W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Dalidy, Juliusza, Łucji , 13 grudnia 2018

Jeden uczyni to szybko, drugi potrzebuje więcej jazdy

2018-10-02

Z Bogusławem Nowakiem, byłym żużlowcem Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_22911.jpg

- Żużlowcy Cash Broker Stali Gorzów mogli pokusić się o lepszy wynik w rewanżowym meczu w Lesznie i tym samym sięgnąć po dziesiąty tytuł drużynowych mistrzów Polski?

- Oczywiście, że mogli, ale czegoś zabrakło w drugiej fazie meczu. Kiedy nasi zawodnicy doprowadzili do wyrównania 27:27 wydawało się, że już złapali rytm, poznali bardzo dobrze tor i znaleźli optymalne ustawienia. A jednak, obok bardzo dobrych wyścigów mieli gorsze i takie właśnie przytrafiły im się w czwartej serii startów.  

- Wielu ekspertów stwierdziło jednak wprost, że w tym sezonie dla Stali sam awans do finału był dużym sukcesem. Podziela pan to zdanie?

- W pełni się zgadzam z tymi opiniami. Przecież w trakcie kilku miesięcy gorzowian dotknęło tyle kontuzji, ile wiele drużyn nie przechodzi przez kilka sezonów. Niektóre były naprawdę poważne, jak choćby Martina Vaculika, Rafała Karczmarza, Huberta Czerniawskiego czy Szymona Woźniaka. Każdy powrót na tor po dłuższej przerwie wiąże się z potrzebą odbudowy formy. Jednym przychodzi to szybciej, drugim wolniej. Wyleczyć dzisiaj złamany obojczyk czy rękę można naprawdę szybko, tak medycyna poszła daleko do przodu, ale jest jeszcze coś takiego jak powypadkowa blokada. Każdy zawodnik musi ją przezwyciężyć poprzez odpowiednią liczbę startów. Jeden uczyni to szybko, drugi potrzebuje więcej jazdy.

- W pewnej chwili wydawało się, że stalowcy nie odbudują już wysokiej formy i będą mieli duże trudności z zakwalifikowaniem się do wielkiego finału. Co pana zdaniem zadecydowało, iż w najważniejszej części sezonu nasz zespół jednak złapał wysoką formę?

- Spokój i systematyczna praca. Nikt nie wpadł w panikę po kilku słabszych występach, lecz każdy wiedział co ma robić. Zachowanie zimnej krwi jest podstawą w dążeniu do osiągnięcia sukcesu. Czasami trzeba nawet coś odpuścić, żeby potem dwukrotnie zyskać. Przykładem była wysoka porażka w Toruniu, ale szybko się okazało, że zawodnicy potraktowali to spotkanie jako test przygotowujący ich do półfinałowego starcia z forBet Włókniarzem Częstochowa. Znakomicie to wyszło.

- Zawsze mówi pan, że bez dobrej postawy juniorów nie można osiągnąć dobrego wyniku w lidze. Czy Stal nie jest przykładem drużyny, że jednak można, bo nasi młodzieżowcy nie mieli dobrych wskaźników punktowych na ligowych torach?

- Z gorzowskimi młodzieżowcami jest tak, że ciągle porównujemy ich do niedawnych czasów jazdy w tej formacji Bartka Zmarzlika i Adriana Cyfera. Obaj, jako para, wniosła duży wkład w mistrzowskie tytuły w 2014 i 2016 roku. To już jest historia i trzeba pogodzić się z tym, że przynajmniej na razie nasi juniorzy nie są tak pewnymi punktami, jak było to wcześniej. Nie oceniałbym jednak ich zbyt krytycznie, bo w rywalizacji z rówieśnikami innych klubów dają sobie radę, natomiast jeszcze nie zdobywają, poza Rafałem Karczmarzem, punktów na seniorach drużyn przeciwnych. I pod tym kątem rozpatrując, potrzeba trochę czasu, żeby nabrali odpowiedniego doświadczenia. Skoro jesteśmy przy juniorach, zachęcałbym klub do jeszcze mocniejszego rozwijania szkolenia, bo ostatnia dekada pokazała, że warto stawiać na wychowanków.

- Rozumiem, że ma pan satysfakcję z tego, że w 1994 roku zmotywował pan gorzowskie środowisko do rozpoczęcia budowy mini torów, bo dzisiaj na bazie takiego właśnie szkolenia Stal ma stały dopływ utalentowanej młodzieży?

- Przez blisko 20 lat trenowałem adeptów w Wawrowie i w tym okresie przewinęło się ponad 120 chłopaków, z czego 67 uzyskało licencje. Z takiej grupy zawsze wypłyną talenty, ale nawet ci, którzy nie byli tak uzdolnieni, jak choćby Krzysiek Cegielski, Paweł Hlib czy Bartek Zmarzlik, też sporo wnieśli w rozwój Stali czy innych klubów. Spora grupa bowiem nie znajdując miejsca w Gorzowie kontynuowała i kontynuuje kariery w innych ośrodkach.

- Dzisiaj chyba niemożliwe jest to, żeby ktoś trafił na tor żużlowy nie terminując wcześniej w mini żużlu?

- Jest niemożliwe choćby z tego powodu, że jazdę na motocyklu trzeba zaczynać już w wieku 4-5 lat, a przecież takie małe dziecko nie wsiądzie od razu na normalny motocykl. Jeżeli ktoś zacznie trenować w wieku 13-14 lat, nie ma szans nadrobić straconego czasu. To nie te lata, w których ja jeździłem i były wówczas nabory tylko do szkółek żużlowych.

- A skoro już jesteśmy przy szkoleniu najmłodszych. Słyszałem, że chce pan na nowo powrócić do pracy trenerskiej. Powie pan coś więcej?

- Kilka lat temu zachęciłem w Tarnowie Mirka Cierniaka do budowy szkółki i dzisiaj efekty pracy tamtejszych trenerów są rewelacyjne, czego dowód mieliśmy niedawno w Gorzowie. Dwaj wychowankowie tej szkółki, 15-latkowie Mateusz Cierniak i Dawid Rempała wywalczyli na naszym torze drużynowe mistrzostwo Polski juniorów. Ale to nie wszystko, bo wiem, że tam jest kolejnych dwóch chłopaczków o dużym potencjale. Dlatego uznałem, że warto pójść podobną drogą w Gorzowie.

- Ale przecież mamy świetnie działający klub w Wawrowie. Chce pan zrobić mu konkurencję?

- Po pierwsze konkurencja i rywalizacja sportowa to nic złego. Po drugie, absolutnie nie chcę działać przeciwko mojemu przyjacielowi z toru Mietkowi Woźniakowi, który pracuje z dzieciakami w Wawrowie. Wręcz przeciwnie, chcę z nim w przyszłości współpracować. Liczę, że w porozumieniu oczywiście z gospodarzem obiektu będziemy mogli trenować w Wawrowie. Po trzecie wreszcie, tworzona przeze mnie, na bazie mojej fundacji, szkółka ma działać na trochę innych zasadach.

- Jakich?

- Chcę zająć się maksymalnie pięcioma dziećmi w wieku 6-7 lat. Taka grupa już zresztą jest, zamówiliśmy u pana Pawła Zmarzlika, taty Bartka, przygotowanie odpowiednich motocykli. Czeka nas wiele lat ciężkiej pracy, ale jestem przekonany, że im więcej będzie podobnych szkółek, tym łatwiej będzie całemu polskiemu żużlowi o dopływ utalentowanej młodzieży.

- Kiedy pan rusza ze szkółką?

- Liczę, że od wiosny przyszłego roku.

- Co dzisiaj trzeba cos zrobić, żeby zachęcić małe dzieci do jazdy na motocyklach?

- Jak wspomniałem, na motocykl trzeba usiąść już w wieku 4-5 lat. Tu raczej zachęcać nie trzeba, należy tylko stworzyć warunki, żeby dany chłopak mógł spróbować tej jazdy. Jak chwyci bakcyla dobrze, jak wybierze inną dyscyplinę sportu trzeba z tym się pogodzić. Nic na siłę.

- Powróćmy do dorosłego speedway’a. Jak ocenia pan tegoroczne rozgrywki ligowe w Polsce?

- Chwilami zastanawiałem się, czy więcej emocji nie mieliśmy w niższej lidze, gdzie najpierw trwała zacięta walka o miejsce w play off, potem ekscytująca wręcz rozgrywka o bezpośredni awans pomiędzy zespołami z Rybnika i Lublina. W PGE Ekstralidze tak naprawdę szybko poznaliśmy drużyny, które pojadą o medale. Owszem, pod koniec rundy zasadniczej pojawiły się trochę niespodziewane emocje za sprawą Get Well Toruń, ale czołówka, która ukształtowała się jeszcze w pierwszej części rywalizacji w zasadzie pozostała niezmienna do końca. Półfinały także nie dostarczyły wielu emocji, ale nie narzekajmy. Parę meczów było emocjonujących, walka o utrzymanie także ciekawa, spotkania finałowe długo trzymały w napięciu.

- Każdy kolejny sezon przynosi nowe rozwiązania, które albo się sprawdzają, albo negatywnie wpływają na rozwój tej dyscypliny. Co panu najbardziej nie podoba się w dzisiejszym żużlu?

- Powiem najpierw, że dobrym posunięciem było to, że w ostatnich latach poprzez zapisy regulaminowe zdołano skrócić przerwy pomiędzy biegami, dzięki czemu mecze są sprawnie przeprowadzane. Poszedłbym jednak jeszcze o krok dalej i zmieniłbym zapis regulaminowy dotyczący przerw wynikających z powtórek wyścigów. Tam, gdzie można, przykładowo po zerwaniu taśmy, zakazałbym zawodnikom zjeżdżania z toru i natychmiast włączałbym dwie minuty. Z poważniejszych zaś spraw zrezygnowałbym z komisarzy toru. Pełną odpowiedzialność za przygotowanie toru powinien brać organizator, zaś instytucją kontrolującą i oceniającą powinien być tylko sędzia. Dzisiaj wszystko jest rozmyte. Niby komisarze rządzą, a karani są trenerzy, toromistrze czy kierownicy zawodów. Następna sprawa to szukanie na siłę winnych upadków w pierwszym łuku. Chwilami mam wrażenie, że sędziowie nie zawsze rozumieją na czym polega jazda po torze żużlowym. I że bywają sytuacje, iż przyczyną jakiegoś zdarzenia torowego, głównie upadku, nie musi być wcale miejsce tego zdarzenia. Należy spojrzeć na to co działo się wcześniej, a że po starcie zawsze walka toczy się o jak najlepszą pozycję, czasami dochodzi do kontaktu pomiędzy zawodnikami.

- W przyszłym sezonie wszystkie mecze w PGE Ekstralidze będą transmitowane przez telewizję. Nie obawia się pan, że może to przyczynić się do spadku frekwencji na stadionach?

- Myślę, że tradycyjnie już o frekwencji na danym obiekcie będzie decydowała forma i wyniki uzyskiwane przez dane zespoły. W przypadku Stali jestem przekonany, że wieloletnia średnia w granicach 12 tysięcy widzów na spotkanie pozostanie na tym poziomie, chyba że drużyna nagle zacznie przegrywać w kiepskim stylu.

- W ostatnich kilkunastu latach widoczny jest spory spadek zainteresowania żużlem w wielu europejskich krajach. Z czego to może wynikać?

- Przede wszystkim z braku medialności. Za tym poszedł spadek finansowania ze strony sponsorów i przez to też zmalało zainteresowanie publiczności. Trochę mnie to zaskakuje, bo jestem przekonany, że mnóstwo firm mogłaby zyskać sporą promocję przez żużel. Oczywiście ta dyscyplina nigdy nie będzie tak popularna jak piłka nożna, ale tutaj nie potrzeba aż tak wielkich pieniędzy. O ile żużel przeżywa kryzys w Anglii czy Szwecji, to mnie jeszcze tak nie martwi, jak to, że praktycznie znika z Węgier, Czech, Austrii czy Finlandii. Jeszcze parę lat temu Finowie mogli wystawić naprawdę dobrą drużynę, a dzisiaj poza chyba jednym nie ma tam w ogóle zawodowych żużlowców. Powiedzmy sobie też otwarcie, iż Polska zbyt szybko ucieka w swoich wymaganiach innym, co może ich trochę zniechęcać do rozwoju. Do tego niewielka grupa żużlowców zarabia bardzo duże pieniądze, obstawia wszystkie liczące się ligi, Grand Prix, a resztą jest bez szans w starciu z nimi. Brak dopływu świeżej krwi także powoduje stagnację.

- Może to Polska powinna bardziej otworzyć się na inne kraje i wspomagać je w odbudowie żużla?

- Bardziej należy iść w kierunku rozwijania żużla na motocyklach 250 ccm. Chodzi o to, że w większości krajów jest rozbudowane szkolenie na mini torach, ale najgorszy dla tych młodych chłopaków jest przeskok od razu na ,,pięćsetki’’. Do niedawna brakowało czegoś pośredniego. I motocykle o pojemności 250 ccm są dobrym rozwiązaniem. Wprowadzono też różne mistrzowskie imprezy w niższych klasach. Jest to prawidłowy kierunek, ale potrzebujemy teraz trochę czasu na pierwsze efekty tych działań.

- Jak odebrał pan informację o rezygnacji BSI z organizowania w Gorzowie Grand Prix?

- Negatywnie, ponieważ jest to duża strata dla Gorzowa. Wbrew temu co niektórzy twierdzą Grand Prix wpływała na rozpoznawalność naszego miasta w wielu środowiskach, dzięki temu turniejowi raz do roku przyjeżdżało do nas, mówiąc kolokwialnie, ,,pół świata’’. Co ważne też, jako miasto, byliśmy bardzo mocno usadowieni na żużlowej mapie. Ponadto zawsze miło mieć u siebie choć jedną imprezę rangi światowej.

- Wszystko wskazuje na to, że Bartosz Zmarzlik zostanie wicemistrzem świata, choć jeszcze ma szansę na złoty medal. Bez względu jednak z jakim ostatecznie krążkiem wyjedzie z Torunia, jak ocenia pan postawę najbardziej znanego wychowanka Stali ostatniej dekady?

 - Bartek w wieku 23 lat będzie miał drugi medal indywidualnych mistrzostw świata. To naprawdę wielkie wydarzenie, zwłaszcza że rozmawiamy o cyklu Grand Prix, składającym się z wielu turniejów. Proszę zwrócić uwagę, że Bartek kolejny sezon jedzie na najwyższym poziomie, bez kontuzji, co świadczy o kapitalnym przygotowaniu oraz o wielkich umiejętnościach. Ja podziwiam go za to, że jeździ niemal na granicy ludzkich możliwości. Niektórzy mówią, że jeździ zbyt ryzykownie. Nie zgadzam się z tymi opiniami. On jest tak świetnie ułożony technicznie, że nad wszystkim ma pełną kontrolę. A to, że czasami dojdzie do upadku z jego udziałem, to jest normalne. Zawodnicy często jeżdżą na popularną żyletkę i czasami dochodzi do spięć.

- Problemem Bartka cały czas są nierówne starty, choć w tym roku wyraźnie się poprawił. Pan, jako były żużlowiec, co doradziłby mu w tym zakresie?

- Nic, bo u niego jest to już tylko kwestia dopracowania oraz nabrania doświadczenia. Bartek ma chwilami genialne starty, ale potrafi również mocno się spóźniać. Przy czym jeszcze przed rokiem na trzy starty dwa psuł, teraz jest odwrotnie. Niektórzy żużlowcy rodzą się z genialnym refleksem i potem wykorzystują, Bartek urodził się z wielkim talentem do jazdy na dystansie, dlatego musi ciężko pracować nad techniką ruszania spod taśmy.

- Szkoda, że nie ma takiego refleksu, jak kiedyś Jerzy Rembas?

- Oj, gdyby miał taki refleks jak Jurek, zapewne nic nie osiągnąłby w dzisiejszym żużlu. Sędziowie zapewne każdorazowo karali by go ostrzeżeniem i potem wykluczeniem. Niestety, przepisy w tej kwestii poszły w mojej ocenie za daleko. Nie powinno się karać kogoś za wdrożony talent.

- Dziękuję za rozmowę.