W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Dalidy, Juliusza, Łucji , 13 grudnia 2018

Wtedy byłem trochę szalony, chciałem robić widowisko

2018-08-10

Z Cezarym Owiżycem, byłym żużlowcem Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_22453.jpg

- Z przyjemnością witam w Gorzowie, bo wiem, że od wielu lat mieszkasz w Finlandii. Co sprowadza Cię z powrotem do rodzinnego miasta?

- Urlop. Także z przyjemnością obejrzałem sobie mecz gorzowskich żużlowców z mistrzem Polski z Leszna.

- Czyli żużlem ciągle się interesujesz?

- Oczywiście. I to nie tylko jako widz. Nadal lubię sobie pojeździć. Do Gorzowa przywiozłem motocykl, żeby przypomnieć sobie tutejszy tor, na którym przecież się wychowałem i spędziłem najlepsze lata młodzieńcze.

- Jeszcze kilka lat temu, a więc całkiem niedawno, można było znaleźć Twoje nazwisko w fińskich statystykach żużlowych. Dalej jeździsz jeszcze jako zawodnik?

- Nie. W Finlandii są kluby amatorskie, półzawodowe i tacy zawodnicy jak ja chętnie się ścigają  bardziej dla zabawy. Rozgrywane są czwórmecze, w sumie jest ich osiem. Można powiedzieć, że jest to taka drużynówka w starym stylu. Startować może każdy, ponieważ wystarczy samemu stworzyć własny zespół i zgłosić się do startów. Przykładowo, ja mam teraz dwóch synów, którzy bawią się w żużel, trzeci mieszka zaś w Szwecji. Dla frajdy mógłbym razem z nimi zgłosić się do startów i chętnie bym to zrobił, gdybym miał sponsorów. Za własne pieniądze trudno jest to wszystko utrzymać. Dlatego na razie głównie trenujemy dla zabawy. Może w przyszłości uda się stworzyć taki zespół.

- Czyli fiński żużel nie ma jak się rozwinąć?

- Jest ciężko, trochę brakuje nam do speedwaya, nazwijmy to, europejskiego. Szkoda mi młodzieży, która jeździ w Finlandii. Chłopacy są ambitni, ich wzorem są najbardziej utytułowany fińscy żużlowcy, ale to zbyt mało. Uważam, że powinni wyjechać do bardziej rozwiniętych żużlowo krajów i znaleźć sobie doświadczonych trenerów. Mają talent i na pewno kilku z nich szybko by pokazało się z dobrej strony.

- Jeszcze w latach 80-tych o fińskim żużlu mówiono w superlatywach, a takie nazwiska jak znany w Gorzowie Olii Tyrväinen czy Kai Niemi robiły furorę. Czy istnieje szansa powrotu do tych czasów?

- Jeśli Finowie zaczną wygrywać w totolotka, to na pewno taka szansa się pojawi. Jak wspomniałem, na dziś fińscy zawodnicy nie mają sponsorów, więc uciekają z kraju i wolą jeździć na przykład w Szwecji.

- To skąd rodzą się takie talenty, jak na przykład Timo Lahti?

- Bo rodzice też jeździli na żużlu. Tak jest najczęściej. Nawet jeśli oni nie zdobywali dużo punktów, to próbowali zaszczepić speedway u dzieci od najmłodszych lat.

- Gdyby ktoś, kto wychował się na takim torze, jak u nas, pojechał do Finlandii, to byłby w szoku? Jak tam wygląda infrastruktura?

- Jeździ się najczęściej w lesie. Tory nie są tak dobre jak w Polsce. Często nawet wieżyczek sędziowskich nie ma. Są tylko taśmy startowe, które są przywożone na miejsce. To jest sport naprawdę dla wielkich pasjonatów.

- Czy jest szansa, żeby Twoi synowie Jonatan i Konrad jeździli tak jak ojciec?

- Chłopacy mają duże ambicje, ale brak pieniędzy mocno nas hamuje. Mają kłopoty z rozwinięciem talentów. Oczywiście nie znaczy, że całkowicie klepiemy biedę. Mamy cztery motocykle, w których silniki są dwuletnie. Jeden z nich jest po Bartku Zmarzliku. Ramy są zaledwie roczne, a niektóre nawet niejeżdżone. Nie jest więc źle, ale brak sponsorów nas eliminuje z tego, byśmy mogli się gdziekolwiek wybić.

- Porozmawiajmy trochę o Tobie. Kiedy wyemigrowałeś do Finlandii?

- Wyjechałem w 2001 roku do pracy. Tak mi się tam spodobało, że zostałem. Najpierw trzeba było oczywiście przekonać do tego rodzinę, bo jednak Finlandia leży daleko od Gorzowa, od Polski. Po rozmowie z żoną i dzieciakami stwierdziliśmy, że przeniesiemy się tam. Oni jednak nie przyjechali do mnie od razu, a po kilku latach. Tak długo się namyślali.

- Dlaczego akurat Finlandia a nie inny skandynawski kraj?

- To był przypadek. Po zakończeniu kariery żużlowej w Polsce pojechałem popracować do Niemiec. Tam od dawien dawna mieszka mój brat. Pewnego razu rozmawiał on z Finem, który szukał pracowników z Niemiec do pracy na swoich budowach w Finlandii. Powiedział mu, że jest taka osoba, który bardzo uwielbia kraje północne. On spytał się go, kto to jest? Na co brat odpowiedział: to mój brat. Fin od razu zareagował pozytywnie, mówiąc, żebym jechał. Pojechałem i zostałem.

- Dobrze mówisz po fińsku?

- Da się dogadać.

- Na co dzień czym zajmujesz się w Finlandii?

- Prowadzimy małą firmę budowlaną i tak sobie zarabiamy na bułki z masłem.

- A teraz co Cię wiąże z Gorzowem?

- Mam tu rodzinę. Ojca, matkę, teściów.

- Interesujesz się jeszcze wynikami Stali Gorzów i w ogóle kibicujesz tej drużynie?

- Całą młodość spędziłem w tym klubie. Pojechałem dla Stali w stu meczach ligowych, zdobyłem osiem medali mistrzostw Polski. Jestem całym sercem za Stalą. Dodatkowo w Finlandii mam telewizję polską, więc śledzę wszystkie mecze Stali. Wiem, co się z nią dzieje. A jak nie ma spotkania Stali w telewizji, to jestem zły. Zawsze chciałbym obejrzeć wszystkie spotkania ligowe w danym sezonie.

- W klubie pracują Stanisław Chomski, Piotr Paluch, Henryk Romański, a więc ludzie, których bardzo dobrze znasz z czasów swoich startów w Gorzowie.

- Dokładnie. Heniu Romański zaczynał jako mechanik z takimi żużlowcami jaki Rysiek Franczyszyn czy Mirek Daniszewski. Ja trafiłem do Stali zaraz po nim. Było to w 1984 roku.

- Czyli masz z nimi stały kontakt?

- Oczywiście. Rozmawiam z nimi telefonicznie i wymieniamy się informacjami. Zresztą, trener Stanisław Chomski, kiedy gościł parę lat temu w fińskim Tampere na Grand Prix, to gościł również u mnie w domu. Wspominaliśmy stare, dobre czasy.

- Porównujesz dzisiejszy żużel do tego sprzed 25-30 lat, kiedy miałeś okazję ścigać się na polskich torach?

- Tego nie można porównywać. To są dwa inne światy. Przede wszystkim inna jest szybkość oraz technika. Także bardzo zmieniła się cała otoczka organizowanych widowisk sportowych. Kiedy ja jeździłem praktycznie nie było niczego, nawet band dmuchanych.

- Do tego bardzo się zmienił gorzowski stadion.

- Kiedyś były tu małe trybunki. Teraz to jest kolos, prawdziwe Koloseum. Piękny jest ten obiekt.

- Teraz dużo mówi się, żeby kluby szkoliły po czterech juniorów rocznie, na 500-tkach czy 250-tkach. To jest dobry kierunek? Iść na liczbę, a nie na jakość?

- Trudno jest mi powiedzieć. Dlatego, że talenty wyłapuje się najczęściej z grupy, a nie szlifuje się jednego i pcha się go na siłę, by się gdzieś wybił. W naszych czasach na nabór przyszło 300. Gdy zobaczyłem wśród nich cwaniaków, którzy mają długie włosy i palą papierosy, to pytałem się sam siebie: gdzie oni na ten speedway?  Z całej ekipy zostaliśmy tylko ja i Jarek Gała.

- Sam miałeś wtedy długie włosy…

- Miałem później. Chodzi mi o fakt, że sami byliśmy trochę nieśmiali. Baliśmy się tego towarzystwa, które przyszło, by jeździć na żużlu.

- Kiedyś wyróżniałeś się białym kombinezonem oraz tym, że robiłeś popularną ,,jaskółkę’’. Z czego wziął się ten pomysł?

- Nie pamiętam, na pewno u kogoś podpatrzyłem. Byłem trochę szalony, chciałem robić widowisko. W tych czasach, kiedy się ścigałem, ściąganie nogi z haka było rzeczą nienaturalną. Dzisiaj to normalne. I tymi swoimi akcjami wzbudzałem spore kontrowersje, ale niektórzy bardzo pozytywnie oceniali moją postawę na torze.

- Nawet pani sędzina Irena Nadolna, która zrobiła dla Ciebie wyjątek i wbrew regulaminowi sklasyfikowała Cię w finale młodzieżowych mistrzostw Polski w Lublinie. Pamiętasz to zdarzenie?

- Doskonale. Byłem rezerwowym, lecz ówczesny regulamin nie pozwalał klasyfikować zawodników rezerwowych w sytuacji, kiedy nie wyjechali na tor w pierwszej serii startów. W sumie pojechałem cztery razy i wiedząc, że nie mogę liczyć na sukces chciałem zrobić show. W czasie jazdy zacząłem ściągać nogę z haka i ta jazda była widowiskowa oraz skuteczna. Nikomu w tych czasach do głowy nie przyszło ściągać nogę z haka. Wygrałem trzy wyścigi i pani sędzina mnie sklasyfikowała na piątej pozycji. Tak się spodobała jej moja jazda.

- Początki sezonów zawsze miałeś słabe, dopiero od połowy sezonu łapałeś wysoką formę. Ktoś nawet ochrzcił Cię ,,Rycerzem jesieni’’. Z czego to się brało?

- Proponuję zapytać się Nielsa Kristiana Iversena, bo Duńczyk też na ogół kiepsko zaczyna każdy sezon i rozkręca się dopiero w trakcie. Generalnie naprawdę trudno przez cały sezon utrzymać optymalną formę. Albo dobrze się zaczyna, potem łapie się zadyszkę, albo odwrotnie. I ja tak miałem. Oczywiście są tacy zawodnicy, którzy potrafią przez cały sezon jechać dobrze, ale to wyjątki. Ze starszego pokolenia wymieniłbym tu Grega Hancocka, z tego najmłodszego Bartka Zmarzlika.

- Dziękuję za rozmowę.