W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Biny, Damazego, Waldemara , 11 grudnia 2018

Teatr to jest ta przestrzeń, w której chcę żyć i pracować

2018-11-20

Z Michałem Aniołem, aktorem gorzowskiego Teatru Osterwy, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_23336.jpg

- Dziesięć lat mija od chwili, kiedy przyjechał pan do Gorzowa.

- Fakt, dziesięć lat i 41 lat mija jak skończyłem Szkołę Teatralną.

- Jak to się stało, że trafił pan właśnie do Gorzowa?

- Stało się tak, że Aleksander Alik Maciejewski, legenda tego teatru, umierał na raka. A wówczas, to był rok 2007, były uroczyste obchody 750-leca miasta. Teatr Osterwy też miał udział w tych obchodach, przygotowywał specjalnie napisany na tę scenę dramat „Babcia” Michała Walczaka. Ten spektakl wieńczył całość miejskich obchodów. I ze względu na stan Alika spektakl był zagrożony, bo Alik miał tam bardzo dużą rolę. Wówczas zadzwonił do mnie dyrektor Jan Tomaszewicz. Siedziałem w Warszawie i akurat nic nie robiłem. Przyjechałem więc, zrobiłem szybkie zastępstwo. Tak się złożyło, że dzień przed moim wejściem, 15 grudnia 2007 roku na scenę w Gorzowie, dzień wcześniej, 14 grudnia umarł Alik. Dodam tylko, że wszedłem na scenę po 20 latach nieobecności na deskach prawdziwego, zawodowego teatru.

- Wówczas dyrekcja zaproponowała panu pozostanie w Gorzowie?

- Dyrektor Tomaszewicz zapytał, czy chcę etat, czy też może będę pracował gościnnie. Zdecydowałem, że etat, bo przecież 20 lat byłem bez, bo podróżowałem dużo.

- Trochę siedział pan w Kanadzie.

- Trochę. Ale też przez jakiś czas byłem w Stanach, a po powrocie do Polski tak za bardzo nie wiedziałem, co będę robił.

- Przyszedł pan do Gorzowa na etat i jakie to były lata?

- Bardzo dobre. Bo nagle poczułem się znów wrzucony do wody po 20 latach. Przekonałem się, że jest to ta przestrzeń, w której mogę i chcę pracować.

- Alik Maciejewski mówił, że jak przemysł kosmetyczny może istnieć bez niego, kiedy przekonał się, że handel kosmetykami to nie jest jego bajka, tak on sam bez teatru istnieć nie może. Czyżby podobnie było z panem?

- Ależ dokładnie tak jest. Jak mieszkałem w Kanadzie, w Vancouver dokładnie, to robiłem różne rzeczy, żeby zarabiać na życie. Sprzątałem, pracowałem w wypożyczalni wideo, jako kierowca autobusu szkolnego i bardzo się z tego cieszę. Bo za młodu ja sporo grałem. Tyle tylko, że miałem takie wrażenie, iż zwyczajnie nie wiem zbyt dużo o życiu, aby tę wiedzę przełożyć na rolę. Oczywiście, ja nie muszę kogoś zabić, aby zagrać mordercę, żeby była jasność. Ale generalnie, będąc mniej doświadczonym życiowo człowiekiem, nie mam z czego czerpać. I dlatego mnie kusiło podróżowanie, zresztą jak i wielu innych ludzi. Ja sobie to marzenie spełniłem. Pojechałem na drugą stronę kuli ziemskiej w ciemno. I te podróże były bardzo wzbogacające. Ale też ukształtowały moją życiową zaradność. Ważna była także możliwość obserwacji różnych ludzi w różnych krajach. Wówczas można wyłowić to coś, co jest wspólne wszystkim. A przecież aktorstwo jest przede wszystkim o człowieku, czyli co takiego jest w ludziach, co jest autentyczne. Dopiero wówczas można przekazać coś, co przyciągnie innych, ponieważ większość ludzi, co wynika z moich obserwacji, żyje na powierzchni i automatycznie, co oznacza, że 80 procent czynności wykonujemy automatycznie, bo to już umiemy. I dlatego dzieci są dla mnie ciekawsze, bo dzieci się uczą i przez to są autentyczne. Aktorstwo, jeśli się robi automatyczne, to zwyczajnie nie ma sensu, bo jest puste.

- Podczas tych podróży nie miał pan styczności z teatrem?

- Ależ oczywiście, że miałem, też tam robiłem teatr. Tam w tej Kanadzie zgłosili się do mnie chętni. Ja byłem tam jakimś jedynym znanym aktorem w mieście Vancouver w Kanadzie. No i ci ludzie, mam na myśli Polaków tam mieszkających, strasznie chcieli robić teatr. Teatr po polsku. Byli ustawienie materialne w życiu i okazało się, że brakuje im czegoś więcej. To byli amatorzy, niektórzy wcześniej mieli kontakty z teatrem. Była taki fajny człowiek od pantomimy. Inna rzecz, że ja się broniłem przed takimi doświadczeniami, bo ja jestem samotnikiem, nie bardzo lubię dowodzić, nie potrafię być apodyktyczny, wymagający, kierujący. Ale ponieważ widziałem w tych ludziach zapał, a ja lubię pomagać, to postanowiłem im pomóc. Przypomniałem sobie wówczas mój start w szkole teatralnej na I roku, kiedy ja nic nie potrafiłem w tym zawodzie, ale chciałem być aktorem. I wówczas z Tadeuszem Łomnickim robiliśmy rożne ćwiczenia. Zacząłem sobie je przypominać i pokazywać. Zrobiłem wówczas spektakl, który pokazywał, że ci ludzie chcą być aktorami. Ci ludzie zdają do szkoły teatralnej. Każdy z nich zagrał siebie. Na dokładkę to się jeszcze wszystko śni temu najbardziej chętnemu. To było wzruszające. Potem oczywiście miałem jakiegoś agenta. Potem pojechałem do najstarszej szkoły teatralnej w USA w Los Angeles, bo chciałem pracować jako aktor po angielsku. Miałem takie marzenie – choć raz zagrać rolę po angielsku.

- Zagrał pan?

- Zagrałem. I to bardzo szybko, bo gdzieś po pół roku. Kolega robił film taki offowy. Potem grałem w takich półprofesjonalnych teatrach. Zagrałem w jakimś kryminale Agaty Christie. Tam zagrałem Włocha. Myślałem, że muszę ten angielski tak wyszlifować, aby pozbyć się akcentu, ale proszę sobie wyobrazić, że tam akcenty się przydają. Mało tego, w szkole w Los Angeles na II roku mają nawet taki przedmiot pod tytułem obce akcenty. Zgłosiła się do mnie dziewczyna, żebym ją uczył polskiego akcentu, bo była zafascynowana Meryl Streep po jej roli w „Wyborze Zofii”. Oczywiście, przebić się tam w Ameryce i żyć z tego, to się udaje nielicznym. Podobnie zresztą i w Polsce. Dodam jeszcze, że grałem w jakichś serialach amerykańskich. Tylko, że ja tego nie czułem. I to też spowodowało, że wróciłem do Polski. Grając po angielsku, to dla mnie było tak, jakbym był pianistą i grał w rękawiczkach. Oczywiście ja wykonam to wszystko, ale ja nie powiem tak po angielsku, jak ci tam urodzeni. Może musiałabym tam ze dwadzieścia lat pomieszkać, wówczas byłoby to bliskie.

- A wracając na lokalną scenę, pytają pana jeszcze o „Karate po polsku”?

- Pytają, oczywiście. Ostatnio dla przykładu, podczas rozmowy po jednym ze spektakli na Spotkaniach Teatralnych temat wrócił. Ktoś wydaje bowiem płytę z muzyką filmową i jest zafascynowany wspaniałą muzyką z filmu „Karate po polsku” Zbigniewa Górnego. „Karate po polsku” to jest taki film, jak „Miś”, „Rejs”, czyli mają status filmów kultowych. Są często powtarzane. Ale nawet jak ktoś kiedyś widział, to zwyczajnie pamięta. Ja nie sądziłem, że „Karate po polsku” przetrwa.

- Ogląda pan ten film, jak się gdzieś tam w telewizji pokazuje?

- Jakoś z dziesięć lat temu to obejrzałem, ale generalnie nie. Ja się jakoś nie wzruszam na nim. Inna rzecz, że ja nie lubię siebie oglądać. Nie będę się porównywał do wielkiego amerykańskiego aktora Marlona Brando, który pod koniec życie ważył ponad 120 kg i niewiele grał, oglądał „Tramwaj zwany pożądaniem”, gdzie był piękny, młody, wspaniale wyglądający, to krzyczał, żeby to natychmiast wyłączyć. On nie mógł tego ścierpieć, że aż tak się zmienił, stał się aż tak nieatrakcyjny. Ja nie mam tego problemu. Choć są spektakle, w których gram starych ludzi, ale w środku jakoś tak nie czuję, że mam prawie 65 lat. Bo na takich też jest zapotrzebowanie. Faceci na starość mogą zagrać świetne role. Zresztą nie tylko faceci, wystarczy przecież przypomnieć panią Danutę Szaflarską.

- A jaka jest pana najbardziej ulubiona rola zagrana w gorzowskim Osterwie?

- Bukara w „Przedstawieniu Hamleta we wsi Głucha Dolna”. Dla mnie to była niezwykle sentymentalna podróż. Proszę sobie wyobrazić, że pierwszą sztuką, w jaką ja wszedłem po skończeniu szkoły teatralnej w Teatrze Na Woli w Warszawie, to było właśnie „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna”. Ja tam wszedłem na jakieś zastępstwo jako jeden z chłopów, którzy siedzą na zebraniu. A tę rolę, którą ja gram w Gorzowie, czyli aparatczyka Bukary w 1977 roku grał Tadeusz Łomnicki. I ja byłem zafascynowany, jak on to grał. I nagle, po 40. latach ja to samo gram. Może to dziwne, ale ja zagrałem tu sporo takich ról, które grał Janusz Gajos – przecież on zagrał Bukarę w Teatrze Telewizji. Wrócę jeszcze do tamtego spektaklu w Teatrze Na Woli. To wówczas było wymierzone w polityków, proszę pamiętać, że reżyserował Kazimierz Kutz, który był w opozycji od zawsze, a grał Tadeusz Łomnicki, dyrektor Teatru Na Woli, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, członek KC PZPR. A ta rola to partyjny szubrawca, sprzedajny aparatczyk, szuja i de facto morderca. To było coś niesamowitego. Dla mnie Tadeusz Łomnicki był największym polskim aktorem, choć są głosy, że takim też był Gustaw Holoubek. I dlatego moim spełnieniem największym aktorskim w Gorzowie jest właśnie rola Bukary. Poza tym Klaudiusz w „Hamlecie”, ale i rola Jana Sebastiana Bacha w „Kolacji na cztery ręce” – i to też Janusz Gajos grał.

- Bardzo trudno było się z panem umówić, bo jest pan maksymalnie zajęty. Tyle pracy w teatrze?

- No właśnie głównie jestem zajęty w teatrze i pracą teatralną. Ale też dotykają mnie problemy dnia codziennego, które też zajmuję mi czas. Do tego dochodzą też i inne zajęcia. Ostatnio trochę miałem podróży do Warszawy. Mnie się już zresztą nie chce jeździć na castingi do Warszawy, bo dziś mogę sobie cos zagrać tu i wysłać. Ale po latach znów coś tam robię. Zagrałem w filmie, który jest w fazie produkcji, pojawiam się w serialach. Fakt, jestem dość zajęty.

- Dziękuję bardzo.

Fot. Archiwum Teatru Osterwy/Ewa Kunicka