawsze irytuje, jak widzę, kiedy ktoś wychodzi z psem – wszystko jedno jakiej rasy, daje mu się chwilkę na siku i natychmiast wraca się do domu. A w międzyczasie, w trakcie tej krótkiej chwilki to pan czy pani nie patrzy na psa, a zajmuje się swoim telefonem. Jak nie mamy czasu, to nie bierzmy tego zwierzęcia. Bo robimy mu dużą krzywdę.

- Zwierzę na prezent?

- Absolutnie nie! My w okolicach świąt Bożego Narodzenia stale o tym przypominamy, że zwierzę nie może być prezentem. Rzadko bowiem, nie wiem, czy jeden na sto przypadków jest rzeczywiście przemyślany, chciany. W większości jednak to są błędne decyzje. To jest zwyczajna głupota.

- Kiedy się wyjeżdża za granicę, to tam każdy, absolutnie każdy sprząta po swoim psie. A pani zdaniem, jak to wygląda w Gorzowie?

- W Gorzowie owszem, widzę ludzi, którzy sprzątają po swoich psach i to należy chwalić, natomiast większość ludzi nie sprząta. Mało tego, jeszcze udają, że zwyczajnie nie widzą, jak ich pies się załatwia. Po to są chyba potrzebne im te telefony, w które się wpatrują. Ja mam dwa psy na podwórku i też musze po nich posprzątać. Przecież to jest normalne. A jak idę z nimi na spacer, bo przecież muszą wyjść, to też sprzątam. Ja zwyczajnie nie rozumiem, że można tego nie zrobi.

- Pani zdaniem, co trzeba zrobić, żeby sytuacja stała się normalna, czyli, żeby właściciele sprzątali po psie?

- Może kary byłby sposobem, ale mówię może. Ale jestem przekonana, że bardziej skuteczna będzie edukacja od najmłodszych lat. Poza tym ciągle trzeba o tym mówić, cały czas przypominać o konieczności sprzątania po własnych czworonogach. W tej chwili są takie sprzęty, że to nie jest problem. Kwestia sprzątania czy też nie po psie jest kwestią wychowania, manier wyniesionych z domu. Sprzątać trzeba, ale cały czas zbyt mało ludzi to robi, czego ja kompletnie nie rozumiem.

- Pani Małgorzato, iloma zwierzakami się obecnie opiekuje Anakonda?

- W tej chwili, kiedy rozmawiamy, mamy 134 koty i 13 psów pod opieką. I te zwierzęta są w domach tymczasowych. Wolontariusze mają czasami po 20 kotów. I to jest olbrzymia praca. Oni muszą wstawać nawet ze trzy godziny wcześniej, żeby ogarną te kuwety, pomyć miski, nakarmić całe towarzystwo, posprzątać, podać leki. Ale taki stan rzeczy może się zmienić w ciągu jednego dnia nawet kilka razy. Bo może być tak, że jakieś zwierzę pójdzie do adopcji, ale przyjdą kolejne trzy następne. Trzeba powiedzieć, że przez siedem lat działalności Anakondy to jest najwyższy stan zwierząt, jakimi nam się przyszło opiekować. My już zwyczajnie nie możemy żadnych zwierząt przyjmować, bo nie mamy gdzie. Choć muszę przyznać, że trudno się odmawia. Ale generalnie jesteśmy w trudnej sytuacji.

- Co to znaczy?

- Znaczy to, co już powiedziałam wcześniej, 134 koty, 13 psów, siedmiu wolontariuszy, w tym dwie dziewczyny w zaawansowanej ciąży i 49 tysięcy złotych długu. Utrzymujemy się dzięki darczyńcom, do tego dochodzi 1 procent od podatków, jaki nam przekazują chętni. Prowadzimy różnego rodzaju bazarki, imprezy, które robimy, właśnie po to, aby pozyskać środki. W niektórych miejscach, między innymi w restauracji Dziki Bluszcz, stoją puszki, do których można wrzucać datki. Nie mamy żadnych stałych dotacji. Choć od dwóch lat miasto wspomaga nas w ten sposób, że pomaga nam w organizacji festynu Animalia, który od siedmiu lat robimy. No i jest firma Nesdent, która nas stale wspomaga. Pomaga przy Animaliach, ale i wspomaga w trakcie roku.

- I co dalej zatem? Skoro jest dług, to co, zamykacie działalność?

- Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Robimy w każdym razie wszystko, żeby do tego nie doszło. Bo zawsze okazuje się, że ktoś potrzebuje naszej pomocy, no i my jej nie odmawiamy. Jednak mam nadzieję, że przy pomocy naszych darczyńców, Animaliów, które znów robimy, uda nam się wyjść z tej opresyjnej sytuacji. Już nie raz byliśmy w opałach, co prawda w aż takich to jednak nie, i za każdym razem udawało nam się z nich wyjść. Ta sytuacja jest też wynikiem tego, jakie zwierzęta do nas trafiają. Leczenie, cała diagnostyka jest szalenie kosztowna. Dla przykładu – nawet decyzję o uśpieniu musimy poprzedzić właśnie diagnostyką. Nie można powiedzieć, że tego usypiamy, bo bez nogi. On bez tej nogi potrafi sobie świetnie poradzić. To nie są proste decyzje. My mamy obecnie dwa małe koty, które mają niedorozwinięte tylne nogi. I w niczym im ta wada nie przeszkadza. I co? Kto podejmie decyzję, że je należy uśpić? Przecież dla kota najważniejsze są wąsy. I tak cały czas się coś dzieje. Dzięki wolontariuszom, którzy są wspaniałymi ludźmi jakoś nam to idzie. Bywają mocno zmęczeni, ale nie odmawiają pomocy. Przydaliby nam się kolejni. No i jeśli ktoś się decyduje na taką formę pracy, to musi być osobą samodzielną. Myślę, że Anakonda nie raz jeszcze znajdzie się w kłopotach, co nie znaczy, że maja one nas złamać. Wychodziliśmy z tarapatów i mam nadzieję, że tym razem tak będzie.

- Czego pani życzę i dziękuję za rozmowę.