W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Mascelego, Walerii, Włodzimierza , 16 stycznia 2019

Mam nadzieję, że prezydent dojrzeje do tego pomysłu

2019-01-08

Z Jerzym Synowcem, adwokatem, radnym i społecznikiem, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_23712.jpg

- Jaki dla Gorzowa, z pańskiego punktu widzenia, był miniony 2018 rok?

- To nie był zły rok, ale nie był też jakiś przełomowy, o którym będziemy pamiętali i który wlałby w nas wszystkich dużo optymizmu na następne lata. Był to czas rozpoczęcia kilku ważnych inwestycji, ale był to również rok mnóstwa nieudanych przetargów. Nie jest to dobre, ponieważ jako miasto wystartowaliśmy dopiero z niewielką częścią inwestycji, na które od dziesiątek lat gorzowianie czekają. Każdy z nas oceniając pewne działania, jako miarę przyjmuje maksimum tego, co jest zaplanowane i realne do wykonania. W tym przypadku trudno mówić, żebyśmy choć trochę przybliżyli się do tego, co kiedyś sobie założyliśmy. Na pocieszenie dodam, że są miasta w Polsce gorzej zarządzane, z większymi kłopotami do przezwyciężenia.

- Skoro oceniamy rok przez pryzmat inwestycji, to wydaje się, że zaprezentowana przez pana ocena jest i tak pozytywna, bo można byłoby przytoczyć mnóstwo opinii bardziej krytycznych.

- Zgoda, ale na rozwój miasta należy patrzeć przez pryzmat inwestycji z kilku powodów. Pierwszy to inwestycje pchają wszystko do przodu, ponadto są one wymierne, dobrze widoczne. Ludzie generalnie nie znają się, bo nie muszą, na machinie urzędniczej, a co za tym idzie na rozwoju oświaty, kultury czy nawet sportu. Dlatego ocena miasta przez ten pryzmat nie działa na ludzką wyobraźnię tak mocno, jak inwestycje. Głównie budowlane, które są bardzo widoczne. I pod tym względem w 2018 roku wykonano sporo pracy, ale – jak wspomniałem - nie na tyle dużo, żeby ten miniony rok głęboko zapadł nam w pamięci.

- Gdyby miał pan wybrać trzy najważniejsze i zarazem pozytywne wydarzenia, jakie miały miejsce w 2018 roku w mieście, to na co by pan postawił?

- Zawsze na sercu leży mi estetyka miasta i każda, nawet najdrobniejsza rzecz, jak wpływa na poprawę wizerunku miasta bardzo mnie cieszy. Dlatego pozytywnie odbieram trakt pieszo-rowerowy, jaki powstaje wzdłuż Kłodawki. Inwestycja ta ruszyła bez większego rozgłosu, ale i bez większych problemów i już jest mocno zaawansowana. Mam nadzieję, że wiosną zostanie w całości oddana do użytku i gorzowianie zostaną pozytywnie zaskoczeni. Druga rzecz dotyczy sprzedaży naszych gorzowskich sreber rodowych, czyli willi Pauckscha i Jaehnego. Nie byłem zwolennikiem takich działań, ponieważ świeżo w pamięci mam nieudane wcześniejsze transakcje, kiedy oddawaliśmy ważne obiekty historyczne spółkom niewiadomego pochodzenia i przedsiębiorcom zarządzającym niewielką grupą ludzi. W tym przypadku jestem przekonany, że budynki trafiły do właściwych rąk. Firmy, które je kupiły zapewne nie spaprają tematu, a po remoncie wille będą cieszyły oko wszystkich gorzowian. Oczywiście wolałbym, żeby obiekty nadal były na stanie miasta, ale jeżeli nie szło znaleźć w budżecie środków na ich remont, potem utrzymywanie, to dobrze chociaż, że wybrano tym razem wiarygodne podmioty i to im niejako powierzono zadanie odremontowania.

- I trzecia rzecz, która bardzo pana cieszy to…?

- Rozpoczęcie prac budowlanych przy wylotówce na S-3 na ulicy Myśliborskiej, a także przygotowania do rozpoczęcia podobnej inwestycji na ulicy Walczaka w kierunku Strzelec Krajeńskich. To jest podstawowa rzecz dla miasta, żeby miało dobre drogi wyjazdowe i wjazdowe do centrum. W tej chwili jadę do Szczecina 40 minut, po czym drugie tyle wjeżdżam od rogatek do centrum. Do Strzelec jest 27 kilometrów, a niekiedy dojazd z tamtejszego sądu do mojej kancelarii zajmuje mi tyle, co droga ze Szczecina.

- Wspominając o wylotówkach nie żałuje pan trochę wygłoszonego kiedyś hasła ,,Nie - dla autostrady do Łupowa’’? Gdyby przed trzema lat zaczęto budować dwupasmówkę na Kostrzyńskiej, może nie byłoby tylu problemów, jakie mamy dzisiaj?

- Niezależne od tego, czy byłaby to dwupasmówka czy jednopasmówka problem tkwi w tym, że na przestrzeni ostatnich lat ta inwestycja została wzorcowo popsuta pod każdym względem. Tak bywa, jak takimi sprawami nie zajmują się fachowcy. Pomysł, żeby był porządny jeden pas ruchu, do tego torowisko oraz ciąg rowerowo-pieszy uważam, że był dobry. Ta droga dawno straciła na znaczeniu, dużo ważniejsza jest Myśliborska i Szczecińska. Niestety, w wyniku niedbalstwa, a przede wszystkim błędów projektowych i wykonawczych dzisiaj mamy bałagan. Do tego mieszkańcy walczą o to, żeby mieć dojazd do swoich nieruchomości, a tak nie powinno być.

- Gdyby miał pan wskazać jeszcze jakieś negatywne zdarzenia, które utkwiły w pańskiej pamięci w starym roku, to na co by pan postawił?

- Zdecydowanie na pierwszym miejscu stawiam tu kurczowe trzymanie się dziwnego pomysłu o zakupach wszelkich nieruchomości, które tak naprawdę nie są nam potrzebne, a już generują spore koszty. W grupie kilku radnych w 2016 roku przestrzegaliśmy prezydenta przed zakupem Przemysłówki. On się uparł, wydał sześć milionów i zgodnie z naszymi przewidywaniami obiekt stoi bezużytecznie, bo nie ma już pieniędzy na jego remont. Żeby go ucywilizować potrzeba na to gigantycznych środków, a i tak będziemy mieli w centrum miasta koszmar budowlany. Ten obiekt powinien zostać natychmiast wyburzony, a nie remontowany. Druga rzecz, która mnie irytuje, to nieustępliwość prezydenta w sprawie budowy deptaka przy ul. Sikorskiego. Jest on nikomu niepotrzebny i tylko spowoduje chaos komunikacyjny. Zamiast wydawać na to pieniądze powinno się zainwestować w ulice Strzelecką i Chrobrego. W połączeniu z Parkiem Róż można byłoby stworzyć piękny deptak, gdyż to jest naturalne rekreacyjne serce Gorzowa. Zwłaszcza, że mamy odmieniony Kwadrat i kończymy wspomniany trakt wzdłuż Kłodawki.

- Czy w obliczu zakupu tych różnych nieruchomości będzie nas kiedykolwiek stać na remont zabytkowego ratusza przy Obotryckiej  z przeznaczeniem dla urzędu miasta?

- To jest kolejne moje zmartwienie. Mamy w Gorzowie prawdziwą perełkę w centrum miasta. Prawdziwy magistrat z salą rajców, z salą burmistrza, czyli obecnego prezydenta. Przygotowane projekty i wizualizacje były naprawdę znakomite. Najważniejsze, że była szansa, żeby wszystkie wydziały miejskie zgromadzić w jednym miejscu. Teraz zaś mamy porozrzucane obiekty po całym Gorzowie, miasto kupiło budynki na Łokietka, Myśliborskiej plus ta nieszczęsna Przemysłówka. I to wszystko po to, żeby utrwalić doszczętne rozwalenie magistratu. A ta nasza perełka niszczeje. Obawiam się, że niedługo wszystko się zawali, albo się spali, bo nic nie robimy w kierunku jej ratowania. Zamiast w to inwestować będziemy w budynek z lat 60. powstały w najgorszej powojennej technologii. Przemysłówka jest brzydka, niefunkcjonalna i nie ma nawet wokół niej parkingów.

- Nie wierzy pan w odrestaurowanie starego magistratu?

- Uważam, że z każdym rokiem szanse maleją i już zaczynają być bliskie zeru. Dzisiaj ceny prac budowlanych na tyle mocno poszły w górę, że już nie stać nas na tak duży remont, a znalezienie inwestora prywatnego także granicy z cudem. Ponadto prywatny inwestor nie odremontuje obiektu na potrzeby urzędu miasta, a jedynie mógłby uczynić to na własne cele.

- Przy okazji, skoro mówimy o rewitalizacji. Czy nie można byłoby zadbać także o przywrócenie do życia zamkniętej, choć bardzo urokliwej ulicy Zacisze?

- Jest to miejsce dla mnie sentymentalne, ponieważ w tym rejonie się wychowywałem, ale chyba wszyscy się zgodzą, że jak najbardziej w  turystyczny szlak w centrum miasta powinno się włączyć gorzowskie parki, które są bardzo piękne. Zwłaszcza, że są środki na rewitalizację Parku Siemiradzkiego. Szkoda, że takie perełki jak ulica Zacisze, która dzieli Parki Siemiradzkiego i Zacisze zostały zapomniane. Może warto przywrócić jej funkcję komunikacyjną? Oczywiście byłaby to jednokierunkowa ulica idąca w stronę alei ks. Witolda Andrzejewskiego. Może zrobić z niej ciąg rowerowy z ładnym chodniczkiem do spacerów i wtedy samochodów nie trzeba puszczać. Ważne, żeby ją otworzyć, bo na razie kończy się wałem ziemnym. Musimy zrozumieć wreszcie, że w Gorzowie powinniśmy dążyć do zmiany twarzy miasta. Robić wszystko, żeby było ładnie, historycznie, sentymentalnie, ale i nowocześnie. To wszystko można umiejętnie połączyć.

- Ubiegły rok stał także pod znakiem wyborów samorządowych. Panie mecenasie, dla klubu Kocham Gorzów miało być trzynaście mandatów, a skończyło się na zaledwie trzech. Czy należy rozpatrywać to w kategorii porażki?

- Powiedzmy sobie uczciwie, że to mówienie o trzynastu mandatach było założeniem na wesoło. Typowo wyborczym, bo realnie oceniając doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie uzyskamy większości w radzie miasta. Choć oczywiście te trzy mandaty są zdecydowanie poniżej naszych oczekiwań. Spodziewaliśmy się sześciu, siedmiu radnych. Inna sprawą jest to, że te wybory sprowadziły się do głosowania na PiS lub antyPiS. Przyznam, że nie zakładałem tego, liczyłem na głosowanie bardziej imienne. Ta polaryzacja spowodowała, że komitety społeczne, jak nasz czy Fani dla Gorzowa akurat w tych wyborach byli na straconej pozycji. W wyborach do gorzowskiej rady miasta antyPiS-em został prezydent Jacek Wójcicki i jego ugrupowanie, a do sejmiku Koalicja Obywatelska.

- Czy można skutecznie działać w radzie mając zaledwie troje radnych?

- Tak, można. Krzysztof Kochanowski jest pracowity, w obecnej radzie został wiceprzewodniczącym i jest to ważna funkcja. Marta Bejnar-Bejnarowicz i ja staramy się być aktywnymi radnymi w różnych dziedzinach, nie tylko na forum rady, ale i w życiu społecznym. Oczywiście mając władzę można zrobić bardzo dużo, ale na pewno nie jesteśmy i nie będziemy radnymi, którzy ograniczą się jedynie do podnoszenia rąk w trakcie głosowań.

- Zawsze, kiedy mamy okazję rozmawiać, muszę poruszyć temat gorzowskiego sportu. Zacznijmy od budowy sztucznego boiska piłkarskiego. Szampana tego powodu zdążył się już pan napić?

- Na pewno wszyscy się z tego cieszymy, ale przecież jest to taki element infrastruktury sportowej, że powinien on być w naszym mieście od 20 lat. Chciałbym, żeby był to pierwszy krok w budowie obiektu piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia, który też już powinien być od wielu lat. Jeżeli chcemy budować piłkę przynajmniej na poziomie drugiej, może z czasem pierwszej ligi, to nie uczynimy tego bez kameralnego, nowoczesnego stadionu.

-  Tylko,  czy budować nowy, czy postawić na modernizację obecnego stadionu? I skąd pieniądze?

- Modernizacja dzisiaj tak naprawdę to jest budowa od postaw, gdyż technologie budowlane pozwalają na szybką realizację inwestycji i to w miarę tanio. Trybuny muszą znajdować się blisko boiska i być niemal pionowe, żeby widoczność była optymalna. Obecny obiekt Stilonu nie spełnia tych warunków, dlatego trzeba usunąć stare trybuny i w ich miejsce postawić nowe. Stadion nie musi być duży. Mam nadzieję, że prezydent dojrzeje do tego pomysłu. Nie musi budować go od razu w całości, ale robić etapami, a finansowanie rozłożyć na kilka budżetów.

- Patrząc na to, z jakimi problemami miasto przystępuje do budowy stadionu lekkoatletycznego przy ul. Krasińskiego, nie ma pan obaw, że plany dotyczące stadionu piłkarskiego pozostaną jedynie w sferze marzeń?

- Jeżeli są siły optujące za budową stadionu lekkoatletycznego, to nie będę podstawiał im nogi, choć ciągle uważam, że na potrzeby gorzowskie wystarczą boiska lekkoatletyczne, ale nie żaden stadion. Nie wierzę w to, że kibice będą tłumnie przychodzić na zawody i zastanawiam się, po co w tej sytuacji budować trybuny. Podobnie jest z halą sportową. Uważam, że zbudowanie nowoczesnego obiektu na 2-2,5 tysiące miejsc w zupełności wystarczy. Budowa hali na pięć tysięcy miejsc jest błędem. Będzie ona ciągle pusta i będzie generowała duże koszty. Dlatego cały czas tłumaczę, żebyśmy w Gorzowie ograniczali apetyt i działali jedynie na miarę potrzeb. Zamiast niepotrzebnie wydawać duże pieniądze na stadion lekkoatletyczny, wypasioną halę, lepiej byłoby część tych funduszy przeznaczyć na stadion piłkarski, budując oczywiście, o czym wspomniałem, nowoczesne boisko lekkoatletyczne i nową halę, ale mniejszą.

- Kiedy przejrzy się pięć ostatnich gorzowskich budżetów można zauważyć, że wzrost nakładów na kulturę sięgnął 1,3 mln złotych, a na sport… spadł o 30 tysięcy. Niektórzy mówią wprost, że koszula zawsze jest bliższa ciału, że skoro sport został pozbawiony własnego wydziału i wchłonięty przez wydział kultury, to i spadło jego finansowanie. Dlaczego środowisko sportowe w Gorzowie nie potrafi znaleźć wspólnego języka i walczyć o należne miejsce w magistracie?

- Gorzowskie środowisko sportowe jest mocno zróżnicowane i nie współpracuje ze sobą. Z jednej strony można to zrozumieć, ponieważ w sporcie zawsze jest rywalizacja. Do tego kluby zajmują się prowadzeniem różnych dyscyplin, przez co mają różne potrzeby i idące za tym interesy, bo każdy chce wyciągnąć dla siebie jak najwięcej, nie przejmując się innymi. Działają do tego na skrajnych często poziomach. W takich przypadkach głodny z sytym się nie dogada. Są bowiem kluby obracające milionami i są takie, które na działalność sportową mają 100 czy 200 tysięcy złotych rocznie. Uważam, że to miasto powinno cementować środowisko i wskazywać drogi rozwoju poprzez współfinansowanie z budżetu. Póki co, miasto widzi sport ledwie na jedno oko. Kultura i sport powinny być traktowane podobnie ze wskazaniem nawet na sport.

- Kiedy spojrzymy na skład osobowy poprzedniej rady miasta, ale i obecnej, to ujrzymy tam wielu byłych sportowców, działaczy i pasjonatów sportu. Może rada powinna bardziej się uaktywnić?

- Rzeczywiście, środowisko sportowe jest silnie reprezentowane. Mamy choćby znanych gorzowskich sportowców - Tomasza Rafalskiego, Oskara Serpinę, Piotra Palucha, Halinę Kunickę. Jest sporo byłych i obecnych działaczy, kibiców. Już rozmawiałem z niektórymi na temat dążenia do tego, co ciągle nie udaje się osiągnąć. Chodzi o zwolnienie klubów z opłat za korzystania z miejskich obiektów sportowych. Poprzez zwolnienie można też rozumieć symboliczne opłaty. Skorzystaliby wtedy wszyscy bez podziałów. Zarówno żużlowcy, piłkarze nożni, siatkarze, tenisiści stołowi, piłkarze ręczni, a w przypadku nowej hali także koszykarki. Tak jest w wielu polskich miastach. Dzisiaj mamy taką sytuację, że kluby dostają dotację na poziomie przykładowo 300 tysięcy złotych i 200 muszą oddać z powrotem za użytkowanie obiektu. To jest bez sensu. To jest obracanie fakturami i udawanie, że miasto pomaga klubom. 

- A piłkarski Stilon wszystko co najgorsze ma już za sobą?

- Tak, wszystkie najważniejsze sprawy organizacyjne zostały uporządkowane na tyle, na ile na razie można było to uczynić. Duża w tym zasługa bardzo rozsądnego prezesa Krzysztofa Olechnowicza. Sportowo mieliśmy wyjątkowo trudną jesień, ale trener Kamil Michniewicz jest profesjonalistą i wie co należy uczynić, żebyśmy wiosną podjęli twardą walkę o utrzymanie się w trzeciej lidze. Jestem optymistą i wierzę, że sobie poradzimy i utrzymamy się, a potem pójdziemy ostro do przodu.

- Jako kibic żużla ucieszył się pan na wiadomość, że połowa meczów w PGE Ekstralidze będzie odbywała się w piątki?

- Moim zdaniem mało prawdopodobnym jest, że kibice zaakceptują mecze ligowe w piątki. Oczywiście tradycję można przełamać, ale najczęściej trwa to bardzo długo. Obawiam się, że nie zmienimy tego w rok, dwa czy nawet trzy lata. W przypadku żużla nie ma zaś czasu, ponieważ jest to w tej chwili dyscyplina niszowa, bardzo chybotliwa i może nie wytrzymać tak rewolucyjnej zmiany. Pamiętajmy, że profesjonalny speedway jest w tej chwili tylko w Polsce. Wszędzie indziej spadł on do poziomu amatorskiego. Dlatego jeżeli u nas zaczniemy eksperymentować, manipulować, a z pozostałej garstki zawodników ktoś nam się jeszcze przez to wykruszy, będziemy mieli poważny problem. Dzisiaj tak naprawdę walka powinna być ukierunkowana na poszerzenie grupy solidnych zawodników, bo obecnie jest kłopot, żeby tymi, którzy prezentują przyzwoity poziom obsadzić wszystkie zespoły w PGE Ekstralidze. Jeżeli zaczniemy kombinować na innym polu, a właśnie to czynimy, boję się, że kibice tego nie zaakceptują. A wtedy również telewizja nic nie pomoże, ponieważ nie jest w stanie płacić tak dużych pieniędzy, jakie mamy choćby w piłce nożnej. Moim zdaniem w Polsce to kibic jest podstawowym wyróżnikiem żużla i wszelkie zmiany powinny być ukierunkowane pod niego, a dopiero w drugiej kolejności pod potrzeby telewizji.

- Faktem jest, że zabrakło dobrych zawodników dla jednej z drużyn, ale kiedy po okresie transferowym przejrzał pan składy, to co pan sobie pomyślał?

- Nic nadzwyczajnego. Nie spodziewam się jakiegoś wyjątkowego sezonu. I to nie tylko dlatego, że przynajmniej kadrowo lublinianie są mocno z tyłu za resztą drużyn i obawiam się, że nic nie uratuje ich przed spadkiem. Moje obawy wynikają z tego, że dwa zespoły zdecydowanie odstają. Fogo Unia Leszno ma kompletną ekipę, a i wiele jej nie ustępuje Falubaz Zielona Góra. Są to drużyny, które zdominują rozgrywki i pomiędzy sobą rozstrzygną sprawę mistrzowskiego tytułu. 

- Dziękuję za rozmowę.