W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Emila, Laury, Rogera , 14 listopada 2018

Wilk bywa zainteresowany kontaktem z człowiekiem

2018-10-24

Z Wojciechem Pawliszakiem, Łowczym Okręgowym Polskiego Związku Łowieckiego w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_23110.jpg

- Co to za funkcja - łowczy okręgowy?

- Struktura Polskiego Związku Łowieckiego wygląda w ten sposób, że mamy 49 okręgów – granice ich przebiegają jak granice poprzednich województw. W każdym takim okręgu jest zarząd, na czele którego stoi łowczy. Odpowiada on za pracę biura. Reprezentuje okręg na zewnątrz. Do tego dochodzi masa obowiązków wynikających ze specyfiki pracy – uzgodnienia dotyczące planów łowieckich, sprawy związane z gospodarką łowiecką.

- A co to jest ta gospodarka łowiecka?

- To jest bardzo szerokie pojęcie. Głownie jest to gospodarowanie na dzierżawionych obwodach łowieckich. Zarząd okręgowy sprawuje nadzór nad kołami łowieckimi z tytułu wypełniania ustawy – prawo łowieckie. A ustawa ta nałożyła określone cele i zadania, między innymi, poza polowaniem, dbałość o środowisko i poprawę warunków bytowania zwierząt. No i co się pod tym sformułowaniem kryje? Przygotowanie choćby stałych osłon dla zwierzyny drobnej, żeby mogła się ukryć przed drapieżnikami czy też przetrwać srogą zimę. Do tego dochodzi też tworzenie stałych miejsc lęgowych, czyli remizy śródpolne. Mamy program introdukcji zwierzyny, która gdzieś tam jest w regresie, bo zniszczona przez drapieżniki. I konkretnie jest to odbudowa bażanta i kuropatwy na terenie powiatu strzelecko-drezdeneckiego. Tam powstały woliery, z których później te ptaki będą wypuszczane do środowiska naturalnego. Mamy też program polegający na redukcji drapieżników.

- I to robią myśliwi? A wydawać się by mogło, że to robią leśnicy.

- Nie, to są nasze zadania. Leśnicy zajmują się hodowlą lasów. A przecież dobrem narodowym, które bytuje w lasach jest zwierzyna. Ona w stanie wolnym jest własnością Skarbu Państwa. I leśnicy też mają obowiązek dbać o to dobro. Ale czystą gospodarką łowiecką w obwodach łowieckich zajmują się myśliwi, koła łowieckie czyli Polski Związek Łowiecki.

- Jednym słowem, te wszystkie lizawki, paśniki i inne urządzenia w lesie dla dobra zwierząt, to domena myśliwych?

- Tak, to są urządzenia łowieckie. I takie lizawki mają poprawić warunki bytowania zwierzyny. One dostarczają mikroelementów, czyli soli. I to jest sól kamienna kupowana zazwyczaj w kopalni w Kłodawie lub Wieliczce. To nie jest taka zwykła sól, którą można w sklepie kupić. Gdybyśmy takiej soli nasypali do lizawek, to byśmy te zwierzęta potruli. A ta kamienna zawiera bardzo wiele mikroelementów, które na co dzień nie są dostępne w przyrodzie. Zwierzęta żywią się też korą z młodych drzew i przy okazji robi ogromne szkody w lesie. Ale robi to dlatego, że w tej korze znajdują się właśnie te mikroelementy, które są w soli. No i my, dostarczając sól do lasu, niwelujemy te szkody. A po drugie zależy nam, aby w jak najlepszej kondycji była ta zwierzyna.

- A jak to się stało, że pan został myśliwym?

- To już taka tradycja rodzinna. Dziadek polował, ojciec poluje, brat ojca poluje. Ja się wychowałem w środowisku myśliwskim. Praktycznie od piątego roku życia brałem udział w rozlicznych imprezach związanych z łowiectwem, czy to przy wycenie trofeów łowieckich, jubileuszach, w mszach hubertowskich, polowaniach. Od dziecka żyłem blisko przyrody i dlatego chyba żadnym zaskoczeniem nie było, że przyszedł czas na myślistwo. No i w moim przypadku było to spełnienie swoich pasji.

- Jakie jest pana pierwsze wspomnienie związane z łowiectwem.

- Myślę, że to jakiś wyjazd na polowanie. W nocy.

- I pan, wtedy takie małe dziecko jechał na polowanie?

- No tak, ja wówczas takie małe dziecko (śmiech)… Świat widziany w nocy i to oczami dziecka jest całkiem inny, aniżeli widziany przez dorosłego. Bo te wszystkie odgłosy, jakie można usłyszeć w lesie, jak sowa, powodują, że to wszystko urasta do jakiegoś takiego niezwykłego, tajemniczego świata. Myślę, że jak człowiek od dziecka obcuje z przyrodą, to uczy się wielu rzeczy. Słucha tak naprawdę przyrody. Poza tym dzieci wychowane w lesie, wiedzą znacznie więcej o przyrodzie, potrafią rozpoznać czy to sarna, czy to jeleń. Bo przecież generalnie nawet wśród dorosłych pokutuje przekonanie, że jeleń to mąż sarny. A ten mały jelonek, który zaplątał się gdzieś tam w siatkę, to w przyszłości mógłby być pięknym jeleniem. A tak nie jest. Bo to samiec sarny – rogacz a nie jeleń – byk, który ma całkiem inną budowę.

- A nie było to przypadkiem tak, że to tata myśliwy ciągnął za rękę syna na polowanie?

- Nie, nie, gorzej było jak nie zabrał.

- Panie łowczy, skoro robicie różnych rzeczy, to dlaczego myśliwi mają tak fatalną opinię? Nie mam na myśli tylko okręgu gorzowskiego, ale generalnie całe środowisko?

- Myślę, że to wynika z faktu, że mamy społeczeństwo coraz uboższe w wiedzę dotyczącą przyrody. Ludzie walczący w myśliwymi nazywają się ekologami. A tu należałoby wrócić do samego pojęcia – co to jest ekologia? To jest nauka i jeśli ktoś się określa ekologiem, to w rzeczywistości powinien być naukowcem. Proszę pamiętać, że ekologia to nauka, która pokazuje nam relacje między różnymi organizmami w środowisku i jak te organizmy wpływają na otoczenie poprzez zmianę tego środowiska właśnie. Obecnie mówi się, że dobrze by było, aby się przyroda sama wyregulowała. Czyli – nie wycinajmy drzew, to będziemy mieli piękną puszczę, pierwotny las. A jakoś nikt nie chce zauważyć, że aby dojść do pierwotnego lasu, potrzeba około 400-500 lat, przy zastrzeżeniu, że środowisko się nie zmieni, a przecież zmienia się na naszych oczach. Las pierwotny to choćby odbudowa pewnych gatunków, których nie ma. Nie ma także możliwości, aby pozostawić przyrodę samą sobie. Przy aktualnych uwarunkowaniach i strukturze choćby zasiewów, upraw rolnych jest to niemożliwe.

- Dlaczego?

- Przykład. Na dziś mamy przewagę upraw kukurydzy, która powoduje zwiększenie płodności u dzików, szybsze dojrzewanie płciowe. Proszę pamiętać, że dzik generalnie dopiero w wieku dwóch, trzech lat brał udział w rozrodzie. A dziś już sześciomiesięczne loszki, czyli te warchlaczki, które nie mają roku, a już są zdolne do tego, aby zajść w ciążę. No i co mamy na chwilę obecną? Ano mamy taką sytuację. Przy standardowej sytuacji przyrost populacji dzika wynosi 150 procent. To w normalnych warunkach, podkreślam. A obecnie mamy przyrost 300 procent, czyli aż 100 procent więcej. I gdybyśmy teraz tak naprawdę odłożyli broń, powiedzieli – dobra, nie strzelamy, to co będzie? Jak my strzelamy 24 tysiące dzików w województwie lubuskim – z tego niech tylko połowa to będą same loszki i dodać do tego 300 procent przyrostu, to w marcu daje nam inwazję dzików. Choćby dlatego nie da się na dziś powiedzieć, że nie będziemy strzelać, a las się sam wyreguluje, bo tak nie będzie. Nie wyreguluje się także dlatego, że mamy wilki. Nie wszystko wilki zjedzą, bo nie tylko dziczyznę – czyli dziki jedzą, bo i na inne smakołyki polują.

- Poruszył pan bardzo ważną kwestię – wilki. Rzeczywiście mamy w regionie wilki?

- Mamy, mamy bardzo dużo wilków. Zgłaszają nam myśliwi, że tylko w samym naszym okręgu zanotowano 160 osobników. Jest to i dużo, i mało. Patrząc na przypadki, jakie wydarzyły się u nas w województwie, to można mieć pewne obawy, ale nie chcę demonizować kwestii wilków. Ale trzeba wiedzieć, iż zdarzają się przypadki, że wilk nie ucieka od człowieka. Bywa zainteresowany kontaktem z człowiekiem. Dochodzi do spotkań kontrowersyjnych, gdzie pracownicy leśni, siedząc przy ognisku, są odwiedzani przez wilki. Grzybiarze są odwiedzani przez wilki, także sportowcy, którzy gdzieś tam po lesie biegają, także turyści. I to wcale nie jest związane z tym, że wilk jest dokarmiany przez człowieka, bo tak nie jest. I w większości wilk rzeczywiście unika kontaktu, ale zdarzają się takie osobniki, słabsze w stadzie, i to one właśnie podchodzą pod osady. Mamy już kilka przypadków zagryzień zwierząt hodowlanych. Zdarzyło się to w fermie danieli obok Drezdenka. I to były dwa ataki wilków, które zagryzły kilka sztuk zwierząt. Wilki także zagryzły kilka owiec w okolicach Mosiny pod Witnicą. No i zdarzył się przypadek, też pod Drezdenkiem, pogryzienia kobiety. I dlatego Główny Dyrektor Ochrony Środowiska wydał zgodę na odstrzał dwóch wilków – jednego już odstrzelono. Nie było problemu, aby tego akurat wilka zlokalizować. Ten się akurat człowieka nie bał. Został odstrzelony z konieczności. Okazało się, że to była samica, taka ponad 20 kilogramów. Podchodziła pod domy, była widziana od dłuższego czasu. Mogła być niebezpieczna. Trzeba mieć świadomość, że to jest dzikie zwierzę, które jest przede wszystkim świadome swojej siły. I w konfrontacji jeden na jeden z człowiekiem, gdzieś w lesie, to ma zwyczajnie przewagę.

- Dziękuję za rozmowę.