W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Amielii, Idalii, Leopolda , 15 listopada 2018

Gorzów ma szansę być ładny, ale to zależy od trafnych decyzji

2018-08-15

Z Leszkiem Horodyskim, gorzowskim architektem oraz członkiem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Architektów Polskich, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22505.jpg

- Jak pan ocenia Gorzów, patrząc na miasto okiem architekta?

- Aby uczynić taką ocenę, trzeba przyjąć jakieś założenia, dla przykładu – coś jest, a czegoś nie ma. Aby coś oceniać, trzeba znać różne przyczyny. Ja mogę ocenić fakty, czyli to co widzę.

- Spróbujmy więc.

- Gorzów – tu się urodziłem. Trzyma mnie tu lokalny patriotyzm. Ale jak patrzę na miasto pod kątem inwestycji, to widzę za ostatnie lata głównie drogi. Brak innych. Ja wiem, że drogi są ważne, ale same drogi to jednak trochę mało. Mieliśmy kilka konkursów, bardzo zresztą fajnych, ale co po nich zostało. Proszę wskazać jakąkolwiek realizację obiektu po wygranym konkursie.

- A Filharmonia?

- Nie. Był faktycznie konkurs, został unieważniony, a projekt powstał na zasadzie: zaprojektuj – wybuduj, czyli nie jest to pokłosie konkursu. Drugi przykład – Urząd Wojewódzki. Też był konkurs, ale praca konkursowa nie jest realizowana. Byłem w komisji konkursowej i nie tę pracę wybraliśmy. Nie znam przyczyn tej decyzji, ale realizowany jest inny projekt. Inna jest elewacja, inne rozwiązania wewnątrz. Mamy, powtórzę, nowe drogi. No i bardzo dobrze. Bo już było tak, że bez samochodu terenowego nie dało się po mieście jeździć. Teraz remontowane są trakcje tramwajowe. Nie wiem, co będzie z trakcją na Chrobrego, bo tam mamy piękny deptak do zrobienia. Ale kiedy? Nie wiem. Może w końcu ruszy budowa węzła przesiadkowego. Może to będzie nową inwestycją. Nie wiem, w jakim tempie to może być realizowane, bo dopiero skończyliśmy koncepcję. PKP remontuje wiadukt. Może to potrwać kilka miesięcy, albo i kilka lat. Nikt dziś tego nie wie.

- Gdyby przyszło panu wskazać najładniejszą część miasta, najładniejszy zakątek, to co by to było? Albo też, czy da się coś takiego wyróżnić?

- Mówimy o budynkach, czy ogólnie?

- Ogólnie, o pewnej całości.

- Na pewno pałac biskupów gorzowskich przy ul. 30 Stycznia. To jest bardzo ładny budynek. Natomiast nie ma takich miejsc, gdzie można byłoby stanąć, obrócić się dokoła własnej osi i w każdym miejscu byłoby ładnie. Są, owszem, nowe obiekty, ale są to głównie i przede wszystkim inwestycje prywatne. Jest trochę nowej mieszkaniówki – ładniejszej bądź mniej ładniej. I zastrzeżenie. Ja wiem, że wiele osób uważa, iż architektura to jest rzecz subiektywna. Ocena, czy się coś komu podoba lub nie, jest oceną subiektywną, jak choćby ta często przytaczana zupa – smaczna czy też nie. Ale wiele rzeczy ma obiektywne kryteria oceny, ma je także architektura. Można ocenić, czy coś jest dobre, czy też nie.

- Znakiem Gorzowa były pofabrykanckie wille. Mamy kilka uratowanych, ale kilka nadal jest niemym wyrzutem sumienia. Mam na myśli wille Jaehnego obok biblioteki, willę Herzoga na Bulwarze Wschodnim czy sprzedany ostatnio Zawrciański Zameczek, czyli willę Hermana Paucksha. Co z tym wszystkim zrobić?

- Ja mam duży sentyment do starych domów. Sam się urodziłem i wychowałem na starym podwórku w starej kamienicy przy nieistniejącej dziś ulicy Świerczewskiego. Mnie tych wymienionych budynków jest szkoda. Może dla ludzi decydujących o finansach takie obiekty nie są istotne. Ja wiem, że one generują koszty zarówno podczas remontu, jak i potem w utrzymaniu. Ale to są piękne obiekty, to jest pewna spuścizna kulturowa, mam na myśli kulturę europejską w tym przypadku. Od razu zastrzegam, że nie chodzi o to, aby chronić wszystkie budynki ze względu na wiek. Chodzi o te obiekty zabytkowe, które przedstawiają jakąś wartość. A te wszystkie wymienione mają właśnie taką wartość. Szkoda, że te budynki niszczeją. Wiem, że nie ma chętnych, miasto nie ma funduszy. Mimo wszystko, powinny zostać w zasobie miejskim, powinny pełnić funkcje takie, jakie miasto nadzoruje. Może powinny być udostępnione organizacjom społecznym.

- Moim wszystko można dostrzec coś pozytywnego, bo ostatnio widać remonty elewacji, remonty klatek w kamienicach, ale też i remonty podwórek. Można powiedzieć, że to jest krok w dobrą stronę?

- Oczywiście. Ale to są jednak takie małe drobiazgi. Choć podwórka są bardzo istotne dla tych społeczności, do których one należą. Wiem, że jest problem z remontami budynków mieszalnych miejskich, bo tam są wspólnoty i miasto musi się z nimi dogadać. Ale każdy taki remont to cenna sprawa. Ale mówimy tu o pewnej kropli. Natomiast obiekty, które są w całości miejskie albo niszczeją, albo zupełnie nie ma żadnych tam inwestycji. Może wyjątkiem będzie ten dworzec i jeśli się uda, to to może być naprawdę ciekawa inwestycja.

- A co z Centrum Edukacji Zawodowej, bo w kółko ktoś tam opowiada, że będzie super, będzie fajnie, a ciągle jednak się nie udaje i inwestycji nie ma?

- Ja wiem, że akurat tu moja wypowiedź będzie oceniana jako nieobiektywna, ponieważ jestem autorem pierwszego projektu CEZ. Ale staram się obiektywnie podejść do tego tematu. Koncepcję, jaką ja widziałem, to był po prostu słaby projekt. I tu chciałem wrócić do tego, co powiedziałem o ocenach poszczególnych rzeczy. W tej koncepcji bowiem brakuje odpowiedzi na pytanie – dlaczego? Dlaczego ta budowla ma wyglądać jak nowe TESCO? Dlaczego ma być tam dach piłowy? Dlaczego są niedomiarowane boiska? Tam jest zwyczajnie dużo takich podstawowych błędów. Ja nie bronię swojego projektu. Ale gdybym zobaczył projekt, który jest, w mojej ocenie, fajniejszy od mojego, lepszy, to trochę byłbym zły, że to nie mój, ale byłbym zadowolony jako mieszkaniec miasta, że ktoś wymyślił coś lepszego, niż ja. Widziałem wiele różnych projektów, lepszych od moich, które mnie się nie podobały, ale obiektywnie oceniałem, że są lepsze. Natomiast tego tu tak ocenić nie mogę.

- Mamy w mieście pewne straszydełko, nazywa się to była Przemysłówka. Było sporo różnych pomysłów, co tam zrobić. Ostatecznie mamy tymczasową kaplicę i nie wiadomo, co dalej. Co z takimi straszydełkami powinno się robić?

- Był konkurs, żeby to przerobić na Arsenał Sztuki. Ale czy miasto będzie miało fundusze na realizację tego projektu? Koszty remontu są porównywalne do kosztów remontu Pałacyku Zawarciańskiego. Nie znam szczegółów, więc trudno mnie jest oceniać, co dalej.

- A nie byłoby sensowniej to zwyczajnie wyburzyć i przeznaczyć parcelę na coś, co będzie pasować do centrum?

- Kiedyś jednak ten budynek powstał. On się w pewien sposób wpisał w pejzaż, w oczach mieszkańców się ułożył. Miasto bez Przemysłówki, dla nas przynajmniej, dla mojego pokolenia, byłoby trochę dziwne. Przyzwyczailiśmy się do niego. Jest katedra, jest Przemysłówka. Zwyczajnie się uleżało. Na pewno byłoby inaczej, gdyby ten obiekt zlikwidować. Lepiej, gorzej, nie wiem. Inna rzecz, że ja nie jestem aż tak przywiązany do tego obiektu, aby go zostawiać. Natomiast jest coś, co trzeba wykorzystać.

- Pana zdaniem Gorzów może być ładnym miastem?

- Szanse ma, ale pod warunkiem, że będziemy podejmowali słuszne decyzje.

- Co to znaczy – podejmowali słuszne decyzje?

- Takie, których efektem będzie to, o czym marzymy, czyli o tym, żeby Gorzów faktycznie był troszeczkę ładniejszy. Moim zdaniem należy omijać takie pomysły, jak wymyślanie nowych haseł, jak wcześniej Gorzów Przystań, a teraz Gorzów w sam raz. Był Gorzów Wielkopolski, niech będzie Gorzów Wielkopolski lub sam Gorzów. Dla przykładu – podobają mnie się kolory nowych autobusów. Mają piękny odcień zieleni. Ostatnio z synem jeździliśmy po Warszawie, tam taka tandeta jest. A nasze są niemal idealne. Idźmy w tę stronę. Znajdujmy jakieś fajne rzeczy, które już są. Nie wymyślajmy niczego na siłę. Jakieś firmy tu przychodzą z Warszawy, wpadają na dwa tygodnie i robią nam jakąś koncepcję nie wiadomo czego. Bez znajomości miasta, mieszkańców, kontekstu powstają jakieś dziwne rzeczy. Poprzednia ekipa wymyśliła Przystań, bo tu ponoć były klimaty rastamańskie. Czuła się pani kiedyś rastamanką?

- No nie.

- Ja też nie. Może mój syn przez jakąś chwilkę, ale mu przeszło. A pomysł wziął się stąd, że tu Reggae nad Wartą było, Bob Marley i stąd miasto rasta. Wyciąganie takich pochopnych wniosków to jest zwyczajna bzdura. Przykładem jest też taka powierzchowność – dla przykładu w Heliosie, jak są sale kinowe, to one mają nazwy odwołujące się do dawnych gorzowskich kin. I tam nazwa Słońce ma układ pionowy, choć przez całe lata był to układ poziomy. A firma, która to robiła, znalazła jakieś pojedyncze zdjęcie i ustawiła nazwę w pionie. Może u nas nie ma fachowców, dlatego bierzemy ich z zewnątrz. Ci ludzie tu wpadają, coś robią na siłę i potem my musimy się z tym kulać przez lata.

- Powinniśmy się opierać na swoich?

- Myślę, że jednak tak. Jeśli pomysły nie będą dobre, zawsze można powtórzyć, ale znajdźmy coś naszego, wyciśnijmy z naszych wszystko, co można. Jeśli się naszych zachęci, to pomysły się znajdą.

- Dziękuję.