W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Biny, Damazego, Waldemara , 11 grudnia 2018

Najważniejsze jest to, żeby każdy miał swoją pasję

2018-11-28

Z Grażyną Wojciechowską, prezesem Fundacji ,,Czysta Woda’’ oraz radną od 1994 roku, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_23396.jpg

- Poczuła pani emocje związane z poprowadzeniem pierwszej części inauguracyjnej sesji VIII kadencji Rady Miasta Gorzowa?

- A widać było to po mnie? To był bardzo pracowity dla mnie tydzień, ponieważ nazajutrz po sesji mieliśmy spektakl w teatrze związany z 80. rocznicą ,,Nocy Kryształowej’’, czyli pogromu ludności żydowskiej w nazistowskich Niemczech. Należy o takich wydarzeniach pamiętać, zwłaszcza że miały one także wpływ na mieszkańców ówczesnego Landsbergu. Swoją drogą spektakl został bardzo ciepło odebrany przez widzów. Wcześniej realizowałam inne wydarzenie związane z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Ostatnio naprawdę działo się wiele ciekawych rzeczy, na kilka z nich zostałam zaproszona, jak choćby na tradycyjne sympozjum naukowo-techniczne ,,Innowacja- Edukacja-Pasja’’, zorganizowane przez moją macierzystą szkołę Zespół Szkół Elektrycznych w Gorzowie. Ze szkołą współpracę bardzo długo i staram się im pomagać w przygotowywaniu różnych projektów.

- To już pani siódma kadencja w roli radnej. Nie czuje się pani chwilami zmęczona?

- Więcej niż siódma. Tyle kadencji mam w obecnym samorządzie lokalnym, ale zaczynałam jeszcze w latach 80. w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. Potem był to sejmik województwa gorzowskiego. Nie jestem zmęczona, ponieważ to jest moja pasja, moje życie. Jestem po to, żeby pomagać tym wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują, a którym nikt nie chce jej udzielić. Każdy chce być piękny, młody i bogaty. Nie każdy ma to jednak szczęście i są grupy społeczne, które bez pomocy kogoś z zewnątrz nie poradzą sobie. A warto pamiętać słowa naszych pradziadków i dziadków: ,,ile dasz, wielokrotność tego wróci do siebie’’. Nie kryję, że jestem szczęśliwa i spełniona, że mogę dać coś od siebie innym.

- Przyzwyczaiła się już pani do tego, że jest określana jako ,,osoba kontrowersyjna’’?

- Już dawno i cieszę się w sumie z tego, że jedni mnie kochają, inni nienawidzą. To dobrze, bo nie jestem szarą myszką. Ja szanuję wszystkich mających własne zdanie. Dlatego tak samo szanuję tych, z którymi się zgadzam, jak i mających inne spojrzenie na świat. Są oczywiście granice, o których kiedyś pisała nasza wspaniała Zofia Nałkowska, których nie wolno przekraczać. Najważniejsze, żeby każdy miał swoją pasję i żeby każdy robił to co lubi.

- Niektórzy zarzucają pani, że nadmiernie eksponuje to wszystko co robi?

- W Polsce mamy przywarę, że nie zawsze lubimy osoby kreatywne, działające społecznie. U nas w cenie najczęściej bywają ci, co nie robią dosłownie nic, bo nic im nie można wtedy zarzucić. Moja działalność jest prowadzona przez fundację i żeby była skuteczna musi być odpowiednio nagłośniona. To pozwala realizować projekty z pomocą darczyńców, ale i z wykorzystaniem także zewnętrznych środków finansowych. Inaczej skuteczność takich działań byłaby znikoma. Wiem coś na ten temat, gdyż wcześniej też działałam społecznie, ale bez odpowiedniego wsparcia finansowanego niewiele mogłam zrobić. Mogłam liczyć tylko na garstkę sponsorów, którzy mieli lepsze i gorsze czasy. I nie zawsze pomagali. To wszystko co robię jest dla społeczeństwa w różnym wieku. Czy ktoś interesuje się losem naszych seniorów? A mamy ich w mieście 32 tysiące. Jak jesteśmy przygotowani do tego, żeby w trudnej chwili zabezpieczyć im pomoc? Dzisiaj nie ma już wielopokoleniowych rodzin, jak kiedyś. Młodzi wyjeżdżają za chlebem i starsi pozostają w domach sami. To jest druga strona medalu naszej wolności. Świat stoi otworem i wielu młodych z tego korzysta.

- Można skutecznie pomagać młodzieży i jednocześnie myśleć o seniorach?

-  Oczywiście, najlepiej poprzez budowę więzi. Rokrocznie organizuję lub współorganizuję sporo wydarzeń z udziałem gorzowskich pionierów, dziećmi wojny oraz młodymi wolontariuszami. I powiem, że są to najpiękniejsze spotkania. Pomiędzy tymi pokoleniami jest ogromny szacunek oraz sympatia. W tej nauce najważniejszy przekaz kierowany do młodych ludzi dotyczy tego, że nie wszystko można kupić za pieniądze. Nawet w dzisiejszym konsumpcyjnym wyścigu szczurów można budować płaszczyznę szacunku dla drugiej osoby.

- Jak to się dzieje, że niemal zawsze startuje pani do wyborów z innego ugrupowania i ciągle pani w cuglach wygrywa?

- Ponieważ nasi mieszkańcy nie lubią zakłamania i ciągłych awantur. Oni doskonale wiedzą, co kto robi na ich rzecz. Potrafią rozróżnić także tych, którzy się lansują, a którzy ciężko pracują. Nie znoszę z kolei tego, że o naszym codziennym życiu mają decydować partie polityczne. Dlatego nigdzie nie mogłam na dłużej znaleźć swojego miejsca, gdyż nie jestem politykiem, a samorządowcem.

- Dlatego lubi pani tak naprawdę status radnej niezależnej?

- Tak, bo tylko wtedy mogę realizować swój program a jest on budowany pod potrzeby mieszkańców. Dla mnie liczy się ich dobro. Ponadto nienawidzę kupczenia, partyjnych rozgrywek w kuluarach, dlatego w którymś momencie przestałam przyjmować propozycje do startu w wyborach z list partyjnych. Poza jednym wyjątkiem przed czterema laty, ale start z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego miał na celu sprawdzenie, czy jestem potrzebna w radzie czy nie. Przecież PSL nie miał żadnych szans w tych wyborach w Gorzowie, a jednak ludzie zagłosowali na mnie, nie na partię. I sprawili mi tym ogromną radość.

- W obecnych wyborach do Rady Miasta uzyskała pani trzeci wynik, ustępując jedynie prezydentowi Jackowi Wójcickiemu oraz kandydatowi na prezydenta Robertowi Surowcowi…

- Do tego startowałam w trudnym okręgu, w którym były same polityczne tuzy, gdyż obok pana Surowca był także kolejny kandydat na prezydenta Sebastian Pieńkowski. Jak widziałam ich wielkie bilbordy na mieście, to aż żal mi było wydanych pieniędzy, które mogły zostać skierowane na bardziej pożyteczne cele. Choćby stypendia dla najbardziej uzdolnionych gorzowskich dzieci. To moja fundacja zrzuca się na takie stypendia, a partie polityczne wyrzucają pieniądze na bilbordy. Głosów nie zdobywa się reklamą a pracą.

- Jak zmieniła się praca w radzie miasta na przestrzeni ostatnich 24 lat?

- Myślę, że na niekorzyść. Dawniej istniał duży szacunek między radnymi, bez względu na reprezentowane opcje. Współpraca w radzie nigdy nie należała do najłatwiejszych, bo często była oparta na działaniach politycznych, ale radni potrafili się szanować. W ostatnich latach, a mówię to z przykrością, było za dużo buty i cynizmu u niektórych przedstawicieli. Nie wszystkich oczywiście. Uważam, że radnymi powinni zostawać głównie ci, którzy mają już odpowiedni dorobek, potrafili zrobić coś wcześniej dla miasta, dla ich mieszkańców. Niestety, żyjemy w czasach, w których niemal każdy jest najmądrzejszy. Mało tego, od razu chciałby piastować najwyższe stanowiska i na wszystkim się zna, a tak naprawdę niewiele umie, niewiele wnosi do wspólnoty.

- Którą kadencję najmilej pani wspomina?

- Trudno wybrać jedną, konkretną, zwłaszcza że już tyle ich było. Każda zapisała swoją historię. Kiedyś zapewne usiądę, popatrzę na zdjęcia wszystkich radnych, z którymi pracowałam i dalej pracuję i postaram się zrobić taką szczegółową analizę.

- Czy pani zdaniem obecnie do rady nie pcha się za dużo osób nie przygotowanych do działania na rzecz lokalnej społeczności?

- Zgadza się, to jest problem, wynikający z tego, że brakuje chętnych. Ciężko jest namówić zwłaszcza znane postacie, osoby mogące dużo wnieść do działalności samorządowej. Zachęcałabym jednak tych, którzy już do tej rady weszli, żeby poznali zasady jej pracy, jak i samego samorządu. Nieraz słyszę, że Wojciechowska jest wszędzie. Nie, Wojciechowska jest tam, gdzie ją zapraszają i tam gdzie ją poproszą o pomoc. Ilu takich jest radnych w Gorzowie?

- Jakie powinny być najważniejsze cechy radnego?

- Każdy, nie tylko radny, powinien umieć okazywać szacunek wobec drugiego człowieka. Szczególnie już do człowieka potrzebującego pomocy. To może wynikać z różnych przyczyn. Radny ma pewne narzędzia, za pomocą których może pomagać, ale musi chcieć. Oczywiście radny nie musi znać się na wszystkim, każdy powinien wybrać swoje specjalności, ale potem musi działać, a nie tylko udawać, że działa. Bywają sesje, po których na stołach pozostaje wiele nie otwartych kopert, w których znajdują się materiały związane z naszą pracą. Przykro to powiedzieć, ale we wcześniejszych składach Rady Miasta było sporo radnych, których nie interesowało to, nad czym procedowaliśmy.

- Czego spodziewa się pani po obecnej radzie miasta?

- Rzetelności, uczciwości, współpracy wszystkich stron. Uważam, że skład osobowy tej rady daje taką szansę, ponieważ jest wielu młodych i do tego energicznych radnych, ale są także sprawdzeni o dużym potencjale.

- Od pewnego czasu twardo popiera pani działania prezydenta Jacka Wójcickiego. Czy należy przez to rozumieć, że jego styl sprawowania władzy pani odpowiada?

- Oj, ja wcale nie jestem taka słodka, nawet dla pana prezydenta. Bardzo pilnuję tego, co robi i jak robi. Staram się jednak tego nie upubliczniać. Jak coś mam mu twardego do powiedzenia, czynię to w kuluarach. Popieram go, bo w tej chwili nie stać nas na eksperymenty. Skoro przed czterema laty zgodził się pokierować miastem i zyskał szerokie poparcie społeczne, to musi już doprowadzić wszystkie prace inwestycyjne do końca. Nie ma innego wyjścia. Gdybyśmy dzisiaj zdecydowali się na rewolucję, taką na jaką zdecydowali się w powiecie gorzowskim, to myślę, że drogo byśmy za to zapłacili.

- To jak oceni pani decyzję prezydenta w sprawie wyboru Małgorzaty Domagały na stanowisko wiceprezydenta ds. społecznych?

- Prezydent ma pełne prawo w wyborze współpracowników i jest to jego suwerenna decyzja, z którą się akurat zgadzam. Uważam, że pani Małgorzata Domagała była świetnym starostą powiatu gorzowskiego i współczuję mieszkańcom powiatu, że ją stracili. A wiem co mówię, ponieważ wielu z nich dzwoniło do mnie pożalić się na jej odejście, a przede wszystkim na kupczenie polityczne, jakie miało miejsce w powiecie. To jest to kupczenie, o którym wspomniałam wcześniej i którego nie znoszę. Stracił powiat, ale zyskał Gorzów. Jestem pewna, że jest to znakomity ruch prezydenta i pani Domagała będzie świetnym wiceprezydentem.

- Dziękuję za rozmowę.