W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2018

Nikt za bardzo nie potrafi określić, jakie to jest miasto

2018-09-05

Z Andrzejem Kostrzewą, prezesem Stowarzyszenia Zielone Miasto Gorzów, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22660.jpg

- Panie Andrzeju, jak pan się znalazł w Gorzowie?

- W trochę niezwykły sposób. Po śmierci żony zostałem sam. Syn wyjechał w świat, przeniósł się do innego miasta. I tak sam zostałem w małym mieście pod Chicago w USA. Wtedy ciągle pracowałem. Nic innego, tylko praca i dom, aż koledzy zaczęli mnie namawiać, żebym jakoś zmienił życie, bo przecież dalej tak się nie da. Bo praca, samotne powroty do pustego domu. Namówili mnie na zmianę. No i proszę sobie wyobrazić, że to koledzy zaczęli mi szukać towarzyszki życia, przez Internet. No i właśnie w taki sposób poznałem moją obecną towarzyszkę, dla której się zresztą do Gorzowa przeprowadziłem. Ale wie pani, to musiało być przeznaczenie, ten mój przyjazd do Gorzowa. Ja pochodzę z Wrocławia, tam się urodziłem i prawie 27 lat mieszkałem przy ul. Lwowskiej. A jak postanowiłem, że zbuduję w Gorzowie swój dom, to też trafiłem na ulicę Lwowską. No i wyszyło, że pierwszą część życia spędziłem przy Lwowskiej i ostatnią też mi chyba dane tam spędzić.

- Jak pan zaczął do Gorzowa przyjeżdżać, to jak pan postrzegał to miasto?

- Przykro. Nie podobało mi się to miasto bardzo. Nie podobało mi się przede wszystkim to zaniedbanie. Te śmieci wszędzie widoczne, nieprzycięte krzewy, połamane ławki, obtłuczone fasady, wszystko mi się tu nie podobało. Powiem tak, kiedy przyjechałem tu pierwszego dnia, zamieszkałem w hotelu Gracja przy placu Grunwaldzkim. No i jak chciałem trafić do centrum, to skierowano mnie na Mieszka, bo jak inaczej. Ale źle skręciłem i trafiłem na Kazimierza Wielkiego. Zamiast do centrum trafiłem do Piasków. Miałem wówczas okazję kluczyć po tych wszystkich uliczkach Nowego Miasta. Zresztą wówczas wcale nie wiedziałem, że to jest Nowe Miasto. I muszą powiedzieć, że byłem zachwycony. Nie tym, co wiedziałem, ale tym, co tu można byłoby z tymi kamienicami zrobić. A potem, kiedy dowiedziałem się, że właściwie nie ma Starego Miasta, to właśnie to Nowe, odpowiednio zadbane, mogłoby być właśnie tym nowym. To mogłoby być faktyczne centrum Gorzowa. Ale jest tak zaniedbane, brudne, że jednak nie. Minęło od tamtej chwili, kiedy pierwszy raz chodziłem tymi uliczkami już trochę lat, a Nowe Miasto nadal jest takie właśnie brudne i zaniedbane. Moi nowi przyjaciele, tu poznani, już w Gorzowie, zaczęli się na mnie obrażać, że jak ja mogę na ich ukochane miasto takie rzeczy mówić. Ale proszę sobie wyobrazić, że już wszyscy zaczęli to widzieć, zaczęli widzieć, że ich ukochane miasto jest zwyczajnie brudne i zaniedbane. Wystarczyło się ruszyć gdzieś, nawet całkiem niedaleko, do innego miasta, żeby popatrzeć na Gorzów innymi oczyma. A przecież to miasto ma olbrzymi potencjał. Może nie turystyczny, bo jednak tego chyba za bardzo nie ma, ale jednak inny na pewno tak. Potencjał na to, żeby być bardzo ładnym miastem.

- No i właśnie. Zamieszkał pan w Gorzowie i zaczął się bardzo intensywnie udzielać w różnych miejscach.

- Nie w różnych, nie w różnych, tylko w tych, które zajmują się zielenią. Polityka mnie wcale nie interesuje ani też za bardzo nie wzrusza. Ale owszem czytam różne media, jak każdy, bo trzeba wiedzieć, ale udziału nie chcę w tym brać. Moje zainteresowanie zielenią w mieście zaczęło się od wycinania drzew w Kostrzyńskiej. Najpierw jako grupa obywateli się spotkaliśmy, potem było drugie spotkanie z władzami miasta. Zajęliśmy się też planowanymi wycinkami przy Myśliborskiej. Spotkaliśmy się wówczas z projektantami i muszę powiedzieć, że to był jedyny raz, kiedy spotkaliśmy się z projektantami planowanej przebudowy. Mam wrażenie, że może nam się udało uratować wtedy trochę drzew. Wówczas powstał Zielony Zespół, do którego przystąpiłem.

- Co to jest ten Zielony Zespół?

- To taka grupa ludzi, zespół, który powstał przy Urzędzie Miasta. Weszło do niego czterech czy pięciu pracowników urzędu. No i było nas około 12 społeczników. W tej chwili na spotkania przychodzi dużo mniejsza grupa, niż na początku. Ale jednak ludzie przychodzą, grupa ciągle trwa. Osobą prowadzącą jest tzw. zielony oficer. Obecnie tak naprawdę to my się na tych spotkaniach tylko skarżymy na różne rzeczy, ale tak naprawdę nie mamy nic do powiedzenia. Nawet sam zielony oficer nie za bardzo ma ochotę w tym uczestniczyć. Bo mamy słaby dostęp do informacji. Dostajemy do wglądu projekty kolejnych przebudów czy zmian, kiedy projekty są już gotowe. Dowiadujemy się z niego, że to i to zostanie wycięte i koniec. Pytanie – po co my? My nie jesteśmy właściwie niepotrzebni. No i dlatego powstało Stowarzyszenie Zielone Miasto Gorzów. Trzeba zaznaczyć, że na początku głównym organizatorem był Grzegorz Witkowski. Potem po różnych zatargach ja zostałem prezesem i  jestem nim do teraz. I zaczynam znów od początku.

- Co to znaczy – zaczynamy od początku?

- Od małych rzeczy, od sprzątania choćby, od dbania o zieleń. To myśmy w sumie byli organizatorami akcji sprzątania Muraw Gorzowskich. Nam zwyczajnie zależy przede wszystkim na zieleni w mieście, na tym, żeby ona dobrze wyglądała.

- Czyli kiedy pojawił się projekt porządkowania zieleni przy Łaźni, to mogliście zadziałać?

- Akurat w tym konkretnym przypadku to uratowaliśmy cisy, które też miały trafić pod topór. Nie daliśmy wyciąć, bo przecież to zdrowe drzewa są. Rozumiemy konieczność wycinania drzew chorych czy w kiepskiej kondycji, ale zupełnie nie zgadzamy się na wycinki tych zdrowych. Zresztą uważamy, że wycinki chorych drzew powinny być prowadzone w sposób planowy, a tego się w mieście nie robi, a potem dochodzi do sytuacji takiej, że połowa drzew jest chorych i trzeba je usunąć. Podobnie zresztą jest z krzakami, bo naprawdę czasami trzeba je wyciąć. Choć to może się trudne wydaje do zrozumienia, ale tak jest. Problem z Gorzowem ma zresztą inne oblicze.

- Jakie?

- Nikt za bardzo nie potrafi określić, jakie to jest miasto. Albo inaczej – każdy tu żyjący ma inne wyobrażenie o Gorzowie. Niektórzy chcieliby, aby to było powiatowe, inni jako gminne, jeszcze inni chcieliby, aby zostawić wszystko tak jak jest, bez żadnych mian, tylko trochę trzeba to uporządkować. No to akurat mnie nie pasuje. Jest jeszcze grupa ludzi, którzy chcą wiedzieć Gorzów jako miasto wojewódzkie, pewną metropolię. Co jest trudne. Inna rzecz, że po zieleni daje się określić z jakim miastem mamy do czynienia.

- No to według tego kryterium Gorzów jest jakim miastem?

- Zielonym i żeby takim zostało. Gorzów jest miastem zielonym, tylko zaniedbanym. Ale ostatnim czasem i tak się odrobinę poprawiło w centrum. Ale parki są zwyczajnie zaniedbane. Wszystkie parki, żeby nie było wyjątku.

- Recepta?

- Prosta. Potrzeba więcej inwestycji w tę sferę. Potrzeba zwyczajnie włożyć więcej pieniędzy w zieleń. A tu ciągle się słyszy, że nie ma pieniędzy. Nawet Urząd Ochrony Środowiska ciągle narzeka, że nie ma żadnych pieniędzy. A przecież żeby mieć jakieś efekty, trzeba trochę tych pieniędzy przeznaczyć na konkretny cel. Może zamiast robić te motorowe imprezy, lepiej tę kasę dać na zieleń.

- Co jest najpilniejsze?

- Przede wszystkim koniecznie trzeba zadbać o Murawy Gorzowskie, rezerwat przyrody w granicach miasta. Trzeba to miejsce dokładnie oznaczyć, zadbać, nie pozwolić, aby rozjeżdżali je quadziarze, żeby tam znoszono śmieci. Trzeba, żeby ludzie z osiedla Europejskiego też wiedzieli, że mają pod nosem rezerwat. Przecież większość, która tam chodzi, nie wie, co to za teren. Ja bym wolał, żeby ludzie wiedzieli dokładnie, na jaki cenny teren wchodzą.

- Nie boi się pan, że będą za nim wołać – zielony oszołom?

- A niech mówią. Mnie akurat to nie przeszkadza. Walczę o zieleń, ale nie oznacza to, że z zamkniętymi oczyma. Powinno być dużo inwestycji w mieście, ale i odpowiedzialne podejście do zieleni. Obie rzeczy można pogodzić. Ja jestem już w średnim wieku i zwyczajnie nie wiem, czy dożyję, kiedy te mikre drzewka wsadzone w miejsce starych dorosną.

- Dziękuję.