W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2018

Ważny jest człowiek, bo każdy ma tę samą ludzką godność

2018-09-12

Z Markiem Lewandowskim, dyrektorem Hospicjum św. Kamila w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22727.jpg

- 25 lat obecności hospicjum w Gorzowie. Jak ta placówka wpisała się w pejzaż miasta?

- Trudno mi jest wyrażać taką opinię, ponieważ przez 25 lat nie obserwowałem rozwoju tej placówki. Przyszedłem tutaj dziewięć lat temu. I był to trudny okres, ponieważ hospicjum było w takich uwarunkowaniach, w jakich jest dzisiaj.

- Czyli jakich?

- To nie są łatwe uwarunkowania. Pogodzenie ustaw o organizacjach pożytku publicznego oraz o wolontariacie z ustawą o działalności leczniczej jest bardzo trudne. To takie trochę koślawe małżeństwo. I nikt  nie stara się, aby to sprowadzić na właściwe tory.

- Co ma pan na myśli?

- Otóż to, że w jednej z tych ustaw – o działalności pożytku publicznego – jest powiedziane, że jeśli taka organizacja pobiera wynagrodzenia, wówczas jest to działalność odpłatna. W 2011 roku Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, w którym był departament zajmujący się działalnością organizacji pożytku publicznego wydał interpretację tego przepisu – w przypadku hospicjów była to działalność nieodpłatna. W tej chwili właściwość się zmieniła, ponieważ ten departament przeszedł do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. I nagle ukazała się interpretacja taka, że jest to działalność odpłatna. Oczywiście, na razie nie mamy żadnego nacisku, żeby właśnie tę kwestię respektować. Ale dlaczego o tym mówię? Dlatego, że w chwili, kiedy stalibyśmy się instytucją z działalnością odpłatną, to zamykamy hospicjum, gasimy światło, ja stanę się likwidatorem i pójdziemy z torbami.

- Ale takiego scenariusza to jednak chyba pan nie zakłada?

- Pokazuję jedynie, w jaki sposób to działa. I to wcale nie jest nierealne, ponieważ w 2011 roku po raz pierwszy zmodyfikowano ustawę o działalności leczniczej i ona wprowadzała taki zapis, że z dniem 1 lipca 2012 roku niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej, a wówczas byliśmy takim zakładem, automatycznie stają się działalnością gospodarczą. I ten zapis, o którym przed chwilą powiedziałem, do tego samego się sprowadza. W momencie, kiedy stalibyśmy się placówką odpłatną, czyli kiedy przychody przekraczają koszty to automatycznie stajemy się działalnością gospodarczą. Czyli automatycznie nas nie ma.

- Dlaczego was w tych warunkach nie ma?

- Po pierwsze dlatego, że tracimy status organizacji pożytku publicznego, a co za tym, nie możemy pozyskiwać środków z tzw. 1 procent, czyli darowizny od podatku. A tylko w tym roku było to pół miliona złotych. Nie możemy korzystać z usług wolontariuszy. Warto nadmienić, że rocznie korzystamy, zwłaszcza w przypadku różnego rodzaju akcji, z pomocy około 1 tysiąca – 1,2 tysiąca wolontariuszy, nie mówię też o wolontariuszach, którzy są na co dzień przy chorych. Kolejna rzecz – wszystko jest opodatkowane w 100 procent, a nie tak, jak do tej pory, kiedy jesteśmy zwolnieni z niektórych form podatku. Nie płacimy na przykład podatków od darowizn. Mało tego, w obecnych uwarunkowaniach możemy sprzedawać przedmioty, które ktoś nam podaruje. Dla przykładu – dostaniemy jakąś willę, to możemy ją sprzedać i wszystkie środku przeznaczyć na działalność statutową. Oczywiście takiego przypadku nie było, ale założyć zawsze można, że jest to możliwe. To bardzo ważne dla nas źródła, ponieważ na dziś potrzebujemy 1 milion złotych na działalność hospicjum, podkreślam 1 milion poza tymi pieniędzmi, które zyskujemy z Narodowego Funduszu Zdrowia. Obrazowo mówiąc, w momencie, kiedy ustają te źródła pozyskiwania pieniędzy, to abyśmy mogli działać, potrzebujemy następny milion złotych. Nie przypuszczam, żeby NFZ stać byłoby na takie dofinansowanie. Tak więc nie ma nas. Oczywiście jest to czarny scenariusz, i ja takiego scenariusza absolutnie nie zakładam. Co więcej, mam na myśli wszystkie hospicja podobne do naszego, czyli działające w formule stowarzyszenia i zrzeszone w Forum Hospicjów Polskich, w którym jest 55 placówek z całego kraju. Trudno powiedzieć, czy to są wszystkie hospicja, pewnie nie. Ale ogromna część tylko tych placówek miałaby potężne problemy, żeby móc funkcjonować. Ostałoby się natomiast na pewno hospicjum zielonogórskie dlatego, że jest ono jednostką budżetową miasta. Oznacza to, że organem założycielskim, właścicielem tej placówki jest miasto. I jeśli czegokolwiek brakuje, to miasto dokłada. W naszym przypadku jest to zwyczajnie niemożliwe. Ale ja nie chciałem, żeby to miało aż tak czarny wydźwięk, ale skoro rozmawiamy o różnego rodzaju uwarunkowaniach i tym, co się działo na przestrzeni 25 lat działania, to dlatego też wyszedłem od pewnych przepisów prawnych, ponieważ to pokazuje, jak ciężkie mogą być wyzwania. Taki miecz Damoklesa zawsze wisi nad nami, że nas nie będzie. Ale jednak nie zmienia to faktu, że robimy wszystko, aby tak właśnie się nie stało. Ja nawet załogi w te zagadnienia nie wprowadzam. Bo nie jest to czynnik mobilizujący do pracy i wysiłku, a tej pracy i wysiłku takiego twórczego, pozytywnego jest tutaj bardzo potrzeba.

- Panie dyrektorze, może pora na kardynalne pytanie. Po co jest to hospicjum?

- Odpowiem jedną liczbą. Przez te 25 lat działalności przez hospicjum przeszło ponad 12 tysięcy osób, czyli jest to armia ludzi, którym tu została udzielona pomoc. Konkretna pomoc. Pomoc w bólu, cierpieniu, w zwalczaniu wszelkich objawów somatycznych towarzyszących chorobom nowotworowym, ale także pomoc psychologiczna, fizjoterapeutyczna, duchowa. Codziennie chorzy mają mszę świętą, która jest transmitowana na wszystkie sale. Chorzy „mogą” załatwić swoje sprawy trudne rodzinne, zrobić rachunek sumienia z całego życia. Mogą sobie poukładać wiele rzeczy w świadomości tego, że to są ich ostatnie dni. Jednają się z panem Bogiem. Mieliśmy mnóstwo tego typu przypadków, że ludzie, którzy często byli 20 lub 40 lat poza Kościołem, nagle wracają. Jest to takie specyficzne miejsce, w którym człowiek musi sobie zdawać sprawę z tego, że stąd praktycznie trudno jest wyjść, choć i takie przypadki się zdarzają, ale jednak wyjścia nie ma i trzeba, jak już to powiedziałem, zrobić jednak ten rachunek sumienia. I jak pani zapytała o rolę hospicjum, to są to właśnie też takie humanitarne działania wychodzące naprzeciw tym, którzy są najsłabszymi wśród najsłabszych, bo już nic sami przy sobie zrobić nie mogą. Są tylko zdani na innych.

- Panie dyrektorze, na całym świecie idea hospicyjna zakłada, że pomaga się chorym bez względu na wyznanie, kolor skóry, poglądy polityczne. Pomaga się choremu człowiekowi. Tak też jest tu?

- Nie wyobrażam sobie inaczej. Zawsze tak było. Nie pytamy nikogo o poglądy, o przekonania. Czasami tylko się dowiadujemy, że ktoś jest takiego czy innego wyznania, bo ten ktoś to mówi. Najczęściej trafiają Świadkowie Jehowy, choć jest ich też zwyczajnie mało. Ale nie pytamy. Nas to nie interesuje. Interesuje nas człowiek, bo każdy ma tę samą ludzką godność. Nikt nie ma mniej, nikt nie ma więcej.

- Hospicjum to nie tylko chorzy ludzie, którzy tu godzą się z sobą i Bogiem, jak pan to ładnie powiedział, ale też miejsce, gdzie się pomaga dzieciom, tym osieroconym.

- Taki program powstał ponad dziewięć lat temu, zaraz będzie dziesięć. Powstała świetlica Jaskółka, po to, aby tym dzieciom, które są w traumie po utracie kogoś bliskiego, pomóc. Na szczęście idea ta nie ulega erozji. Przez cały czas z dobrodziejstw tej świetlicy korzysta około 30 dzieci. Chodzi głównie o to, aby tym dzieciom pomóc przejść przez ten trudny moment, jakim jest śmierć rodziców, dziadków, rodzeństwa, każdej, ważnej dla danego dziecka osoby. I nasi psycholodzy czynią to z powodzeniem. I choć jest to efekt trochę uboczny, ale jednak mieszczący się w działaniach statutowych, w misji hospicjum. Podobnie zresztą jak dział pobytu dziennego, który nie jest działem medycznym, a gdzie od ponad 20 lat przebywają chorzy z różnym stopniem niepełnosprawności, a właściwie dysfunkcji psychicznych, które uniemożliwiają im samodzielne funkcjonowanie. I to jest pomoc dla tych osób, ale też pomoc rodzinom. Czyli środki, które zbieramy oraz pomoc, którą świadczymy są adresowane do trzech grup: chorych, osieroconych dzieci oraz ludzi z demencją starczą. Codziennie jest w granicach 90 do 100 osób.

- Ilu ludzi pracuje w hospicjum?

- Na etatach 42 osoby. Natomiast lekarze, a jest ich w tej chwili dziesięciu, pracują na kontraktach, przy czym to nie jest przeliczane na etat, bo w różnych miesiącach pracują oni różną liczbę dni.

- A na jaką grupę stałych wolontariuszy hospicjum może liczyć?

- To dziesięć osób, raczej nie więcej. I na przykład co wtorek przychodzi pan Piotr. To jest taka złota rączka, która potrafi zrobić wszystko. Mniej przy chorych, za to wszędzie indziej i owszem. Jest też kilka pań, które od ośmiu lat są non stop przy chorych. Jest także kilka innych pań, które się pojawiają, ale z inną częstotliwością. My nie wnikamy, dlaczego raz się pojawiają, a raz nie. Na tym bowiem polega wolontariat – chcę, mam czas, mogę, przychodzę. Nie mam, nie przychodzę.

- Hospicjum to jest takie miejsce, o którym się myśli na końcu. Można się oswoić z chorobą? Można się oswoić ze śmiercią?

- Nikt z nas nie ucieknie przed śmiercią. Trzeba to podkreślić, bo jeśli się podchodzi do tej kwestii w taki sposób, jak pani to uczyniła, to znaczy, że się w ogóle nie myśli o tym, iż kiedyś się umrze. My spotykamy się z bardzo wieloma takimi przypadkami, że przychodzi ktoś do nas i mówi – poszedłem do lekarza na zwykłe badania okresowe i mi nagle coś tam wykrył. Okazało się, że to już jest rak z przerzutami. Chcę przez to powiedzieć, że życie zaskakuje tutaj każdego z nas. A liczba osób, które chorują na raka, na nowotwory, jest coraz większa. Prognozy są takie, że jeśli w tej chwili choruje co czwarty Europejczyk, to za dekadę chorować będzie co trzeci. Skokowo rośnie liczba takich zachorowań i my to tutaj widzimy. W tym roku dodaliśmy dodatkowe dwie sale, mamy cztery łóżka więcej i wszystkie one są zajęte. Praktycznie cały czas mamy jakąś kolejkę. A pełny stan to 17 łóżek. I choćby tylko to pokazuje, że te potrzeby stale rosną. Hospicja będą potrzebne, czyli takie miejsca, gdzie będzie profesjonalna opieka, ale i takie warunki, godne, aby ostatnie dni swego życia przeżyć najlepiej bez bólu, bez cierpienia.

- Dziękuję bardzo za rozmowę.