W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Biny, Damazego, Waldemara , 11 grudnia 2018

Czasami faktycznie, myślę o tym, żeby stąd uciekać

2018-12-04

Z Natalią Ślizowską, kreatorką i właścicielką studia mody, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_23454.jpg

- Mija dwa lata, od chwili, kiedy otworzyłaś swoją pracownię. Pamiętam zaskoczenie, że jednak znana już projektantka otwiera pracownię w Gorzowie. Żałujesz tej decyzji?

- Nie żałuję. Tu jest cudownie (śmiech). A serio, oczywiście nie zbadałam, jak tu jest. Myślałam, że jesteśmy na Zachodzie. Ale rzeczywistość okazała się trochę inna. Jest trudno, jestem pierwszą, która przeciera szlaki. Czasem myślę, że to jest pewna misja, aby trochę tego, co dzieje się w centrum kraju i generalnie na Zachodzie sprowadzić tu. Ktoś musi być pierwszy. Czasami faktycznie, myślę o tym, żeby uciekać. Ale z drugiej strony żal mi tego wszystkiego. Bo przecież trochę pracy zostało tu włożone, choćby w to miejsce. Poza tym trochę fajnych wydarzeń udało się przeprowadzić.

- No właśnie. Zapowiadałaś, że to będzie nie tylko pracownia hot cuture po gorzowsku, ale także miejsce, gdzie będą się działy różne rzeczy i konsekwentnie to realizujesz.

- Fakt. Obiecałam. A ja nie rzucam słów na wiatr. Skoro powiedziałam, że będzie się działo, to się dzieje. Co miesiąc tworzymy małe wydarzenia. Raz na pół roku bardzo duże. Myślę, że to się udaje. Każde wydarzenie ma inny temat. Angażujemy innych artystów. Już teraz robimy gorzowski weihnacht u Natalii. Zamieniamy pracownię w las, pierniki już są upieczone, grzane wino też już prawie się grzeje. Zaprosiliśmy Marcina Winkszo, żeby nam zagrał kolędy. Marek Piechocki pograł na pianinie, bo mam tu pianino i jest ono do dyspozycji wszystkich, którzy lubią grać, a nie mają w domu instrumentu.

- Ale przecież już sprowadziłaś cyrk do centrum miasta i to cyrk z modą. A pół ulicy, a może i więcej się zbiegło, aby podziwiać.

- Fakt. Takie tematy gdzieś się wcześniej rodzą, i są to przede wszystkim tematy kolejnych kolekcji. Każdy projektant raz na pół roku wypuszcza nową kolekcję. Niekiedy się to, niestety, nie udaje. I teraz będzie właśnie taka kolekcja z lekkim opóźnieniem. W przyszłym roku też będzie coś. Otóż zobaczyłam Majaland i strasznie mi się zamarzyła akcja Wesołe Miasteczko i tak serio to kombinuję, jak tu na Chrobrego sprowadzić chociaż jedną karuzelę, na której będą jeździć modelki. Naprawdę o tym myślę. Bardzo mi zależy na czymś takim. O tego oczywiście dobieram odpowiednią muzykę. No i przede mną największe wyzwanie, bo teoretycznie na marzec szykujemy wielką kolekcję dla Adama Bałdycha inspirowaną jego muzyką. Zresztą pewne szlaki już zostały przetarte, bo Adam Bałdych podczas ostatniego koncertu w Teatrze Osterwy wystąpił w marynarce uszytej przeze mnie. A co do kolekcji, to praca bardzo, bardzo artystyczna i muszę zwyczajnie na jakiś czas zamknąć pracownię, żeby się skupić na tym zadaniu. A dodam, że to wcale nie jest proste. Bo wymaga naprawdę wiele czasu do namysłu, trzeba pogodzić różne rzeczy, tak aby muzykowi na scenie było wygodnie. Taka praca wymaga wolnej głowy i nie da się jej pogodzić z obecnością w pracowni. Co prawda, nie wiem, z czego będziemy żyć, ale cóż, jak trzeba, to trzeba. Już zresztą zaczęłam tworzyć te ubrania, ale trzeba się wyłączyć, bo to naprawdę trudna i wymagająca praca. Serce się otwiera, aby tworzyć właśnie takie rzeczy. Ale mam nadzieję, że to się przekuje w coś większego. Tu mam motywację, bo będzie to naprawdę duża kolekcja, bo na aż 30 ubiorów, w tym połowa damskich. Tak, aby Adam miał z czego wybrać, ale żeby to było też widowiskowe. Szukam też miejsca, aby to pokazać, bo pokaz musi być i to widowiskowy. Mam też nadzieję, że Adam nas zaszczyci swoją obecnością na pokazie i może choć jeden kawałek zagra.

- Ale przecież ubierasz nie tylko Adama Bałdycha, choć to chyba największa gwiazda jak do tej pory. Ubrałaś już muzyczki Filharmonii Gorzowskiej.

- Rzeczywiście, czasami się właśnie takie prace zdarzają. Udało mi się ubrać Marcina Prokopa – co prawda to było jeszcze w programie Runway, ale było. Ostatnio Sarsa wystąpiła w moim ubiorze. Teraz właśnie Adam. Zdarzają się takie fajne rzeczy.

- A trafiają do ciebie gorzowianki, które niekoniecznie lubią ciuchy z sieci?

- Zdarzają się, ale jednak tutaj nie cieszy się to takim powodzeniem, jak ja bym chciała. Trochę trudno przychodzi myślenie, że bycie oryginalnym jest super i że ceny u mnie nie są mimo wszystko jakoś maksymalnie wyśrubowane. Jakoś jeszcze nie za bardzo popularne jest myślenie, że można sobie na to pozwolić. Niektórzy może się boją wejść do wnętrza, bo się może czegoś krępują. Bo może tu są ciuchy za grube tysiące…Bywa, że wchodzi gorzowianka i mówi, ojej, jak tu jest mało rzeczy. I ja wówczas mówię, że wcale tak nie jest, bo ja sama tworzę te rzeczy i ich wcale nie jest mało. Przecież tu jest około 200 ubrań i to jest naprawdę sporo. Ja rozumiem, że jak ktoś wchodzi do sklepu sieciowego i tam są tysiące ubrań. Ale czasami wydarzą się rzeczy niezwykłe. Był taki dzień, że wchodziły tu grupki kobiet i kupowały ubrania. Były zachwycone. Zaintrygowało mnie to, chciałam się dowiedzieć, skąd one się wzięły. Okazało się, że to były panie z Poznania, które były w Gorzowie na jakimś szkoleniu. I jedna drugiej sprzedały informację o mojej pracowni. A jeśli chodzi o gorzowianki, to jak powiedziałam, mam misję do spełnienia.

- Natalia, ale ostatnio zaczęłaś ubierać nie tylko te odważne gorzowianki, ale także pupile gorzowian. Skąd u ciebie się wzięła ta psia moda?

- Właściwie to nie wiem. Robimy to od roku. Pomysł narodził się spontanicznie. Zaczęliśmy robić skórzane obróżki. Skóra kojarzy się z czymś ekskluzywnym. Zrobiliśmy takie czerwone obróżki z przypinkami i to się spodobało. Gorzowianki i gorzowianie zaczęli je kupować dla swoich psiaków na święta. Potem pomyśleliśmy, że trochę tak dla śmiechu, zrobimy pokaz psiej mody. Chodziło o to, aby się pokazali właściciele i ich psy podobnie ubrani. Okazało się, że to też jest całkiem niezłe. Zresztą ja nie słyszałam o takich miejscach, że można przyprowadzić psa, postawić go na stole, zmierzyć go, dobrać tkaniny, popatrzeć, co tam do urody pasuje. No i właściciele czasami wybierają jakiś akcent wspólny ze swoim pupilem – kurtka, plecak. Tak właśnie teraz mam na warsztacie ubiór dla doga niemieckiego, największego chyba z psów. Psinka wabi się Anabel. Dostanie ubranko z deseniem w arbuzy. I co mogę powiedzieć? To, że psy są takimi wdzięcznymi klientami.

- Skoro mówimy o wdzięczności i niewdzięczności, to od pewnego czasu dotykają cię ostracyzmy od sąsiadów.

- Ja tego nie rozumiem, nie bardzo wiem, o co chodzi.

- Ciągle ktoś psuje twój samochód.

- Zdarza się, fakt. Ostatnio miałam taką sytuację, dość mało przyjemną z pewnym panem. Pisał do mnie straszne rzeczy. Myślałam sobie, że to jest jakaś taka niczym nieuzasadniona nienawiść. Bo cóż złego ja robię? Ja bym się cieszyła, gdyby był obok mnie ktoś taki, kto tu mieszka, pracuje, coś tworzy, bo chyba fajnie jest, kiedy coś się dzieje. Nie rozumiem tego. Jak do tej pory to fizycznie dwie takie nieciekawe sytuacje mnie spotkały. Bo jeden z gorzowian pisał, mocno oburzony, że Cyrk został nazwany Landsberg. Bo jak to może być, że niby wracamy do tamtych czasów. A przecież dobrze brzmi określenie Landsberg Circus, lepiej niż Cyrk Gorzowski. Niektórzy, jak widać, nie potrafią tego zrozumieć. Zresztą sytuacja jest rozwojowa, bo kolejne rzeczy od tego pana do mnie dochodzą. Absurdem jest choćby stwierdzenie, że ja biorę pieniądze od Niemców, w co ja zwyczajnie nie potrafię uwierzyć, ale tak jest. Zresztą zdarzają się tu cały czas dziwne sytuacje w sąsiedztwie. Ja w takich momentach staram się zawsze porozmawiać, wyjaśnić daną kwestię. Ot choćby coś takiego. Pan z sąsiedztwa oskarżył mnie, że parkuję na jego miejscu. Przyszedł do pracowni, z krzykiem i grubym słowem, przy klientach to było. Nakrzyczał i wyszedł. Poszłam za nim, bo takie sytuacje trzeba wyjaśniać. Powiedziałam, że przecież takie sytuacje można i trzeba wyjaśniać na spokojnie. Ja nie jestem stąd, nie wiem, czy są tu jakieś miejsca przypisane konkretnym osobom. Porozmawialiśmy i wówczas ten pan powiedział – przepraszam panią. Tak jest, taki jest świat i co zrobić.

I w tym momencie trzeba było zakończyć rozmowę, bo przyszła klientka, która chciała zmierzyć jedną ze zjawiskowych sukien Natalii Ślizowskiej. Kreatorka musiała udać się do swoich zawodowych obowiązków.