W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Michaliny, Michała, Piotra , 19 października 2018

W Gorzowie trudno się odróżnia sztukę mięsa od sztuki

2018-10-09

Z Anną Szymanek, gorzowską artystką i organizatorką plenerów, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_22977.jpg

- Ostatnio Muzeum Lubuskie otworzyło stałą galerię pani prac. Można to nazwać sukcesem po tylu latach pracy w Gorzowie?

- Czy sukces? Na pewno jest to wyróżnienie. Stała ekspozycja przecież będzie dostępna nawet jak mnie już nie będzie. Innymi słowy, jest to na pewno wielkie osiągnięcie. Przecież nie każdemu się proponuje stworzenie stałej galerii. I to w dodatku w Muzeum, czyli w placówce o szczególnej randze.

- Gorzów jest przyjazny artystom?

- Nie powiedziałabym. Może przywołam słowa Jana Korcza, w Gorzowie trudno się odróżnia sztukę mięsa od sztuki. I to jest bardzo przykre.

- Chce pani powiedzieć, że tu się nie odróżnia sztuki od działań pozorowanych?

- Dokładnie tak. Tu jest tak, że całe barachło jest sztuką.

- A co pani rozumie pod pojęciem barachło?

- Wszystko to, co nie jest sztuką, a jakimś udawaniem. To, co nie ma wartości artystycznych. W Gorzowie bowiem jest tak, że każdy, kto chwyci za pędzel czy ołówek, to już artysta i to jaki. A to trzeba rozgraniczyć. Artyzm to nie tylko wzięcie ołówka czy pędzla do ręki. Artyzm to także twórczość, to tworzenie sztuki. A sztuka jest ponad barachłem, ponad tym udawaniem. Powiem jeszcze tak, - wystarczy, ż ktoś namaluje obrazek, bez względu na wartość, a już wszyscy się rozpływają, jak pięknie, jak ślicznie. No prawdziwa sztuka, prawdziwy artysta, a to ani ze sztuką, ani z artyzmem nie ma nic wspólnego.

- Ale ludziom się podoba to coś, co pani nazywa barachłem.

- Ale jak ci ludzie mają odróżnić barachło od sztuki? Przecież nie kształci się w szkołach gustów, nie ma lekcji plastyki. Nikt odbiorców nie przygotowuje do uczestnictwa w sztuce. Ja się ucieszyłam, bo dostałam propozycję spotkania z uczniami z pracowni plastycznej Młodzieżowego Domu Kultury. I to jest właśnie właściwa droga. Kształcenie i przygotowywanie do tworzenia sztuki oraz do jej odbioru. Ale takich rzeczy jest mało, więc jak zwykły zjadacz chleba ma odróżnić coś wartościowego od szmiry czy barachła?

- Zwróciła pani uwagę, że także na ulicach jest też sporo niepięknych rzeczy, bo jak się przyjrzeć choćby reklamie, to oczy bolą patrzeć?

- Ależ naturalnie. Tak właśnie jest. I to wszystko wpływa na postrzegania, na gust czy jego brak. Takie a nie inne reklamy, infantylne znaki to też jest efekt braku edukacji.

- Pamiętam, jak jakieś dziesięć lat temu powiedziała pani, że gdyby była młodsza, to by uciekła z Gorzowa.

- Ależ oczywiście, że tak powiedziałam. Wtedy już było za późno. I dalej tak uważam, że stąd trzeba uciekać. Ja zresztą za niedługo przenoszą się do Domu Pomocy Społecznej w Zielonej Górze. Zmusza mnie do tego stan zdrowia. Tak więc ostatecznie jednak z Gorzowa wyjadę.

- Dlaczego chciała pani uciec z Gorzowa?

- Tutaj jest bardzo trudno o rozwój, o postęp, ten właściwy rozwój twórczy. Tu, jak się jest zbyt dobrym, to się dostaje po głowie. Tu obowiązuje zasada urawniłowki. Wszyscy mają być tacy sami. Pamiętam, jak tu przyjechałam, to nic nie robiłam, nic nie malowałam, tylko uczestniczyłam w życiu towarzyskim, spotykałam się na głupich rozmowach. A potem trafiłam do szpitala na trzy miesiące. Potem znów się spotkałam z tymi samymi ludźmi i on byli wciąż w tym samym miejscu, o tym samym rozmawiali. Przestałam chodzić. To był stracony czas. Wtedy koledzy i koleżanki ze Szczecina przyjechali i zrobili mi spowiedź. Zapytali – co zrobiłaś, co namalowałaś, co z rzeźbami, jaką ceramikę zrobiłaś? A ja – no nic. Razem z nimi była ówczesna dyrektor Biura Wystaw Artystycznych na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. To ona zdecydowała, że za rok będę miała u niej wystawę. No i się wzięłam za pracę. Wystawa była. Część prac od razu sprzedałam.

- Jak to się stało, że jednak pani przyjechała do Gorzowa?

- Jak zwykle zrządził przypadek. Rozwiodłam się i musiałam zmienić środowisko. Myślałam o Głogowie i Gorzowie. Głogów to jednak nie była dobra opcja. Trochę mnie przerażała huta. Padło na Gorzów, choć wezwał mnie dyrektor Muzeum w Zielonej Górze, gdzie mieszkałam i powiedział – gdzie ty się pchasz? Przecież tam nie ma nic. Mimo to jednak przyjechałam.

- I niemal od razu zapisała się pani jako dobra i twórcza artystka. Ale też od razu jako szefowa wielu plenerów malarskich. Chciało się pani całe życie użerać z artystami, robić dla nich plenery? Przecież to trudne.

- Fakt. Ale z drugiej strony to są przepiękne chwile, fantastyczne momenty. Dzięki tym plenerom znam około 500 artystów. Wielu z nich, ba wielu, bardzo wielu, to topowe dziś nazwiska. Ot choćby Franciszek Maśluszczak. Gdyby nie plenery, sama na wiele bym nie pojechała. To było działanie w obie strony.

- Dzięki plenerom stworzyła pani, co mało kto wie, ciekawą kolekcję malarstwa współczesnego, jaką ma Gorzów.

- Tak, to prawda. I to kolekcję malarstwa dobrych artystów. W tej kolekcji są prace, które na rynku osiągają ceny nawet powyżej 20 tys. zł.

- Nie jest pani żal, że ta kolekcja jest rozproszona po różnych biurach i instytucjach…

- Oraz niestety, po prywatnych mieszkaniach, bo też o tym wiem. I żal, owszem, ale przede wszystkim głupio. Szkoda, że tak się stało. Dam przykład Dębna. Tam cała kolekcja powstała na plenerach jest eksponowana w ich bibliotece. Jest skatalogowana, opisana, zadbana. A dodam, że obchodziliśmy właśnie 25-lecie plenerów. I tam burmistrz ma pomysł na stworzenie stałej galerii i pokazywania tej ogromnej kolekcji, jak się stworzyła. No i artyści do nich będą przyjeżdżać.

- Ostatnio trapią panią problemy ze zdrowiem. Jeździ pani jeszcze na plenery?

- Jeżdżę, choć nie biorę czynnego udziału. Pomagam w organizacji, jestem szefową. Tak jest w Dębnie, ale i w Łagowie. Zwyczajnie chcę mnie tam jako komisarza. Ja zwyczajnie jestem bardzo wymagająca.

- Chciałam do tego nawiązać. Bo o pani wiadomo, że na plenerze musi być porządek, określony tryb pracy.

- To prawda, ale też jest radosne życie plenerowe. Ale, otwartym tekstem mówiąc, na moich plenerach nie ma chlania. Tak to określę. Mamy wycieczki, różne spotkania, jest czas na wymianę myśli. Nie ma czasu na trwonienie czasu. No i teraz moje plenery będą wyglądać tak – mam dwóch zastępców, a ja będę siedziała w fotelu i koordynowała całość. Czyż nie ciekawa perspektywa? (śmiech). Dodam tylko, że w moich plenerach biorą udział także gorzowscy artyści.

- No i jeszcze jedna rzecz. Przez lata prowadziła pani w Gorzowie Galerię pod Trąbką. Bardzo lubianą zresztą przez gorzowian.

- To fakt. Przychodzili tłumnie na wystawy. Ale nie tylko ceniona była przez gorzowian. Doceniła to także Poczta Polska. Mam swój blok pocztowy, znaczy w formie znaczków. I nie jest to okazjonalny blok, ale znaczki są w obrocie. Można więc kupić znaczek z podobizną Anny Szymanek (śmiech).

- Także pani mieszkanie jest swego rodzaju galerią. Ma pani mnóstwo obrazów. Co z nimi się stanie, kiedy pani spełni groźbę i wyjedzie z Gorzowa?

- I to jest poważny problem. Część na pewno pójdzie na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Przekazuję te prace do centrali w Warszawie. Część na pewno trafi do naszego Muzeum. Już jestem po rozmowach z kustoszami, którzy zadecydują, jakie prace trafią do muzealnych zbiorów. A niewielką część, w tym niewielki autoportret pędzla Franciszka Maśluszczaka, pojedzie ze mną do Zielonej Góry. A pozostałe postanowiłam sprzedać. Powiem, że niektóre prace już mają swoich nabywców.

- Kolejna kolekcja ulegnie rozproszeniu?

- Niestety tak. Nie ma innego wyjścia.

- Dziękuję bardzo za rozmowę.

Anna Szymanek urodziła się w Starodworcach na Wileńszczyźnie. W Gorzowie mieszka i tworzy od 1979 roku. Studiowała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu na Wydziale Ceramiki. Dyplom uzyskała w 1964 roku. Do połowy lat 80. zajmowała się ceramiką. Ze względów zdrowotnych musiała z niej zrezygnować, zajęła się rysunkiem i pastelami. Od ponad roku ze względów zdrowotnych nawet tego już nie może robić.

Jej prace były pokazywane na ponad 80 wystawach zbiorowych. Jej ceramiki pokazywane były na prestiżowych wystawach w Niemczech (Frankfurt n. O., Eisenhüttenstadt, Müllrose, Poczdam), Jugosławii (Belgrad), na Łotwie (Jurmała) i w Belgii (Eupen). Także w ośrodkach ważnych dla polskiej ceramiki, m. in. w Bolesławcu, Książu i Wrocławiu. W ostatnich latach zapraszana jest na Impresje Mikołowskie, Beskidzkie Integracje Sztuki, Triennale z Martwą Naturą, Jurajską Jesień, wystawę pt. Łąka organizowaną przez Muzeum Zamojskie w Zamościu. Anna Szymanek zorganizowała ponad 60 interdyscyplinarnych plenerów artystycznych z udziałem plastyków z Polski i z zagranicy, m. in. Ogólnopolskie Spotkania Twórców „Rezerwat malarskiej uważności” na zlecenie Urzędu Miejskiego w Gorzowie. W 2017 roku została uhonorowana srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

(informacje za „Encyklopedią Gorzowa” Jerzego Zysnarskiego oraz za tekstami dr Krystyny Kamińskiej)