W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Michaliny, Michała, Piotra , 19 października 2018

Na przecięciu wielu kultur rodzą się zawsze najciekawsze pomysły

2018-09-26

Z dr. Maciejem Dudziakiem, kulturoznawcą z Akademii im. Jakuba z Paradyża, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22847.jpg

- Coraz częściej pojawiają się w różnych mediach określenia, że Gorzów to miasto bez wyrazu, bez właściwości. Zgadza się  pan z taką opinią?

- Nie, absolutnie, w żaden sposób się nie mogę zgodzić. Każde miasto, każde miejsce ma jakąś swoją właściwość, tożsamość, osobowość. I co do zasady, nawet jeśli coś komuś nie pasuje w sensie estetycznym, emocjonalnym to i tak to nie oznacza, że dane miejsce nie posiada właśnie wyrazu, własnych właściwości. Pytanie tylko jest – jaki to jest wyraz, jakie zalety ma opisywane miasto.

- A gdyby panu przyszło określić właściwości Gorzowa, to co by pan wymienił?

- Każde miasto określa się między innymi przez dwa elementy. Pierwszy element to są ludzie, a drugi to, jak miasto wygląda. Ale podkreślę, zawsze najważniejszy jest element ludzki. A Gorzów jest złożonym organizmem, bo to nie jest malutkie osiedle z małą liczbą mieszkańców, których można łatwo zdefiniować poprzez użycie prostego stwierdzenia: jest tak lub też jest inaczej. I choćby dlatego nie można w sposób jednoznaczny powiedzieć, czy coś mi się podoba, czy też nie. Gorzów ma charakter wyspowy.

- Co to znaczy?

- W mieście są różnego rodzaju grupy, które nie tyle nadają miastu określony wyraz, bo tego być może faktycznie nie widać, ale powodują, że są różne miejsca, w których miasto różnie wygląda w sensie kulturowym i społecznym. Przy czym nie można definiować Gorzowa tylko i wyłącznie w ścisłych granicach administracyjnych. Gorzów jest znacznie większy, niż gmina Gorzów. Takie pojmowanie miasta nadaje mu o wiele bardziej zróżnicowanego charakteru. Kolejne elementy, które należy brać bezwzględnie pod uwagę, to że Gorzów w sensie historycznym (po 1945 roku) jest wielokulturowy i to nie przez deklaracje, ale przez fakt, że takim jest. Ten stan od jakiegoś czasu się pogłębia. Wielokulturowość staje się jeszcze bardziej widzialna, bo mamy nowe, duże grupy przybyszów. Głównie są to oczywiście Ukraińcy, ale nie tylko. Przecież dostrzegalne są grupy ludzi o innym kolorze skóry i zupełnie innym ładunku kulturowym. To jest codzienność w Gorzowie. A niestety Gorzów tego nie zauważa, choć powinien. Przecież tych ludzi nie można traktować jako tych, co tu tylko zarabiają i koniec. I tu pojawia się pytanie – jak ich postrzegać, jako kogo? Bo dobrze by było wiedzieć dlaczego tutaj przybyli, jakie są ich motywacje, pomysły na przyszłość. Proszę pamiętać, że to jest potężna grupa. Przecież w samym Gorzowie i wokół to kilkadziesiąt tysięcy osób. I oni żyją oraz pracują niemal wszędzie. I właściwie tyle o nich wiemy – w przybliżeniu liczbę. Dobrze by było wiedzieć, czy przyjeżdżają tylko za pracą, może chcą tu zostać na dłużej, a w związku z tym może są potrzebne klasy dwujęzyczne w szkołach, oferta kulturalna? No i krótko, Gorzów ma świetną predyspozycję do tego, aby mieć wielką wartość i nią emanować – to jest właśnie nowoczesna wielokulturowość. Ale nie ta deklaratywna typu – mamy Cyganów  dlatego jesteśmy wielokulturowi. No i są jeszcze jacyś Łemkowie, jakieś watry się dzieją. Nie. Gorzów jest rzeczywistością wielokulturową. I właśnie ona nie podlega, niestety, jakiemukolwiek oglądowi. A drugi element, który powoduje, że Gorzów też jest inny to fakt, że miasto jest dużym organizmem miejskim.

- Naprawdę pan uważa, że Gorzów jest dużym organizmem miejskim?

- Ależ tak. I ten organizm też tego nie zauważa, prócz kwestii logistycznych typu transport czy wodociągi, że ma wokół siebie mniejsze miejscowości, które nie są poodcinane, ale są na stałe z nim zrośnięte. I to jest de facto organizm miasta. Ja pomieszkuję albo w Gorzowie, albo pod Gorzowem i bardzo dokładnie widzę, że brak właśnie tego postrzegania – postrzegania jednego wielkiego organizmu. Dominuje myślenie takie, że już w Bogdańcu, Santoku, czy Motylewie miasto się skończyło, a zaczyna się wieś. To bardzo ortodoksyjne myślenie rodem z PRL: miasto – wieś, centrum – peryferie. Tradycyjne funkcje miasta i wsi bardzo mocno uległy zmianom w ciągu ostatnich lat: obok tworzenia aglomeracji równoległym procesem jest deglomeracja, czyli rozproszenie miejskości na obszary poza miastem w sensie aglomeracyjnym. Brakuje pomysłu na to, jak w nowy sposób zdefiniować miasto. No i dochodzimy do wyrazu miasta, bo każde miasto ma taki wyraz, jakie są jego oczekiwania. Bywam w Poznaniu i słyszę – a Poznań to takie miasto bez wyrazu, bo Warszawa… W Warszawie zaś zazdrosnym okiem spogląda się na Kraków… I tak dalej, i tak dalej.

- Czyli zawsze jest lepiej tam gdzieś, a nie w mieście, w którym się mieszka.

- Oczywiście, że tak. No i przykład. Kończyłem liceum w Witnicy, w czasach kiedy połową licealistów byli mieszkańcy Gorzowa! I tam w kółko słuchałem, jakie to są świetne licea w Gorzowie, na Puszkina i na Przemysłowej. I faktycznie był taki klimat, że te szkoły były tak postrzegane w regionie. Co więcej, absolwenci tych szkół byli także wyposażeni w takie zamknięte przeświadczenie o tym, że chodzili do świetnych, elitarnych szkół. A jak się już zaczynaliśmy odnajdować w Poznaniu, na studiach, to na hasło – przecież ja skończyłam prestiżowe liceum przy Puszkina czy Przemysłowej, koledzy poznaniacy pytali – a co to jest Przemysłowa? Jakie to liceum? Zwyczajnie nic im to nie mówiło, bo oni w Poznaniu mieli znacznie więcej takich prestiżowych liceów. A do tego dochodziło zdanie naszych kolegów, którzy przyjechali z Warszawy. I na nich z kolei elitarne ogólniaki w Poznaniu nie robiły kompletnie żadnego wrażenia. To bowiem tam nic nie oznaczało. I podobnie jest tutaj. Jeśli ktoś mówi, że miasto jest bez wyrazu, to w innych kontekstach nic nie znaczy.

- A co jeszcze zaliczyłby pan do zalet, wyrazów miasta?

- Choćby położenie. Według mnie jest ono strategiczne. Jest to największa aglomeracja pod Berlinem. I to zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie. Inna rzecz, że odwracanie się plecami nie tylko do Berlina, ale generalnie do Niemiec to rzecz charakterystyczna dla ostatniego czasu. A to jest odejmowanie sobie lwiej części potencjału. No i powtórzę – ludzie.

- Co trzeba zrobić, żeby te tendencje zmienić, odwrócić?

- Powinna wystąpić synergia: dobrego myślenia i nowego definiowania tego, czym jest miasto XXI wieku i przed jakimi, niełatwymi problemami stoi. Tu nie chodzi o zorganizowanie konkursy plastycznego pod tytułem „Mój wielokulturowy Gorzów”, w którym ktoś pokaże, że babcia była Ukrainką spod Kołomyi. To nie o to chodzi. Te wszystkie wartości powinny być w sposób systematyczny, długotrwały i przemyślany włączane do programów edukacyjnych. Bo to się dzieje w całej Europie, ale nie na zasadzie multi-kulti będącego programem politycznym, tylko faktycznej stosowanej wiedzy i nauka o wielokulturowości. Na przecięciu wielu kultur rodzą się zawsze najciekawsze pomysły i rozwiązania i to we wszystkich możliwych sferach.

- W Gorzowie mamy wiele różnych kultur, które się spotykają na Wigilii narodów i koniec na tym.

- Bo niestety tworzenie aktywnego wielokulturowego społeczeństwa to jednak długi i mocno złożony proces. Gorzów z pewnością potrzebuje strategii. Ale nie na zasadzie – wybudujemy most albo jakąś ulicę i będzie dobrze. Nie potrzeba w niej opisywać historii, wymieniać ulice i kamienice. Potrzeba natomiast określić rzeczywistą strategię działania, punkt docelowy i wówczas trzeba ją realizować. Takie strategie mają w Gdańsku, gdzie mają specjalną komórkę do spraw wielokulturowości. Ci ludzie tam zbadali, kto w Gdańsku mieszka, określili prognozy, pokazali, jak może kwestie kulturowe, wielokulturowe realizować. Podobnie jest w Łodzi. A Gorzów, ma wielkomiejskie, metropolitalne zapatrywania, ale z drugiej strony brakuje sposobów osiągnięcia tej wielkomiejskości, inna rzecz, czy kiedykolwiek je osiągnie. Każde  miasto bowiem ma swoją wyporność, swoje możliwości rozwoju. Gorzów potrzebuje nowych definicji i strategii na miarę potrzeb XXI wieku. Powiem tak, Gorzów już miał bardzo ciekawy pomysł na strategię. Mam na myśli Przystań.

- Przecież to było mocno krytykowane.

- Kilka pomysłów tam zawartych było godnych uwagi, choćby sam pomysł na Gorzów, jako Przystań . To fajna idea. Tym bardziej, że wszystko musi być przystawalne do zmieniających się warunków życia. A przecież one się co chwilę zmieniają.

- Kiedyś to było miasto robotnicze. Potem przemysł upadł, a miasto zostało nadal robotnicze. Nie ma jakichś większych marzeń o zmianie.

- No i to ciekawy problem. Gorzów się bardzo mocno zmienił. Jest bardzo wiele różnych grup i grupek pracowników, którzy pracują w różnych firmach. Przyjeżdżają z zewnątrz i nie mają absolutnie ochoty, żeby się gdzieś tam ujawniać, albo brać udział w życiu miasta. Mają podejście konsumenckie. Wybierają sobie ofertę – może to być Gorzów, może być Berlin czy Szczecin. Wszystko jest w zasięgu. Przykłady takich grup? Wymienieni wcześniej Ukraińcy, ale i Chińczycy. Pojawiają się ludzie z Bangladeszu. I nic o nich nie wiemy, a przecież tu są. I dobrze by było się dowiedzieć, co dalej zmierzają. Powtarzam: myślenie o mieście do granicy administracyjnej to anachronizm XX wieku. Myślenie o mieście musi przekraczać granice, wszelkie. Słowem: miasto potrzebuje strategii XXI wieku, która nie tylko będzie rozwiązywać problemy infrastruktury, ale przede wszystkim definiować problemy i możliwości świata, który poza tym, że jest arcyciekawy to przede wszystkim zmienia się w tempie do tej pory nie znanym.

- Dziękuję za rozmowę.